niedziela, 30 grudnia 2012

Black Friday czyli kapitalizm po amerykańsku

Black Friday vel Czarny Piątek to noc wyprzedaży zaczynająca się tuż po Święcie Dziękczynienia. Jest to symboliczny początek okresu zakupów świątecznych. Tłumy ludzi wsiadają w samochody i kierują się do najbliższego centrum handlowego. To trochę tak jakby ludzie w Polsce, zaraz po Wigilii, jechali całą rodziną do Reala czy Tesco. I dokładnie tak to wygląda. Wracaliśmy z dziękczynnej kolacji autostradą, z pełnymi brzuchami, i widzieliśmy długą kolejkę samochodów na zjeździe do dzielnicy handlowej. Jeszcze kilka lat temu szał zaczynał się w piątek, o 6 rano. Teraz normą jest otwieranie sklepów zaraz po północy. A tutejszy gigant, Walmart, planował w tym roku otwarcie już o 20 w czwartek, czyli praktycznie w trakcie świątecznych kolacji.

O całym procederze porozmawiałem z kolegą, Kanadyjczykiem. W Kanadzie istnieje podobny zwyczaj zwany Boxing Day. Odbywa się to 26 grudnia czyli w drugi dzień swiąt. Kanadyjskie podejście ma sens - wyprzedaje się wszystko czego nie udało się wcisnąć klientom na Boże Narodzenie. W Stanach tymczasem, Czarny Piątek jest sztucznie pompowanym świętem gospodarki, odbywającym się bez wyraźnej przyczyny, ale cieszącym się ogromną popularnością. Szacuje się, że w 2012 roku 247 milionów kupujących wydało 59 miliardów dolarów, średnio 420 dolarów na osobę.

Na usta ciśnie się pewnie pytanie - czy warto? Czy tanio? Można oczywiście znaleźć coś za pół darmo. Są tu, znane i w Polsce, doorbuster deals, czyli okazje dla tych którzy pierwsi wbiegną do sklepu. Są ogromne zniżki na jeden lub dwa towary, tylko po to żeby przyciągnąć ludzi do sklepu i zarobić na innych produktach. Wszystko to jednak w limitowanych ilościach i jeśli nie chce się stać godzinami w kolejce (niektórzy tak robią, czasem z namiotem), to szanse na rabat są nikłe. Promocje można znaleźć, ale na pewno nie jest tak, że w Czarny Piątek sklepy rozdają wszystko za darmo.

Black Friday ma swoją mroczną stronę. Zdarza się, że ludzie dostają szału. W 2008 roku około 2000 osób stratowało pracownika Walmart tuż po otwarciu drzwi. Były przypadki ludzi, którzy rozsiewali w kolejce gaz pieprzowy, a nawet takich którzy wcinali się w kolejkę i grozili że będą strzelać.



Dla tych którym nie widzą się przepychanki istnieje Cyber Monday, czyli święto zakupów on-line, pierwszy poniedziałek po Black Friday. Ci którzy nie znaleźli prezentów dla całej rodziny logują się wtedy na Amazon i uzupełniają zapasy.

Wspomniałem Amazon więc na zakończenie jeszcze słówko o tym jak okres świątecznych zakupów wpływa na mojego pracodawcę. Każdego roku czwarty kwartał przynosi największe zyski, ale też najwięcej wyzwań, bo obserwuje się wtedy największy ruch na stronie. Już kilka miesięcy przed świętami rozpoczynają się więc technologiczne przygotowania. Przewiduje się nadchodzący ruch, uruchamia więcej serwerów. W niektórych zespołach, tych gorzej przygotowanych, pager pika częściej. Wszystko zwalnia, przez większość dni nie wolno wrzucać niczego nowego. Dni dzielą się na białe, szare i czarne. Białych jest niewiele, można wtedy dorzucać zmiany. Czarne dni to zakaz prawie absolutny. Każda, nawet najdrobniejsza zmiana, wymaga wtedy zgody VP. Dla przypomnienia hierarchia: Bezos > Senior Vice President (SVP) > Vice President (VP).


Czwarty kwartał kończy się już za kilka dni... Nareszcie!

EDIT: byłbym zapomniał... Najlepsze podejście do tematu ma nasz znajomy, Adam. Oszczędza dużo więcej niż ci, którzy w Czarny Piątek biegają po sklepach. Po prostu olewa święto kapitalizmu i nie wydaje pieniędzy wcale. Amen to that!

środa, 26 grudnia 2012

Swieta, Swieta i po Swietach!


[ ZDJECIA]

W Polsce Swietowanie trwa najlepsze, a tu 26 grudnia to normalny dzien pracujacy. Pawel juz od dawna w pracy, ja tez od rana tkwie na posterunku pani domu.

Dzis mam dla Was pare zdjec z naszej Wigilii. Oczywiscie byla inna, choc nie zabraklo polskich potraw (ryba, barszcz z uszkami i pierogi). Ale na stol wjechalo tez 'green bean casserole' czy ... krewetki;)

Bylo bardzo milo, a dzielenie sie oplatkiem wyjatkowo spodobalo sie naszym amerykanskim przyjaciolom:)
Dla nas z kolei nowoscia byl konkurs na domki z piernika! Tworzylismy wymyslne kostrukcje z przepysznych i przeslodkich materialow, wyjadajac je przy okazji. Po godzinie domki byly gotowe, a my nie moglismy patrzec na slodkie.

A poznym wieczorem nadszedl czas na moja ulubiona czesc, czyli otwieranie prezentow!




niedziela, 23 grudnia 2012

Wesolych Swiat!


Naszym Rodzinom i Przyjaciolom, z ktorymi nie uda sie nam zobaczyc i uslyszec przez Skype, chcemy zlozyc najlepsze zyczenia: spokojnych, wesolych Swiat!

Duzo radosci ze wspolnego koledowania w gronie rodziny, swiatecznej atmosfery i duzo sniegu!;)

czwartek, 13 grudnia 2012

W poszukiwaniu śniegu

Nie wiedzieć kiedy, prawie połowa miesiąca minęła.
Co oznacza, że jesteśmy tu już od prawie 3. Nasze życie nabrało tempa, co można zauważyć na podstawie zmniejszonej częstotliwości pojawiania się postów. Ciągle jednak jest tyle rzeczy do opisania, brakuje tylko czasu!

Z Polski co i rusz dochodzą wieści o śniegu. Śniegu, którego mi tu tak brakuje! Mimo tego, że w każdym sklepie puszczane są świąteczne piosenki i na każdym rogu czai się ktoś w mniej lub bardziej kompletnym przebraniu Mikołaja (raz spotkaliśmy grupę pijanych w sztok Mikołajów różnej płci:P), świątecznej atmosfery, tak dobrze znanej z Polski, brakuje mi tu bardzo. Nie ma świątecznego jarmarku, gdzie można kupić grzane wino i spacerować z kubkiem w ręku, oglądając przeróżne, jak to je nazywa Paweł,  'pierdolniczki'. Nie ma tradycji pieczenia pysznych pierniczków i lukrowania ich (ja będę pierniczyć w tym tygodniu, dzięki mojej kochanej Rodzinie, która przysłała mi korzenną przyprawę prosto z domu!;)). No i właśnie, nie ma śniegu. Zamiast tego szaruga, deszcz i rzadko - odrobina słońca.

Właśnie dlatego, kiedy Bożena i David zaproponowali nam wycieczkę do bawarskiej (sic!) wioski w górach, nie zastanawialiśmy się ani chwilę!

O naszej wizycie w Leavenworth przeczytacie [TUTAJ]


PS. Pierwszy raz od hoho oglądam wiadomości w TV. Pokazują relację z wczorajszego koncertu charytatywnego na rzecz poszkodowanych przez huragan Sandy. Widzieliście jak 69-letni Jagger się rusza na scenie? Nie do wiary:P

środa, 28 listopada 2012

O dziękczynieniu - Thanksgiving


Święto Dziękczynienia jest jednym z tych zupełnie u nas nieznanych, natomiast bardzo popularnych w Stanach. Analizując statystyki linii lotniczych (ilość sprzedanych biletów i ich ceny), można zaryzykować stwierdzenie, że zjedzenie indyka w gronie rodziny jest dla przeciętnego Amerykanina ważniejsze niż wspólne celebrowanie Bożego Narodzenia.

Skąd w ogóle ta tradycja? Nie ma pewności, co do jej pochodzenia, daty ani miejsca obchodów pierwszego Święta Dziękczynienia. Najbardziej popularna wersja opowiada o pielgrzymach, którzy na początku XVII w. uciekali z Anglii przed prześladowaniami na tle religijnym. Przybyli oni do Ziemi Obiecanej, do kolonii Plymouth na statku Mayflower około roku 1620. Wielu z nich zmarło w trakcie podróży, jeszcze więcej z głodu i zimna podczas srogiej zimy.
Ale rdzenni mieszkańcy Ameryki, Indianie, nie patrzyli bezradnie na trudną sytuację przybyłych. Jak tylko mogli, wspierali pielgrzymów - żywnością, skórami, radami. Rok później przybysze stanęli już na nogi. Po wyjątkowo udanych żniwach postanowili zorganizować dziękczynną ucztę, na którą zaprosili pomocnych Indian.

Jak łatwo się domyślić, Thanksgiving ma pozytywny wydźwięk tylko dla jednej ze stron tej historii. Z tego, co usłyszałam, dla wielu Indian dzień ten jest ich własnym Memorial Day, obchodzonym w poważnym i uroczystym a nie radosnym nastroju.  (Nic dziwnego)

A jak to się stało, że tradycja, która narodziła się w jakimś zapomnianym zakątku, stała się świętem państwowym? Idea dziękczynienia szybko rozprzestrzeniła się po całych Stanach,  nie było jednak ustalonego dnia obchodów.
W czasie wojny secesyjnej Lincoln stwierdził, że ustanowienie jednej, wspólnej daty, zjednoczy Amerykanów i umocni ich poczucie wspólnoty. Uczynił tym samym zadość prośbom pisarki Sarah Josepha Hale, która przez 40 lat prowadziła kampanię na rzecz ustanowienia Święta Dziękczynienia
świętem narodowym. Udało się. Od 1863 r. Thanksgiving obchodzone jest w całym kraju w ten sam dzień - zazwyczaj ostatni czwartek listopada (choć spostrzegawczy czytelnik może zauważyć, że w tym roku święto wypadło w przedostatni czwartek miesiąca).

Tyle o historii. Czas przejść do 'tu u teraz'.
Co można znaleźć na stole Amerykanina zasiadającego do świątecznej uczty? Oczywiście indyka! To najbardziej oczywiste skojarzenie. Do mięsa podać trzeba specjalny, słodki gatunek ziemniaka.
Poza tym grzechem byłoby nie upiec/kupić dyniowego ciasta i nie zagryzać go, popijając winem lub cydrem.

My świąteczny czwartek spędziliśmy u przyjaciół Adama. Nasi gospodarze są niesamowicie przyjemnymi ludźmi! Żeby odmalować Wam obraz święta, opowiem o nich co nieco. Marsha i Tony mieszkają W Kent w niedużym domu z ogrodem. Marsha jest chemikiem, pracuje dla Boeing a Tony jest na służbie w AirForce. Uwielbiają produkować rzeczy. Hodują warzywa i owoce, robią przetwory, alkohole (przywitali nas przepysznym dyniowym piwem własnej produkcji!), mydła czy sery (Tony ma włoskie korzenie, jest więc ekspertem od serów i jak sam powiedział - mógłby kłaść ser na ser, żeby było jeszcze smaczniej;)). Bardzo przyjacielscy, 'swoi' i z poczuciem humoru. No i dobre jedzenie robią - czego chcieć więcej?
Spędziliśmy wieczór jedząc, pijąc (znakomite piwa, mniam mniam! Seattle i okolice słyną z małych i dobrych browarów), trzymając się za brzuchy i rozmawiając.
Dla nas sporą 'ciekawostką' był fakt, że Tony jest w wojsku od 17 roku życia i łącznie 6 lat spędził, tułając się 'od wojny do wojny' - Kuwejt, Afganistan, Irak.

A co było do jedzenia?
Oczywiście indyk, który już się dopiekał, kiedy dojeżdżaliśmy. Zapamiętajcie sobie - nie staniecie się prawdziwymi Amerykanami, dopóki nie kupicie specjalnego termometru do mierzenia temperatury pieczonego indyka!
Jako, że większość gości była pochodzenia polskiego (Paweł, Robert, Adam i ja, poza Marshą i Tonym była jeszcze siostra Marshy, Ashley), nie zabrakło polskich potraw!
Adam przygotował bigos, jajka z majonezem (specjalność firmowa:P) i kabanosy z pikantnymi buraczkami, a ja dzień wcześniej przez 8h robiłam pierogi;) 150 tym razem!
Poza tym była zapiekanka chlebowo-ananasowo-serowa (grzanki obsypane ananasem z puszki i serem, zapieczone), wspomniane słodkie ziemniaki, specjalny sos do indyka, żurawina, zielona sałata z boczkiem polana ciepłym sosem, którego nie umiem opisać, zielona fasolka, coś w rodzaju prażonej bułki tartej z dodatkami (dobre!),  ciasto dyniowe i sernik (zupełnie inny niż w Polsce).
Całkiem sporo;) Nie muszę mówić, że każdy dostał wałówkę na drogę;)

Nasze pierwsze Święto Dziękczynienia w życiu było bardzo udane, bez dwóch zdań. Na
wskroś amerykańskie, mimo polskich potraw i polskich gości, zupełnie nowe, było nie lada atrakcją;) Czułam się trochę, jak w amerykańskim filmie. Co by nie mówić, do tej pory obrazki takie jak indyk na stole i mowa dziękczynna biesiadników trzymających się za ręce, widzieliśmy tylko w TV.

Na tym zakończę mojego posta. Lecz to jeszcze nie koniec:) Bo tym, co kojarzy się ze Świętem Dziękczynienia, jest również Black Friday.
O tym w następnym odcinku!


Zapomnieliśmy aparatu, więc tym razem tylko parę zdjęć z telefonu.

środa, 21 listopada 2012

O złamanym palcu i kosztach opieki medycznej w USA

Zgadza się. Chodziłem po domu, przywaliłem stopą w futrynę i złamałem jeden z palców u nogi. 25 lat czekałem na pierwszą złamaną kość, nie z jakimś szczególnym utęsknieniem...

Złamany palec to uraz z którym najczęściej nie robi się nic. Z drugiej strony bywają sytuacje, gdy zrośnie się źle i trzeba go wtedy jeszcze raz złamać i porządnie nastawić. W związku z tą ponurą perspektywą, gdy po kilku dniach nie zauważyłem żadnej poprawy, udałem się do lekarza.

Wydaje mi się, że jest to dobra chwila, aby spróbować opisać jak wygląda tzw. sprywatyzowana służba zdrowia. Oprócz suchych faktów przedstawię trochę liczb.

Większość osób w USA ubezpiecza się sama, gdzie chce, podobnie jak my w Polsce robimy z samochodem. Jakiś procent jest ubezpieczany przez państwo (inwalidzi czy osoby po 65 roku życia), a reszta po prostu nie ma ubezpieczenia.

Ci opłacani przez państwo to głównie tzw. Medicare. Przeznacza się na to część składek na ubezpieczenie społeczne. Haracz odlicza się wszystkim co miesiąc z wypłaty, jak w Polsce.

Ci którzy ubezpieczają się sami mogą wybrać jednego z wielu ubezpieczycieli. Agencje ubezpieczeniowe sprzedają pakiety zdrowotne jak każdy inny produkt: klient decyduje jaki zakres ubezpieczenia chce dostać. Im zakres większy, tym cena wyższa. Ciekawe są również tzw. portfele zdrowotne. Działa to jak konto bankowe, ale pieniądze z niego można wydawać tylko na opiekę medyczną. Do takiego portfela trafia część wypłaty, najczęściej przed podatkami, a więc można w ten sposób obniżyć swój podatek dochodowy, zwłaszcza gdy człowiek spodziewa się regularnych wydatków na zdrowie.

Co do nieubezpieczonych, to albo ich nie stać, albo nie podlegają, bo np. przebywają w kraju nielegalnie. Na szczęście nie jest tak, że pozbawieni opieki padają jak muchy i zalegają na ulicach. Po pierwsze i najważniejsze: żaden szpital w USA nie może odmówić pomocy w razie zagrożenia życia. Po drugie, są kliniki i przychodnie które obsługują takich pacjentów, najczęściej dostosowując cenę do ich dochodów. Często za tą samą usługę ubezpieczony zapłaci dużo więcej niż nieubezpieczony.

Choć znam zasady tylko jednego pakietu medycznego, swojego, to większość spośród nich opiera się na podobnym schemacie. Nic mi nie wiadomo na temat tajemnicy służbowej dotyczącej tzw. benefitów, ale na wszelki wypadek będę posługiwał się liczbami orientacyjnymi.

Po pierwsze płaci się comiesięczną składkę. Osoba samotna, ubezpieczająca tylko siebie płaci pięciokrotnie mniej niż ktoś wciągający do ubezpieczenia także żonę lub dzieci. Składka samotnika to 30$.

Do tego płaci się za korzystanie z opieki medycznej, czyli za wizyty u lekarza, operacje, badania, za leki. W ciągu roku, ubezpieczony najpierw płaci za wszystko 100% z własnej kieszeni. Dzieje się tak aż do osiągnięcia tzw. deductible w wysokości, np. 1000$. Dopiero potem do płacenia włącza się ubezpieczyciel. Przez następne 2000$ za 90% każdej usługi płaci agencja, a za pozostałe 10% ubezpieczony. Po osiągnięciu limitu pałeczkę przejmuje ubezpieczyciel i do końca roku płaci już za wszystko. W cenę ubezpieczenia wliczona jest prewencja (wizyty u lekarza i badania czy ginekolog) oraz okulista (badania, okulary, soczewki, ale z limitem rocznym). Opcjonalnie, można zaopatrzyć się w ubezpieczenie stomatologiczne. Firma ubezpieczeniowa dopłaca wtedy do każdej wizyty u dentysty ale są limity roczne, a nawet limity na całe życie.

Na podsumowanie rachunek z mojej wizyty u doktora. Za spojrzenie na palec, za potwierdzenie (bez rentgenu), że palec najpewniej złamany, za rady, które Basia wcześniej znalazła mi na Google i za badanie przedwstępne (temperatura, ciśnienie, ważenie, mierzenie): 134$ (cena dokładna). Tyle zapłaciłem ja, rachunek wystawiony ubezpieczycielowi wyniósł 257$.

EDIT: Uważny czytelnik, Miriam, zapytała czemu nie zapłaciłem całej kwoty (257$) skoro jestem w okresie przed deductible. Bardzo dobre pytanie, już odpowiadam! Otóż, placówka medyczna (szpital, przychodnia) wysyła rachunki ubezpieczycielowi. Sęk w tym, że wystawiony rachunek (257$) to jedno, a rynkowa cena usługi (134$) to drugie. Ubezpieczyciel zna statystyczny koszt wszystkich zabiegów w danym rejonie i nie chce płacić więcej niż powinien.

Sytuacja numer jeden: placówka medyczna ma umowę z ubezpieczycielem. Po co? Choćby dlatego, że ubezpieczyciel będzie polecał ją klientom. Klienci najczęściej płacą mniej w placówkach zrzeszonych. W moim przypadku przychodnia miała podpisany kontrakt. Choć rachunek wyniósł 257$, z kontraktu wynika, że za taką usługę ubezpieczyciel zapłaci 134$ i taki koszt przeszedł na mnie.

Druga sytuacja jest wtedy kiedy placówka nie ma umowy z ubezpieczycielem i wystawi kosmiczny rachunek. Może się zdarzyć, że ubezpieczyciel na podstawie swojej wiedzy zaprotestuje, ale nie wiem czy to się zdarza i jak wygląda proces.

Generalnie wynika z tego, że są jakieś metody trzymania rynkowych cen w ryzach. Ale nie działają zbyt dobrze. Uważa się, że koszty opieki zdrowotnej w USA są grubo przesadzone. Poniżej kilka przykładów (ceny średnie z 2011 roku):
  • rezonans magnetyczny: 1080$
  • tomografia: 500$
  • dzień w szpitalu: 4000$
  • średni koszt całego pobytu w szpitalu: 15000$
  • cesarskie cięcie (za pobyt w szpitalu i procedurę): 14300$
No i 134$ za wizytę u lekarza w 2012, na moim przykładzie. :)
--> Porównanie międzynarodowe 2012

Przynajmniej szpitale nie bankrutują. :)

poniedziałek, 12 listopada 2012

niedziela, 4 listopada 2012

Picie w USA



Amerykanie pasjonują się nie tylko tym co jedzą (wrócę do tego innym razem), ale też tym co piją, w tym alkoholem. W Polsce alkohol pije się często, najczęściej dla "fazy", czasem dla "ceremonii" (z jakiejś okazji). W USA ludzie wydają się pić rzadziej i raczej jako dodatek a nie danie główne, nie praktykuje się picia dla samego picia. Takie podejście do procentów powoduje lawinę różnic, postaram się o nich opowiedzieć.

Kiedy traktujesz alkohol jak coś z działu "jedzenie", to zaczynasz eksperymentować ze smakiem zamiast się upijać. Ludzie pytają się często jakie piwo lubię, a w odpowiedzi nie oczekują marki - oczekują rodzaju. Padają określenia takie jak lager, ale, stout albo "piwo belgijskie". Do tego wynalazki takie jak cider, piwo dymione czy piwa ziołowe. Stojąc przy piwnej lodówce w sklepie czuję się zagubiony. Idąc do sklepu w Polsce bierze się Tyskie albo Lecha i maszeruje do kasy. Tutaj lodówka z piwem będzie najczęściej większa i znacznie bardziej urozmaicona. Zwykle wybieram po prostu to, co ma ładną etykietkę.

Wydaje się, że polski naród z wielką dumą chwali się swoim piwem niewiele o piwie wiedząc. Ilu w Polsce traktuje wyspecjalizowane piwne bary serwujące dziesiątki gatunków jako coś więcej niż atrakcję turystyczną? Ale... Nie tylko piwem tu żyją. Mnóstwo wina (wina to i w Polsce pod dostatkiem), whisky. Nie wspominam wódki. Nie po to uciekałem przed nią z Polski, żeby o niej pisać. Alkohol, zarówno w knajpach jak i sklepach, jest w przystępnej cenie. Ostrzę powoli zęby na dwa litry Jacka Danielsa. :)

Po grzecznym wstępie pora na akapit o tych, co upijają się po polsku - amerykańskich studentach. Dla takich jak oni też znajdą się atrakcje. Najbardziej w pamięć zapadły mi tzw. sake bombs. Widzieliśmy je w akcji w japońskiej restauracji z sushi. Nasi znajomi zabrali nas tam na wieczorny wypad do centrum z miasta. Przyszłoby Wam do głowy, żeby pić w susharni? Sake bomb to shot z sake (japońska wódka z ryżu) + piwo. Napełniasz kufel piwem, a potem napełniasz kieliszek do shotów sake. Na kuflu kładziesz dwie pałeczki (te do jedzenia), a na nich shota. Pałeczki rozstawia się na tyle szeroko, żeby kieliszek prawie wpadał do kufla. Po takim przygotowaniu wali się obiema pięściami w stół aż shot wpadnie do kufla. Całość zaczyna się wtedy bardzo pienić i zwyczajowo spija się to jednym haustem. Ciekawe czy da się w Polsce kupić takie tylko robione z wódki? Podejrzewam, że efekt będzie taki sam, polecam sprawdzić na jakiejś domówce. :)

Amerykańscy studenci spijają się kreatywnie, grając w alkoholowe gierki. Jak już mówiłem, nie pije się dla samego picia, trzeba robić coś oprócz. Nasz Anthony opowiedział mi o grze w "pstryknij kufel" (flip cup). Tutaj mała dygresja: w USA często pije się z plastikowych kufli a nie z puszki czy butelki. Co więcej, na imprezie podpisuje się swój kufel żeby nikt inny z niego nie pił. Robert był zszokowany, jak zobaczył tubylców maziających po kubkach flamastrami. :) Wracając do gry... "Pstryknij kufel" to dwie drużyny w dwóch rzędach przy stole. Na stole kufle napełnione piwem. Pierwsza osoba w rzędzie wypija jak najszybciej całe piwo, a potem ustawia kubek na skraju stołu i pstrykając go palcem próbuje sprawić, żeby ten obrócił się i wylądował drugą stroną na blacie. Potem do roboty bierze się druga osoba w drużynie. Pierwsza drużyna, w której każdy wypił swój kufel wygrywa. Widać już chyba tendencję do picia alkoholu na kufle a nie na łyki. :)

Inna gra, w którą udało nam się zagrać pewnego wieczoru u Adama, to "puchar króla" (king's cup). Na stole kładzie się pusty kufel. Grający siadają dookoła stołu z własnymi kuflami wypełnionymi ulubionym alkoholem. Dookoła centralnego kufla rozsypuje się karty tak, żeby tworzyły nieprzerwany okrąg. W swojej turze gracz wyciąga jedną z kart. Jeżeli przerwie okrąg, pije (jednostka nie jest określona - pije się tyle na ile ma się ochotę). Oczywiście im dłużej się gra, tym trudniej wyjąć kartę bez przerywania okręgu, ale to jeszcze nie koniec. Po wyjęciu karty patrzy się na jej symbol i wykonuje pewną akcję zgodnie z poniższą listą:

  • 2 - is for you, czyli gracz wskazuje kto ma się napić,
  • 3 - is for me, czyli gracz pije,
  • 4 - to the floor. Pije ten kto ostatni dotknie podłogi,
  • 5 - is for guys, czyli piją faceci,
  • 6 - is for chicks, czyli piją kobiety,
  • 7 - to the heaven. Pije ten kto jako ostatni podniesie rękę,
  • 8 - is for mate. Gracz wybiera towarzysza z którym będzie pił już do końca gry, co oznacza że zawsze gdy pije gracz, towarzysz robi to samo,
  • 9 - bust a rhyme. Gracz wybiera słowo, a potem wszyscy dookoła, jeden po drugim, mówią słowo które rymuje się z tym pierwszym. Ten komu zabraknie rymu pije,
  • 10 - is for categories. Gracz wybiera kategorię (np. marka samochodu) i wszyscy dookoła stołu wymieniają rzeczy z wybranej kategorii. Ten komu zabraknie pomysłu pije,
  • J - introduces a new rule. Gracz wprowadza nową zasadę, która obowiązuje już do końca gry. Nie wiedzieć czemu, popularną zasadą jest zdejmowanie ludzika z kufla. Przed każdym piciem wykonuje się ruch jakby zdejmowało się miniaturowego człowieka ze skraju kufla, a kto zapomnie, pije podwójnie. Inny przykład to faceci tańczący Gangnam Style przed każdym piciem (i znów kto zapomnie pije podwójnie). BTW. Gangnam Style to koreańska popowa piosenka, która jest tutaj teraz bardzo popularna (posłuchaj),
  • Q - questions. Gracz może w dowolnym momencie zadać pytanie innemu. Jeżeli tamten odpowie, będzie pił. Taki pytający przyczajony tygrys, ukryty smok,
  • K - rulemaster. Po pierwsze wprowadza się nową regułę, jak opisałem już wyżej. Po drugie gracz dolewa swojego alkoholu do kubka na środku stołu, gdzie z każdym wyciągniętym królem miksują się różne napitki (piwo, wino, whisky z colą...). Czwarty król kończy grę a osoba która go wyciągnie spija cały kubek ze środka stołu,
  • A - waterfall. Wszyscy, włącznie z graczem piją. Pije się dopóki gracz nie odstawi kufla. Dopiero wtedy kolejny przy stole może odstawić kufel. A potem kolejny i kolejny... W efekcie ci najdalej od aktualnego gracza kończą najpóźniej, stąd nazwa - wodospad.

I tyle, cała gra w pigułce. Polecamy na nudną imprezę bez gier planszowych! :P Grając nie mogłem odpędzić się od jednej myśli. W king's cup aby pić trzeba przegrywać! Picie w tej grze jest konsekwencją zrobienia czegoś źle, co jest strasznie nienaturalne i wbrew polskiej naturze. :) Myślę, że w polskiej grze piłoby się w nagrodę, a tutejsze podejście to kolejny efekt braku picia dla samego picia.

Co z jazdą po piwie czyli tzw. DUI (driving under influence)? Prowadzenie po alkoholu, tak w Polsce tępione, tutaj jest narodową tradycją. 0.8 promila, tyle można mieć we krwi legalnie. Dla porównania, w Polsce jedynie 0.2. Tu nikogo nie dziwi wsiadanie do auta po jednym czy dwóch piwach, coś co u mnie wciąż jeszcze wzbudza uczucie niepokoju. Jadąc na imprezę wyznacza się kierowcę, ale nie musi on rezygnować z alkoholu - po prostu pije mniej.

Ostatnią różnicą którą wspomnę są knajpy i kluby. Praktycznie wszystkie bez wyjątku są zamykane między pierwszą a drugą w nocy, niezależnie od tego czy jest weekend, czy środek tygodnia. Przyczyną jest prawo (stanowe?), które zabrania sprzedaży alkoholu w godzinach nocnych. Widocznie prowadzenie knajpy bez alkoholu po północy jest nierentowne.

czwartek, 1 listopada 2012

Najswiezsze wiesci prosto z Lower Queen Anne!


W nowym mieszkaniu nie mamy jeszcze internetu, okoliczności sprzyjają więc uzupełnianiu bloga.
Tak, przeprowadziliśmy się! Proces ten był bardzo bolesny (dosłownie i w przenośni), ale w koncu mamy go za sobą. Wczoraj(30.10) spędziliśmy pierwszy wieczór i noc na swoim!

Przeprowadzka i rzeczy z nią związane zajmowały większość naszego czasu: codziennie czatowaliśmy na oferty ładnych mebli w dobrej cenie, przeglądaliśmy katalogi Ikei czy innych sklepów, robiliśmy listę zakupów, kombinowaliśmy z najlepszą opcją wypożyczenia samochodu, itp.
Gorączka trwała od czwartkowego popołudnia, kiedy to podpisaliśmy umowę. Dostaliśmy klucze i pozostało już 'tylko' umeblować nasze gniazdko. Na pierwszy ogień poszedł salon. Wypatrzyliśmy ładne meble na craigslist i amazon for sale (serwisy z ogłoszeniami) i Pawel z Anthonym pojechali po nie w czwartkowy wieczór wypożyczonym vanem. Zipcar, czyli system do wynajmowania samochodów mógłby być tematem na osobnego posta. W każdym razie, byłam mocno zdziwiona, kiedy zobaczyłam, że żeby otworzyć samochód wystarczy wpisać specjalny pin w telefonie (nie ma w ogóle kluczyków), a żeby aktywować usługę, należy przyłożyć telefon z kodem do czytnika przy
wycieraczce wynajmowanego auta. Ciekawe;)

Nie będę tu opisywać wszystkich przygód i przeszkód na naszej drodze do własnego mieszkania, jak np. tego, że człowiek, od którego odkupiliśme meble, zatrzasnął drzwi od zewnątrz i nie dało się wejść do jego domu, albo że nowa sofa była tak szeroka, że wnosiliśmy ją przez chaszcze i balkon.
Żeby ten post nie był za nudny, nie będę też rozpisywać się o sobotniej wyprawie do Ikei kolejnym wypożyczonym vanem (Paweł pierwszy raz jechał automatem;)), spędzonych tam 6 godzinach, koszykach przepełnionych zakupami i wielkim rachunkiem do zapłacenia. Nie będę też się rozwodzić nad tym, że w wanie były miejsca dla 2 pasażerów, dlatego zostałam nielegalnie podrzucona na przystanek w części towarowej samochodu, a następnie, po 20 minutach czekania w deszczu na autobus, spędziłam w nim kolejną godzinę. W tym czasie panowie wypakowywali swoje zakupy.
....
( ciąg dalszy - 1.11.2012 )
Ostatecznie, mieszkanie na Capitol Hill opuściliśmy we wtorek. Do tego czasu wysprzątaliśmy i wymyliśmy co się dało, poskręcaliśmy meble i zdążyliśmy posprzeczać się o ich układ;) Finalny efekt jest bardzo zadowalający. Mamy dużo miejsca dla gości, piękny widok z balkonu i ... kolibry! Wczoraj widziałam pierwszego, nie miałam pojęcia, że żyją w Seattle!

Cóż jeszcze mogę powiedzieć? Jest nam tu dobrze:) I choć ciągle nie skompletowaliśmy wszystkiego, korzystamy z dobrodziejstw amazon.com i powoli gromadzimy dobytek:)
Oczywiście - zdjęcia!
(większość robiona telefonem, więc wybaczcie kiepską jakość)

Na fotografiach również japoński ogród w Seattle, który mnie zachwycił i nasze last-minute Halloween. W ferworze przeprowadzki zupełnie nie myśleliśmy o obchodzeniu tego, jakże popularnego tu, święta. Ale że dostałam wczoraj darmową dynię, grzechem byłoby jej nie zmaltretować!

PS. Internetu ciągle raczej nie mamy niż mamy. Powinno się to zmienić w poniedziałek.
PS.2. Nie do wiary, że jesteśmy tu już ponad miesiąc!



wtorek, 16 października 2012

Seattle dla 18+

Na pomysł napisania tego posta wpadłam w zeszłą sobotę, kiedy to poszliśmy ze znajomymi na lunch do (skądinąd świetnej!) hinduskiej restauracji. Poznaliśmy tam Stephane'a, który opowiedział nam o innej stronie Seattle. Takiej, o której jeszcze nie słyszeliśmy.

Erotyka. To właśnie stanowi temat tego posta. Notka niewątpliwie będzie kontrowersyjna, mam nadzieję, że nikt nie poczuje się dotknięty czy urażony. Moim jedynym celem jest pokazanie różnic w mentalności przeciętnego Krakusa i Seattleit'a.
W razie czego, lepiej po prostu tego nie czytaj! No i oczywiście mam nadzieję, że jesteś pełnoletni/a! :P

Seattle uznawane jest za jedno z najbardziej liberalnych miast w USA. Przestało nas już dziwić, że na ulicach pachnie trawką (mimo, że narkotyki nie są tu legalne), nie zwracamy już uwagi na czułości gejów i lesbijek, przyzwyczailiśmy się do dziwaków z włosami we wszystkich kolorach tęczy, dowolnego wyznania, koloru skóry, reprezentujących wszelakie poglądy (niekoniecznie jednak pałam do nich wszystkich wielką sympatią).
Liberalizm Seattleitsów idzie jedzcze dalej. A mianowicie - do sypialni. A w zasadzie, sypialnie przenoszone są na salony. Nie dosłownie, ale...

Hump!. O tym to właśnie festiwalu usłyszeliśmy od Stephane'a. Jego idea wydała mi się tak totalnie dziwna, nierzeczywista i odjechana,  że w pewien chory sposób zainspirowała mnie do podzielenia się z Wami tą jakże kontrowersyjną "ciekawostką".
Czy potraficie sobie wyobrazić, że w Seattle co rok organizowany jest festiwal domowych filmów porno? Pary (i nie tylko) wysyłają swoje  nagrania, które następnie wyświetlane są na dużym ekranie. Każdy może zgłosić swój film. Oczywiście są pewne wymagania, np. jedno z nich mówi, że trzeba używać określonych rekwizytów (np. kamizelek), żeby było wiadomo, że film powstał na potrzeby festiwalu. Tłumy ludzi przychodzą na kinowe seanse, bilety wyprzedają się baaaardzo szybko. Oczywiście, autorzy mogą zostać nagrodzeni w paru kategoriach. Nie będę ich tu wymieniać, zainteresowanych odsyłam na stronę festiwalu.
Jeszcze jedno. W sprzedaży dostępne są 'Friends and Family tickets'. Potraficie to sobie wyobrazić? Ja nie;) Mój zaściankowy, polski rozumek nie bardzo sobie z tym radzi;)

Przyznam szczerze, że po tym jak dowiedziałam się o Hump!, chciałam sprawdzić czy to jedyna atrakcja tego typu. Stephane parę razy powiedział - "it's so seattleish". Czy aby na pewno?

Szybkie wyszukiwanie w Google podobnych wydarzeń  i co?
- To się może wydać bardziej normalne w porównaniu do wyżej wspomnianego, ale co rok odbywa się tu też inny festiwal filmowy (w tym roku dokładnie wtedy co Festiwal Filmów Polskich, czyli teraz). Seattle Lesbian & Gay Festival ma promować ambitne filmy z wątkami  homoseksualnymi.

- Seattle Erotic Art Festival - interaktywne wystawy, warsztaty (m.in. rysowanie na podstawie słuchanych opowiadań erotycznych), krótkometrażowe filmy erotyczne. O sobie mówią: "The Seattle Erotic Art Festival supports a vibrant creative community, promotes freedom of expression, and fosters sex-positive culture through public celebration of the arts". Wydarzenie to organizowane jest przez ... Foundation for Sex Positive Culture.

- Foundation for Sex Positive Culture czyli fundacja, która wprawiła mnie w osłupienie w racji swego istnienia. Poza organizacją wyżej wspomnianego festiwalu, prowadzi warsztaty typu  "Obudź swoją seksualność", "Bondage" (wiązanie) czy "Deviant Yoga"(yoga + kamasutra).

To były pierwsze wyniki na liście wyników z Google. Nie wczytywałam się więcej, ani nie szukałam kolejnych przykładów.
Oczywiście mam swoje zdanie na ten temat, ale czego się tu powoli i z trudem uczę, to 'nie oceniać'.

PS. I nie, nie wybieram się;)

niedziela, 14 października 2012

Mały update


Zgodnie z zapowiedziami, pogoda popsuła się w piątek. Na początku pokpiwałam sobie z tak szumnie zapowiadanego deszczu, który okazał się być mżawką, i to raczej wkurzającą niż uciążliwą. Dziś jednak przemokłam do suchej nitki i zaczęłam już rozumieć, że albo pokocham Seattle albo znienawidzę. Na razie skłaniam się ku pierwszej opcji.
Nie jest źle, w ciągu najbliższego miesiąca mają być dwa słoneczne dni!;)

Kolejna dobra wieść jest taka, że dostaliśmy mieszkanie! Właśnie to, o które się staraliśmy, jesteśmy wiec bardzo zadowoleni. I będziemy mieć duży salon dla gości! Na razie mam tylko parę zdjęć nowego domu, ale pewnie będziemy na bieżąco dokumentować proces urządzania naszego nowego gniazdka. Przeniesiemy się z naszej hippie-gejowskiej dzielnicy do Lower Quenn Anne - spokojniejszej, bezpieczniejszej, bliżej centrum. Z masą kawiarenek i restauracyjek,bardzo blisko Space Needle i z ambitnym i alternatywnym kinem "Cinema Uptown".

To właśnie kino odwiedziliśmy dziś przy okazji Festiwalu Polskiego Filmu. Mamy szczęście do tych polskich wydarzeń, nie ma co! Poszliśmy na "Różę" - film bardzo dobry, ale ciężki i zdecydowanie nie na szarobure i deszczowe niedzielne popołudnie.

A teraz już, wieczorną porą panowie raczą się piwkiem i oglądają newsy, a ja zastanawiam się, co zrobić jutro na obiad. Żartuję, już wymyśliłam:P ;)

salon
salon c.d.


trochę sypialni











środa, 10 października 2012

Zanim spadnie deszcz - trochę o wszystkim i o niczym

-->> zdjęcia

Pogoda się zmienia. Chmurzy się i jest coraz zimniej. Od piątku zaczyna padać.
Żeby nie dać się jesiennej melancholii, opowiem Wam trochę o ostatnim, niezwykle słonecznym tygodniu:)

Paweł powoli zadamawia się w Amazon, a ja zaprzyjaźniam się z miastem. Akurat mam teraz dwutygodniową przerwę i nie chodzę na angielski, za to plątam się więcej po okolicy. Większość czasu zajmuje mi szukanie mieszkania, przy okazji oględzin zapuszczam się w nowe dzielnice.
Powoli zaczynam się tu czuć jak u siebie, choć nie przestaję porównywać Seattle z tym, co znam z Polski.

Okrywanie nowych rzeczy jest jednak niezwykle fascynujące. A mnie też cieszą takie rzeczy, jak np. wyprawa nad zatokę do małego sklepu z ogromnym wyborem przypraw (spędziłam tam pewnie z godzinę, wybierając między 6 rodzajami curry, 3 cynamonu i nie wiem iloma mieszankami przypraw do mięsa) czy poszukiwanie sklepów zielarskich. Bawi mnie spacerowanie po naszej gejowskiej dzielnicy i oglądanie tych wszystkich kolorowych, wytatuowanych dziwaków z tunelami w uszach. ;) Często ktoś zagada, zaczepi na ulicy. Nie wiem ile razy już słyszałam "Oh, I love your accent". Wszyscy uwielbiają mój akcent. Zabawnie;) Ludzie nie mają też np. problemu z podejściem do Ciebie i skomplementowaniem Cie. "Masz piękne kolor włosów", czy "bardzo podoba mi się Twoja chusta!" rzucone od obcej osoby naprawdę poprawiają  humor! Miły zwyczaj, postaram się praktykować go w Polsce:)

Oczywiście rozwijam też swoje talenty kulinarne. Myślę, że Paweł poświęci kiedyś osobny wpis na pochwały. Prawda, Kochanie?:D

"Pracujące" dni tygodnia mijają nam więc w spokojnej, mimo różnych wybojów (np. problemów z założeniem konta), rutynie. Weekend jest odskocznią. Dla mnie zaczął się on bardzo miło w piątkowe popołudnie wspólnym wyjściem z Bożeną na dyniowe latte.
Jestem wielką amatorką kawy, buzia mi się więc cieszy na myśl o tym, ile tu jest nowych smaków do spróbowania i miejsc do odwiedzenia;)

A o Bożenie jeszcze później:)

Wieczorem pojechaliśmy do Adama do Renton. Adam mieszka w Seattle już ponad rok. I bardzo dobrze gotuje (podobno, na razie mieliśmy tylko próbkę jego możliwości;) ). Mam nadzieję, że nie będzie zły za zdradzenie tej informacji;)

Część z Was widziała już parę zdjęć, które wrzuciłam na FB. Więcej ->> tutaj.

Spędziliśmy z nim naprawdę świetny czas!
Pierwszą nowością było sobotnie śniadanie, na które pojechaliśmy do oddalonego o 20km Auburn do typowej amerykańskiej jadłodalni. Uprzedzeni przez Adama, zamówiliśmy połowę porcji, która i tak była tak ogromna, że byłam w stanie zjeść mniej więcej 1/8!
No i samo menu - smażone ziemniaki, tłuste omleto-lazanie, jak można jeść takie rzeczy na śniadanie? Mimo jednak, że ciężkie, jedzenie było dobre. Przynajmniej zostało nam na obiad następnego dnia;)

Po solidnym posiłku należało zadbać o odrobinę ruchu. Tu kolejna nowość - frisbee. U nas mało popularne, tu bardzo. Szło nam tak sobie, mi jeszcze gorzej, ale wierzę, że osiągnę mistrzostwo;)

Adam mieszka tuż przy jeziorze Waszyngton. Okolica mnie oczarowała. Szumiąca woda, żaglówki, piękne jesienne kolory, słońce i wysoka temperatura. Żyć, nie umierać! Naprawdę bardzo się cieszę, że udało się nam poznać słoneczną stronę okolicy, zdążyłam już bardzo polubić rejon Seattle. Na pewno byłoby trudniej, gdyby od naszego przyjazdu nieustannie lało.


Gwoździem programu był 'Polski wieczór', czyli grill, piwkowanie i jacuzzi z nowopoznanymi na Festiwalu Polskim ludźmi.  Pojawili się również Bożena z Davidem, których bardzo pozdrawiamy!
Bożena i David są fajni. David uczy się polskiego i odmiana czasownika "być" (który brzmi dla obcokrajowca zbyt podobnie do "bitch") sprawia mu masę radości. Jestem bardzo ciekawa, czy zrozumiał, co napisałam.:)

Wieczór był naprawdę bardzo, bardzo udany. Teraz napiszę tylko, że bawiliśmy się do późnej nocy, była masa śmiechu i pysznego jedzenia, czyli wszystkie niezbędne składniki dobrej imprezy;)
(Paweł opowie Wam wkrótce więcej, jak się bawi Ameryka;) )

Dzień wcześniej odwiedziłam polski sklep (już od wejścia pachniało znajomo, mmmm:) ), w którym zaopatrzyłam imprezę w prawdziwe kiełbaski i kabanosa. Gdybym zatęskniła za jakimkolwiek produktem z Polski, myślę, że znalazłabym go w George's Sausages & Deli:)

Tak po babsku, dodam jeszcze, że niezmiernie się cieszę, że poznałam Bożenę. No bo ileż można z facetami gadać, prawda? Bardzo fajna z niej dziewczyna. To ten typ osoby, z którą bardzo dobrze się rozmawia i przyjemnie spędza czas. Zobaczymy, jak się nam będzie razem na shopping chodzić;) No, więcej jej już komplementować nie będę ;)

Po pięknej i aktywnej sobocie nadeszła piękna i leniwa niedziela. Poszliśmy z Pawłem nad zatokę, pozachwycać się widokami, pospacerowaliśmy się też po kampusie Amazonu. W głowie kolekcjonuje już miejsca, w które zaprowadzę naszych Gości - jeśli dotrzymacie obietnicy i odwiedzicie nas w Hameryce!

I tak nam leci czas. Powoli, mimo, że wbrew pozorom dzieje się sporo. Przez parę ostatnich dni pobijam rekord przebytych na piechotę kilometrów i oglądam sporo mieszkań. Dziś znalazłam w końcu takie, w którym chcielibyśmy zamieszkać. Trzymajcie kciuki, żebyśmy je dostali, bo czeka nas teraz cały proces aplikowania i weryfikacji. Nie mam pojęcia na jakiej podstawie lokatorzy zostaną wybrani, mam nadzieję, że będziemy nimi my!

O, a jeszcze jedną super rzeczą, która ostatnio mi się przytrafiła, było spotkanie z Asią. Asia jest moją kuzynką, którą pierwszy i ostatni raz w życiu widziałam, jak miałam 12 lat! Teraz, po 13 latach spotkałyśmy się na lunchu w Seattle. Czyż to nie wspaniałe?:D Przerosłam ją!;)

Podsumowując ten nieco rozwlekły post, jest nam tu dobrze. Chciałam Wam mniej więcej pokazać, jak wygląda nasz "dzień, jak codzień" i jak powoli się tu urządzamy.

Gdyby coś, jakiś konkretny aspekt życia w Seattle Was interesował, dajcie znać. Postaram się opowiedzieć na tyle, na ile będę w stanie. Tak, Gomuł, pamiętam o Twojej prośbie i już szykuję posta!:)

Ściskam!
B.

PS. Mamy już tarkę do sera i blender (oczywiście z Amazon;) ). Zaczątek naszego gospodarstwa domowego:D

poniedziałek, 8 października 2012

Amazon w pigułce



Minął już pierwszy tydzień w Amazon i pora napisać coś o moim pracodawcy. Nie jestem z nimi jeszcze na tyle długo, żeby opowiadać o swoich obowiązkach, ale mogę już zreferować bardziej ogólne zasady. Takie, którymi każdy Amazończyk kierować się powinien. Wtłaczają nam je do głowy od pierwszego dnia pracy, ale nie narzekam, bo robią to w sposób ciekawy (postaram się o to samo), a praca dla firmy z charakterem to dla mnie nowe, interesujące doświadczenie.

Celem notki jest przekazanie tego, co mi opowiedziano, a co nie jest tajemnicą firmy. Jestem przekonany, że w Amazon wiele rzeczy nie wygląda tak różowo, jak je zaraz przedstawię, ale cóż... Nie dziwota, że w pierwszy tydzień pracy raczono nas tylko miodem. :)

Co sprawia, że firma osiąga 48 miliardów dolarów zysku ze sprzedaży rocznie? To 150 miliardów złotych, czyli prawie tyle co PKB Bułgarii! Dlaczego ceny jej akcji skaczą w ciągu roku ze 180 do 260 dolarów? Prosta odpowiedź brzmi... Kindle. Ja wspomniałbym jeszcze liderów - wizjonerów (jak założyciel Jeff Bezos) i wiarę pracowników w wartości, na których firmę zbudowano.

Najważniejszą zasadą jest tu obsesja na punkcie klienta. To jak definiujemy klienta się zmienia. Czasem będą to kupujący w sklepie amazon.com, innym razem tamtejsi sprzedający. Nie wolno jednak zapominać, że wbrew temu co widzi się w Polsce Amazon to nie tylko sklep. Kindle i rynek e-booków, audiobooki, Amazon Local czyli ichniejszy Groupon, Amazon WebServices czyli przestrzeń dyskowa albo moc obliczeniowa na zamówienie, streaming filmów i seriali, Amazon Fresh czyli zakupy żywieniowe dostarczane do domu, wspieranie twórców scenariuszy czy komiksów (Amazon Studios) i wiele, wiele innych. W tym IMDb. Tak, Amazon jest właścicielem IMDb... i to od 1998 roku. W budynku w którym pracuję jest mnóstwo obramowanych plakatów filmowych i kartonowych bohaterów filmów. Goście z IMDb pracują na moim piętrze. :)


Każdy pracownik ma więc jakiegoś bezimiennego klienta (a raczej ich tysiące). I gdzie ta obsesja? Zacznijmy od spotkań biznesowych, gdzie przy próbie przeforsowania nowego projektu albo nowej funkcjonalności należy uzasadniać jej wartość tym, co klient zyska. Ryzyko oceniamy zawsze z punktu widzenia klienta. Jeszcze nie słyszałem, żeby ktoś wspomniał o konkurencji, a o kliencie mówią cały czas.

O klienta trzeba dbać. Jeśli weźmiemy 13 centów za dużo za przesyłkę (bo źle oszacowaliśmy koszt cła), to oddajmy te 13 centów klientowi. Jeżeli klient zamówi i zapłaci za produkt przed premierą, a potem, gdy produkt pojawi się na rynku, okaże się, że jest jednak trochę tańszy, to oddajmy klientowi nadpłacone pieniądze. Klientowi zepsuł się Kindle? Nie pytajmy o szczegóły, nie zastanawiajmy się dlaczego - wyślijmy mu nowego, na nasz koszt.

Klient chce mieć wszystkie produkty w jednym miejscu, a Amazon nie jest w stanie sprzedawać wszystkiego. Wpuśćmy więc na stronę sklepy z zewnątrz, niech płacą za miejsce w wynikach wyszukiwania. To nic, że mogą sprzedawać to co my i do tego taniej. Ważne, że klient dostanie szerszy wybór. Ktoś pamięta jeszcze czasy kiedy Amazon był księgarnią?

Na drugim miejscu jest oszczędność, nie mylić ze skąpstwem. Bo nie chcemy rzeczy najtańszych, chcemy najlepszy stosunek jakości do ceny. Docenia się robienie czegoś z niczego. Nie wydaje się pieniędzy na to, co nie przynosi korzyści klientowi. Nie jeździmy do najdroższych hoteli. Podczas mojej rekrutacji Amazończycy spali co prawda w krakowskim Sheratonie, ale płacącego dolarami tamte ceny bolą mniej (trzy razy). Do tego sławne biurka z drzwi (door desks): toporne ale wytrzymałe. Biurko podąża za pracownikiem przez całą jego karierę, podobnie jak pozostałe wyposażenie, np. lampy i komputer. Ze sprzętem nie jest tak, że idzie się do magazynu i bierze. Chcesz nową lampę? To oddaj poprzednią. Chcesz stojak na monitor? Dobra, zamówimy... Z Amazona. I nie, nie mamy konta Prime z darmową dwudniową wysyłką - stojak dotrze za 5 do 8 dni. ;) Nie ma darmowego jedzenia, drugiego laptopa na prywatny użytek, masaży i innych udogodnień rodem z Google. Dobrze, że jest darmowa woda, kawa i herbata. :) Jedyne podobieństwo do Google to możliwość przebywania w biurze ze swoim psem, którą zresztą niejeden pracownik wykorzystuje.

Wszystkich zasad, jakimi mamy się kierować jest kilkanaście, ale wspomnę jeszcze tylko o jednej. Każdy Amazończyk jest odpowiedzialny za swój klocek w firmie od początku do końca. Patrząc z punktu widzenia programisty: w zespole najczęściej nie ma osobnego działu testerów i działu QA. Nie ma także ludzi odpowiedzialnych za support. Stąd pewnie wyklinane pagery i tzw. on-call. Mówiąc najprościej, raz na kilka miesięcy nadzorujesz działanie swojego systemu przez tydzień, 24 godziny na dobę. Jeżeli coś wydarzy się, nawet w środku nocy, masz dwadzieścia minut żeby zareagować, w przeciwnym razie notyfikowany jest Twój manager. A chwilę później manager twojego managera. Kiedy pager dzwoni lepiej wstać, bo za godzinę na nogach może być już sam Jeff Bezos, co wynika z płaskiej struktury organizacyjnej firmy. OK, trochę przesadziłem, ale nieodebrane pagery są wyzwalane kaskadowo - to fakt.

W Amazon się pracuje. Menadżer powiedział mi w zeszłym roku, że spośród ciężkiej pracy, długiej pracy i mądrej pracy trzeba wybrać sobie dwie opcje i opcji tych się trzymać, z jedną się nie uda. Ponoć ludzie wypalają się i przenoszą gdzieś indziej. Robert mówi, że 72% pracowników firmy jest z nią 2 lata lub krócej! Częściowo wynika to na pewno z ogromnego wzrostu Amazon w ostatnich latach, ale to nie może być cała prawda.

Zakończmy akcentem pozytywnym! Amazon to kompleks budynków w centrum Seattle (zdjęcia w załączniku). Firma właśnie wykupuje tą część miasta na własność za, bagatela, 1.1 miliarda dolarów. Kampus jest dziwny, bo na próżno szukać tam choć jednego loga Amazon. Poszliśmy tam dzień po przylocie i nie byliśmy pewni czy dobrze trafiliśmy. Podejrzenia potwierdził dopiero pierwszy dzień pracy. Bardzo niepozorny zestaw budynków, ale przyjazny dla oka, dobrze wkomponowany w dzielnicę South Lake Union.

Dzisiejszą notkę zakończę etymologicznie, opowiadając skąd wzięto nazwy dla kilku spośród budynków kampusu:

  • Wainwright - od nazwiska pierwszego klienta Amazon, który kupił dwie książki w 1995 roku. Ciekawe czy wie, że ma swój budynek? To tutaj pracuję.
  • Rufus - tak wabił się pies jednego z pierwszych programistów firmy. Pies towarzyszył mu w pracy i stąd pewnie dzisiejsze zezwolenie na psy w biurze. To kliknięcie łapy Rufusa rozpoczęło w 1999 roku sprzedaż muzyki i filmów na Amazon.
  • Fiona - pierwsza nazwa kodowa dla dzisiejszego Kindle.
  • Day 1 - ze sławnego, starego jak świat cytatu Bezosa.

"Jeszcze tyle się wydarzy. Ludzie jeszcze nie rozumieją jak 
Internet wpłynie na świat i dlatego wciąż mamy Dzień Pierwszy".

Kula domowa - tydzień 0.

Paweł szykuje dla Was już super posta o Amazon.com, a ja w międzyczasie, tak na szybko chciałam poruszyć jedną rzecz.

Któraś już osoba z kolei pyta, kiedy rozpocznę obiecany cykl ważenia się. No więc, moi Drodzy, śpieszę wyjaśnić, że nie mamy jeszcze wagi. Jak tylko jakąś nabędziemy, akcja rusza!:P

W sobotę miałam okazję zmierzyć się z moimi demonami:P Zważyłam się i ... nie przytyłam, ha!;)

Całusy ze słonecznego i ciepłego Seattle!
(ponoć w Krakowie leje)



wtorek, 2 października 2012

I love Pierogies!

Minął pierwszy tydzień naszego pobytu w Seattle.
Teraz już niektórzy zaczęli chodzić do pracy, a niektórzy mają czas na pisanie bloga i uzupełnianie zaległości;)

Mieszkańcy Seattle lubią aktywnie spędzać czas. Kiedy tylko mają okazję, jeżdżą w góry, pływają kajakami, podróżują, o bieganiu i jeździe rowerem nie wspominając. Dodatkowo, słońce wyciąga z domów ludzi chcących się nim nacieszyć przed nadchodzącymi ośmioma miesiącami  mroku. Zwłaszcza w weekend. Dlatego, gdy w sobotę poszliśmy z Pawłem do Woodland Park Zoo, spotkaliśmy tam prawdopodobnie wszystkie dzieciate pary z Seattle i okolic. Zoo, jak chyba wszystko w tym mieście, jest świetnie zorganizowane. Dzieciaki mogą uczestniczyć w specjalnych pokazach czy pogadankach edukacyjnych o zwierzakach; mogą pogłaskać osiołka, kozę i krowę; mogą wejść do hali, w której utrzymywany jest mikroklimat lasu tropikalnego z jego roślinnością i ptactwem (oraz drapieżnikami - już za szybką;)). My też, ciągle młodzi, spędziliśmy tam ładnych parę godzin.  Ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu, nie mieli tam jednak kapiBARY!
Wielkim minusem jest natomiast jedzenie (co za niespodzianka). Co krok stoją budki z hamburgerami, popcornem i lizakami, nie udało mi się natomiast, choć naprawdę chciałam, znaleźć czegoś zdrowego. W końcu zdecydowaliśmy się na panini, które okazało się być ociekającą tłuszczem bułą na ciepło. Eh.

Wieczorem spotkaliśmy się z Anthonym - znajomym Bożeny i Davida, który pracuje dla Amazon (w sumie tu większość ludzi pracuje albo dla Amazon albo dla Microsoft albo dla Boeinga). Po jakimś czasie dołączyli do nas  kolejni jego znajomi. Tego wieczoru zaskoczyło nas, jak otwarci są tu ludzie. Kiedy idziesz do klubu, niewątpliwie dosiądzie się do Ciebie ktoś, kto chce z Tobą pogadać. Może spędzicie razem tylko godzinę, może cały wieczór, ale niewątpliwie wymienicie się numerami telefonu i zupełnie naturalne będzie dla Was, że następnym razem, gdy będziecie w Downtown, zdzwonicie się znów na kielonek sake. Nie mówię tu tylko o damsko-męskich (czy też, jak u nas na Capitol Hill męsko-męskich:P) znajomościach!
W każdym razie spędziliśmy udany wieczór w towarzystwie zupełnie obcych, ale sympatycznych osób. No, może z małym wyjątkiem, bo nadętych amerykańskich bufonów też tego wieczoru poznaliśmy.

Niedziela, jak zapowiadaliśmy, minęła nam pod znakiem pierwszego Festiwalu Polskiego w Seattle.
Pojechaliśmy tam z Adamem, którego bardzo pozdrawiam, jeśli czyta tego bloga!:D
Jeśli nie będzie miał nic przeciwko, napiszę o nim parę słów przy najbliższej okazji.
Bardzo urzekła mnie tutejsza Polonia. Niektórzy ledwo mówią po polsku, ale ciągle czują się bardzo związani z Polską i polską tradycją. W zasadzie, w tym tłumie ludzi w podkoszulkach i czapeczkach z orzełkami (wariant drugi to t-shirt z napisem 'I love Pierogies' :)) byliśmy chyba najmniej polscy.
Sam festiwal składał się z części artystycznej (muzyka Chopina, tańce ludowe, pokaz mody regionalnej), warsztatów (robienie pierogów i zupy ogórkowej) oraz 'biwaku', na którym można było kupić polskie jedzenie - słodycze, wypieki, pierogi, naleśniki, bigos czy w końcu - piwko. Po raz pierwszy w życiu musiałam pokazać dowód;)
Było to naprawdę ciekawe i sympatyczne wydarzenie. Paradoksalnie, najmocniej zatęskniłam za Polską właśnie tam:)

Ah, a wszyskim, którzy wiedzą o moim planie założenia kiedyś i gdzieś pierogarni - tu jest na to dobre miejsce!;)

Pod wieczór Adam zabrał nas jeszcze nad zatokę. Cieszyliśmy nasze oczy górami skąpanymi w blasku zachodzącego słońca. Niedługo zacznie padać (wszyscy ciągle o tym mówią, normalnie przygotowania jak do wojny!), trzeba więc nałapać takich widoków ile się tylko da.

Zmęczeni i lekko zmarznięci wróciliśmy wieczorem do domu. Następnego dnia chłopaki mieli po raz pierwszy iść do Amazon.

O swoich wrażeniach po pierwszych dniach tam Paweł niewątpliwie Wam napisze.
A jeśli będziecie chcieli poznać szczegóły pasjonującego życia kury domowej - nie omieszkam wspomnieć również o tym.

Tymczasem wrzucam trochę zdjęć :)

PS. Z ciekawostek powiem Wam jeszcze, że znalazłam darmowe kursy angielskiego. 5 dni w tygodniu po 2h - super sprawa! Wczoraj byłam po raz pierwszy na zajęciach, moja grupa liczy 6 kobiet-uczennic i 5 nauczycieli;)


piątek, 28 września 2012

Jeśli muzeum to tylko science-fiction i rocka!

-->> zdjęcia

Wybraliśmy się wczoraj z Basią do EMP Museum, czyli muzeum rocka, science-fiction i pop kultury. EMP to w zasadzie antymuzeum - nowoczesne, interaktywne i tematycznie ciekawe. Całość znajduje się w futurystycznym budynku, przez który przebiega trasa miejskiej kolejki nadziemnej (oprócz niej w Seattle ludzi wożą także autobusy, trolejbusy i tramwaje).

Wewnątrz budynku - wystawy, które ponoć zmieniają się cały czas. My trafiliśmy na historię Nirvany, Jimi'ego Hendrixa oraz The Rolling Stones. Do tego wystawa ikon science fiction (rekwizyty z Matrixa, Obcego, Star Treka czy Gwiezdnych Wojen, a także green screen na tle którego można wkomponować się w cyfrową scenę) i wystawa ikon horroru (głównie rekwizyty, ale także budka krzyku, gdzie trzeba krzyczeć, co budka uwiecznia na zdjęciu i wyświetla jako fragment wystawy!). Przy wejściu do EMP znakomicie nagłośnione kino, gdzie puszczają m. in. fragmenty koncertów Hendrixa. Tuż obok rzeźba z setek instrumentów, cudna! Na najwyższym piętrze raj dla muzykalnych: budki z instrumentami (gitary, perkusje, klawisze, miksery i mikrofony), gdzie z pomocą komputerów można "nauczyć się" grać. Można nawet zaprosić ludzi z sąsiednich budek na wspólne jam session. Obok wytłumione pokoiki, gdzie wali się w prawdziwe zestawy perkusyjne, albo szarpie za struny gitary podpiętej do wzmacniaczy Marshalla.

Na koniec spaceru w EMP wybraliśmy się na wirtualną scenę, gdzie najpierw wybiera się piosenkę spośród kilku dostępnych, a potem całą grupą udaje się zespół na scenie (udaje się, choć gra się na prawdziwym sprzęcie). Po zakończeniu utworu wychodzi się z salki i można kupić swoje własne DVD albo plakat ze zdjęciem zrobionym podczas występu. Zagraliśmy z Basią Wild Thing, a nasz zespół nazwaliśmy sentymentalnie - Delusion. Plakatu nie wzięliśmy i trochę żal, bo dobrze wyszedłem za garami!

Jeszcze jedno... Choć muzeum ufundował Paul Allen, ten od Microsoftu, to muzyki na wystawie słucha się z obudowanych iPodów.


Dziś pochodziliśmy trochę po naszym osiedlu, Capitol Hill. Mieszkamy odrobinę na wschód od ścisłego centrum. Dzielnica jest na wzgórzu, więc obfituje w ładne widoki. Niższe poziomy to niewysokie apartamentowce, a wyżej duże amerykańskie domy z zielonymi, zadbanymi podjazdami i drewnianymi werandami. Obok domów wiewiórki, dużo ich tutaj, biegają beztrosko po drzewach. Basia wzdycha do tutejszego budownictwa i obawiam się że kiedyś postawi pierwszy amerykański domek w małopolskim.

PS. Wciąż nie widzieliśmy deszczu!

wtorek, 25 września 2012

Tyle słońca w całym mieście!

Nie myślcie sobie, że tytuł posta to żart, o nie! Od wczoraj jeszcze nie padało:P  Ba, podobno nie padało już ładnych parę tygodni i jest to naprawdę ewenement.

Chciałam jeszcze wrócić do naszej podróży i kontroli na lotnisku w Stanach. Otóż, nie było żadnej! Na odprawie celnej usłyszeliśmy jedynie 'Don't get lost in America!'. Potem  niegroźnie wyglądający psiak nas obwąchał; przy ostatniej bramce zapewniliśmy, że nie wwozimy mięsa, ja wprawiłam w konsternację pana urzędnika, który po usłyszeniu nazwiska powiedział tylko 'Are you kidding me?' i ... po wszystkim!

Z lotniska odebrali nas znajomi znajomych Roberta - Bożena, Polka i David, jej mąż. Strasznie sympatyczni, uśmiechnięci i pomocni. Czy w ogóle są tu niemili ludzie? Wspominam o nich, bo jestem przekonana, że jeszcze przewiną się w naszej telenoweli;)

Jeszcze parę rzeczy, o których Paweł nie napisał:

  1. Mieszkamy w Capitoll Hill. Jest to gejowski teren i na dzielnicy już wrze, że przyjechały świeże kąski prosto z Europy! Chłopaki postanowili, że po zmroku nie wychodzą.
  2. Seattle jest miastem bardzo 'dog friendly'. Do tego stopnia, że pracownicy Amazon mogą chodzić do pracy ze swoimi pupilami, którzy leżą przy ich biurkach! Ciekawe, czy są publiczne psie toalety, mam nadzieję, że chłopaki się dowiedzą;)
  3. Wszystkie ceny podawane są bez doliczonego podatku. Jest to BARDZO nieprzyjemne i mylące. 
  4. Ludzie tu są nienaturalnie mili;) Naprawdę. Nawet ochroniarze czy urzędnicy. Ludzie uśmiechają się na ulicy i zagadują. Ale to może tylko nasz urok;)
  5. Naliczyliśmy się dziś tylko trzech mega grubasków. Zdecydowanie miasto odbiega od amerykańskiej normy.
  6. Uwaga na amerykańskie jedzenie! Przyciśnięci głodem, poszliśmy coś przekąsić dziś. Jestem prawie pewna, że po prostu wybraliśmy pechowo, w każdym razie powiedzieć o jedzeniu, które dostaliśmy 'tłuste' to za mało!
  7. W niedzielę jest Polski Festiwal. Idziemy oczywiście, chłopaki liczą na polską kiełbasę!;)
Dzisiaj przez pół dnia spacerowaliśmy i poznawaliśmy miasto. Seattle jest przyjazne, ładne, nieduże i czyste. Z każdą chwilą podoba nam się bardziej!:) Z rzeczy, które koniecznie trzeba zobaczyć, możemy odfajkować już Pike Place i Space Needle. Zamiast słów - zdjęcia!

poniedziałek, 24 września 2012

Magiczne początki

Dolecieliśmy! Jest 21, czyli 6 rano czasu polskiego. Mam praktycznie całą noc nieprzespaną a nie odczuwam senności. Cóż, każdy przeżywa jetlag (9 godzin różnicy) na swój własny sposób... Basia i Robert już dawno śpią.

Siedzę w naszym bardzo przytulnym i znakomicie usytuowany apartamencie. Sprzed budynku mamy niesamowity widok na Space Needle z amerykańska flagą w tle. USA pełną gębą.

Jakieś 0,5 km stąd jest wielki sklep. Jeszcze nie widziałem tyle jedzenia w jednym miejscu. Oczywiście setki pizz i hot dogów do mikrofali, ale także mielona kawa (samoobsługowa), gotowe sałatki, kurczaki, przekąski, półki pełne win, płatków, pieczywa, jedzenia asian czy szerzej - international. Polski hipermarket ale zamiast półek ze sprzętem ogrodniczym jest jedzenie, jedzenie, jedzenie. Założę się, że Basia zakocha się w tym miejscu gdy ją tam jutro zabiorę.

Wszystko to na ulicy Broadway, którą przemierza mnóstwo tubylców. Dookoła świecące knajpki i restauracje wszystkich stron świata. I bezdomni z psami okupujący róg jednej z ulic.

Przyjechaliśmy prosto na mecz footballowy grany przez Seattle! Właśnie oglądam w telewizji. Seattle wygrało jednym punktem w ostatniej sekundzie (dosłownie). Wszyscy mówią że takiego zakończenia meczu nie było od dziesiątek lat, a na dodatek że był niesprawiedliwy, że Seattle powinno przegrać, że błąd sędziowski. Fani footballu o meczu mówić bedą jeszcze długo, a my przyjechaliśmy właśnie dzisiaj.

I niech to bedą dobre dobrego początki. Bo Seattle zapowiada się naprawdę dobrze.


Widok w dół ulicy

poniedziałek, 17 września 2012

Deszczowa piosenka

Rafał podesłał nam piosenkę Marka Knopflera o celu naszej podróży. Jak można się spodziewać, w utworze kluczową rolę odgrywa deszcz.

Seattle - you've got to love the rain
And we both love rain
We both love rain


 --> kliknij żeby posłuchać

wtorek, 4 września 2012

Garść informacji na dobry początek


Kiedy zdecydowaliśmy się na wyjazd do Seattle, wiedziałam o tym mieście tyle, co chyba każdy: że non stop tam leje i że to tam Kurt Cobain z chłopakami założyli Nirvanę.

Teraz, na trzy tygodnie przed wylotem, mam dla Was trochę ciekawostek.

Seattle:
  • największe miasto w stanie Waszyngton
  • jego nazwa pochodzi od imienia Si'ahl, wodza okolicznych plemion Duwamish i Suquamish
  • określane jest "Deszczowym Miastem" lub "Miastem Samolotów" (no, może nie jest to najtrafniejsze tłumaczenie dla "Jet City"...) - tu swoją siedzibę ma Boeing. Najczęściej nazywane jest jednak "Szmaragdowym Miastem" ze względu na dużą ilość soczyście zielonych lasów w okolicy i mnogość parków w samym mieście 
  • mieszkaniec Seattle to Seattleite
  • w 2010 miasto liczyło około 609tys. mieszkańców. Aglomeracja Seattle-Everett-Tacoma liczy ich już ponad 3,3mln
  • jednym z miast partnerskich Seattle jest Gdynia
  • różnica czasu między Polską i Seattle wynosi 9 godzin
  • w 2005 r. zostało okrzyknięte miastem o najniższym poziomie otyłości w USA (HA!)
  • znajduje się na 2. miejscu w rankingu 50 miast USA o największym odsetku osób o orientacji homoseksualnej i rzeczywiście na każdym kroku podkreśla się liberalizm i tolerancyjność Seattleites'ów
  • jest uważane za jedno z ładniejszych miast Stanów
  • symbolem miasta jest wieża telewizyjna Space Needle
  • zbudowane jest na wzgórzu. Ulice znajdują się na różnych poziomach, czasem stromizny są tak spore, że trudno jest iść chodnikiem w dół
  • na jednego mieszkańca przypada tu najwięcej sklepów z książkami i bibliotek (w porównaniu z innymi amerykańskimi miastami)
  • Seattle to raj dla fanów azjatyckiej kuchni. Jest tu znacznie więcej restauracji z pysznymi potrawami  z Azji niż meksykańskich, co podobno jest ewenementem w Stanach 
  • akcja "Grey's Anatomy" dzieje się właśnie W Seattle. Niestety, szpital Seattle Grace nie istnieje naprawdę, ale za to jest uznawany za jedno z najlepszych filmowych fikcyjnych miejsc pracy
  • śnieg pada średnio dwa dni w roku, jest go bardzo mało (podobno ledwo starcza na ulepienie śnieżek) i szybko topnieje
  • Uwaga, obalamy mit! W Seattle wcale nie pada tak dużo, mniej niż np. w Nowym Jorku, Bostonie, Providence, Washington DC, Baltimore, Newark, Philadelphii, Pittsburghu, Cleveland, Atlancie czy Nashville. A słyszał ktoś narzekanie na opady w tych miastach? Prawdą jednak jest, że niebo w Seattle często jest zachmurzone i występują mżawki a pogoda jest depresyjna
  • tym bardziej dziwi fakt, że sprzedaje się tu najwięcej par okularów przeciwsłonecznych w całych Stanach
  • Pike Place! Czyli coś, co już teraz jest na mojej liście must see:) Jest to targowisko, na którym można kupić produkty prosto od farmerów, świeże ryby z Pacyfiku, ale także mnóstwo dań z kuchni całego świata, chińskich, tajskich czy rosyjskich
  •  i w końcu - muzyka. Chyba nie ma osoby, która nie wie, że to tu narodził się nurt muzyczny grunge, to tu założony został zespół Nirvana. Tu też urodził się Jimmy Hendrix. Swoje korzenie mają w mieście również zespoły takie jak: Soundgarden, Alice in Chains, Mudhoney, Mother Love Bone, Pearl Jam (powstały po rozpadzie Mother Love Bone),  Queensryche
  • i na koniec jeszcze jedna ciekawostka: Gumowa Ściana pokryta przeżutymi gumami do żucia.  Ponoć wszystko zaczęło się od znudzonych ludzi stojących w kolejce do pobliskiego teatru, którzy zaczęli je przyklejać na ścianie. Ta pokryta jest obecnie warstwą kolorowych gum o grubości kilku centymetrów.
Grafiki pochodzą z serwisów:
http://www.neotravel.pl/gumowa-aleja-w-seattle/http://seattleurbanmedia.com/The-Complete-Guide-to-Pike-Place-Market/http://www.geekologie.com
Gumowa ściana
Pike Place
Mount Rainier rzucający cień