sobota, 27 grudnia 2014

Poświątecznie i (głównie) w obrazach

Święta, Święta i po Świętach...
Do szarej, poświątecznej rzeczywistości wraca się szybko zwłaszcza w Stanach, gdzie większość ludzi ma wolne tylko 25 grudnia.


Nasze Święta zaczęliśmy, jak zwykle na obczyźnie, od kolacji Wigilinej z innymi międzynarodowymi "sierotkami". W tym roku było polsko-rosyjsko-singapursko z niespodziewanym chińskim pierwiastkiem. Po raz pierwszy życiu mieliśmy na Wigilii niespodziewanego wędrowca! Dołączył do nas Chińczyk, który dzień wcześniej przyleciał do USA.
Nie było 12 potraw a 4, opłatek utknął w paczce na poczcie a po kolacji obejrzeliśmy "Love Actually" zamiast Kevina, ale wieczór udał się bardzo. Każdy przyniósł jakieś danie charakterystyczne dla swojego kraju, obdarowaliśmy się też drobiazgami i spędziliśmy razem przyjemne godziny przy naszej przepięknej choince.

Mam nadzieję, że Wy, nasi czytelnicy spędziliście Święta w cudownej, rodzinnej atmosferze i jesteście gotowi na wyzwania nowego roku. Bardzo się cieszymy, że jesteście z nami i liczymy, że tak zostanie! Życzymy Wam też masę szczęścia, zdrowia, spełnienia marzeń i samorealizacji w 2015:) Niech będzie jeszcze lepszy!


I na koniec trochę zdjęć z okołoświątecznego okresu w Seattle.


 Uwielbiam świąteczne kartki :) Dawniej nic mnie nie cieszyło tak, jak smsy i maile, teraz miłość do papieru odżyła.


Symbolem i maskotką Pike Place Market jest świnia Rachel. Tu świąteczne świniofery.




Jak mogliście zauważyć na instagramie, powiększył się nam zwierzyniec mieszkaniowy. Od kiedy wichura zwiała karmniki dla kolibrów u sąsiadów, wszystkie przylatują do nas. I wbrew temu, co myśleliśmy przez długi czas, Seattlowskie kolibry wcale nie są szare! Przyjrzyjcie się kolibrowi na drugim zdjęciu (trochę rozpikselowane, będę musiała chyba nowy obiektyw kupić, żeby moje koliberki fotografować:P).



sobota, 22 listopada 2014

Na Dalekim Wschodzie

W Pekinie lekko po północy. Zarówno w Indiach jak i w Chinach widziałem na razie mniej niż bym chciał. Dużo pracuję, tak jak lokalni Amazończycy. Oba narody spędzają w biurze zdecydowanie więcej czasu niż Amerykanie.

Te kilka dni kiedy udało mi się wyjść na miasto były super. Przemili tubylcy z biur dbają o mnie i oprowadzają po okolicy. W Indiach Farooque zaprosił mnie do siebie na wielką kolację, a dzień potem wynajął taksówkę i obwoził po mieście. W Pekinie dbają o mnie grupowo. Dziś Xunlong i Chen Kun zawieźli mnie na Wielki Mur a potem na pyszny hot pot. Rewelacyjna sprawa, mieć ze sobą lokalnych ludzi, których idzie zrozumieć. Dowiedziałem się tylu ciekawych rzeczy!

Krótkie podsumowanie wrażeń...

Indie niesamowite, dzikie, brudne i niepoukładane. Chaos który w jakiś przedziwny sposób sam siebie trzyma w ryzach. Moje odczucia: głównie fascynacja, ale i zmęczenie, trochę zniesmaczenia. Na pewno wrócę tu jeszcze, poszamać dobry naan.

Chiny póki co wypadają gorzej, ale to tylko Pekin. Duże miasto, zupełnie jak na zachodzie. Perełki chińskiej historii zgrabnie pochowane między blokowiskami. Gdy nie ma wiatru to smog taki, że trzeba dyszeć przez maskę, a nocą sceneria jak w Łowcy Androidów. Chiny poza stolicą zapowiadają się cudnie, więc czekam aż opuszczę Pekin na stałe.

PS. Próbuję trochę lokalnych specjałów. Kozie mięso w Bangalore. Dowiedziałem się przy okazji, że w Indiach nie dotyka się jedzenia lewą ręką, nawet chleba, faux pas. W Chinach sam czasem nie wiem co jem. Z ciekawszych rzeczy krwawe (bo z krwi) tofu (blood tofu), pikantne i dobre. I kurze nóżki na przegryzkę, dodatek do banana. Zostałem nawet zaszczycony pytaniem czy pierwszy raz jem pałeczkami, podsumowali moją technikę.

PS2. Cała nieśmiała dwudziesto-osobowa wycieczka chińska siekła sobie ze mną zdjęcie na Wielkim Murze. Na koniec powiedziałem, że pięc dolarów się należy, śmiali się do rozpuku. Rock star.

Indie!















Praca rządu jest pracą boga? Oj, nie wiem czy to przeszłoby na zachodzie...


Nie sposób nie zauważyć tych gości. Dziwnym trafem spotkałem ich tego dnia jeszcze nie raz.


Krów mnóstwo. Łażą po mieście, jedzą śmiecie, wieczorem same wracają do domu. Prześmieszna sytuacja - rynek, stragan z ogórkami. Kobieta siedzi na ziemi, obok niej ogórki. Idzie krowa i jakby nigdy nic rzuca się na nie paszczą. Kobieta w szoku, rzuca w krowę skrzynką, a ta nic. Jakiś chłop się zlitował, dosadnie pacnął krowę w zad, krowa poszła. Z ogórkami w paszczy. Cudnie!



Pyszne, żywe i śmierdzące ptaki. Wielopoziomowe klatki znakomicie oddają realia społeczeństwa klasowego - ten kto na dnie temu najwięcej robią na głowę.


Moje ulubione zdjęcie, poszedłem jedną alejkę za daleko. Farooque z braku zrozumienia fascynacji drapał się po głowie. Brud, mokro, cuchnie, bo za plecami rybna sekcja rynku. Koparka grabi śmiecie, krowy zajadają w najlepsze, między krowami kobieta, nie mam pojęcia czego tam szuka.


Korki na bazarze. Poważnie - zatkała się ulica.


Dobrze, że w leki zaopatrzyłem się w Stanach...


Riksza - taksówka dla odważnych.


A tu już Indie z punktu widzenia zachodniego biznesmena - hotel i okolice.





I Chiny!







Moi super przewodnicy!


Pekin w złym wydaniu. Podkreślam - złym, nie najgorszym.

wtorek, 11 listopada 2014

Indie nie Indie

Trochę niespodziewanie zaczął mi się właśnie miesiąc poza domem. Wiem, że dopiero się zaczyna, bo ciągle męczy mnie jetlag, jest szósta rano.

Pierwszy raz w Indiach, albo pokochasz albo znienawidzisz, tak mówią. Czuję się dziwnie, jakbym tu był i niebył. Nie tak wyobrażałem sobie moją pierwszą podróż tutaj - w ramach pracy, schowany w biurze albo hotelu w centrum miasta. Obiecuję sobie, że liznę jeszcze prawdziwych Indii przed wyjazdem, choć mam tylko kilka dni i dużo pracy. Póki co korzystam z pozytywnych aspektów wyjazdu - towarzystwa Hindusów których rozumiem. Próbuję od nich dowiedzieć się czegoś o kraju.

Moje pierwsze wrażenie podobne jak w Armenii - inny świat. Ciepłe, stęchłe, zanieczyszczone powietrze, głośno. Zamiast kwieciście opowiadać, wypunktuję kilka ciekawostek:
  • Nikt mi o tym nie powiedział, ale wszędzie pełno ochrony i bramek - wykrywaczy metalu. Bo w Indiach zdarzają się ataki terrorystyczne. A po każdym nowe bramki wynurzają się spod ziemi jak grzyby po deszczu. Jest więc bramka żeby wejść przed galerię handlową (!) i bramka żeby wejść do środka. Bramka na lotnisku między kontrolą paszportową a celną. Nie wygląda na to, żeby był z nich jakiś pożytek. Ludzie przechodzą, bramki piszczą, kontrola odhaczona, nikt nie zwraca uwagi.
  • Piip, piip (?), tak śpiewają tu ptaki, stalowe na kołach. W Indiach nie obowiązuje żadne prawo, zwłaszcza ruchu drogowego. Wychodzę na balkon i słyszę ciągłe trąbienie w trzy-sekundowych odstępach. Bo klakson, podobnie jak miganie długimi światłami, jest głównym narzędziem wymuszania pierwszeństwa zwanego tu pewnie zmianą pasa. Pasów zresztą nie ma, na drodze jedzie tylu ile się zmieści. W samochodach też najczęściej nie ma pasów. Jak się poszczęści to są, ale nie chcą się zapiąć.
  • Każdego wieczora z garażów Amazonu wyjeżdżają setki taksówek odwożących ludzi do domu. Niesamowite jak ważną rolę odgrywa tu taksówka. W garażu, jak wszędzie, ochrona. Panowie sprawdzają każdy wyjeżdżający samochód i upewniają się, że ostatnia osoba która dotrze nim do domu nie jest kobietą. Innymi słowy, nie chcą żeby kobieta została sama z kierowcą. Jeśli na to wygląda, wsiądą i pojadą razem z resztą pasażerów.
  • Każdy dzień to walka z własnymi nawykami. Bo nie wolno pić wody z kranu, żeby nie zachorować. Więc nie wolno jeść sałatek, bo warzywa płuka się wodą. Ogólnie od rzeczy nieugotowanych lepiej trzymać się z daleka. Mycie zębów też pewnie lepiej wodą z butelki. Drinków się nie pije bo lód to przecież woda... Ciężko się kontrolować, jeśli całe życie nie zastanawiało się nad takimi rzeczami. Prawda jest zresztą taka, że wody z kranu uniknąć się nie da, bo przecież herbatę pije się w szklance, a kto wie czym ją myli. Na razie trzymam się zdrowo, jeszcze kilka dni, puk puk.
  • W biurze jak w biurze, informatycy przy pracy. Zauważyłem, że dużo ludzi człapie bez butów. I bardzo dużo kobiet. Przykładowo, team zajmujący się naszymi płatnościami to siedmiu programistów w tym cztery dziewczyny. A u mnie w Stanach na czterdziestu programistów kobiet zero.
  • Ciąg dalszy nastąpi...

sobota, 25 października 2014

1000 filiżanek kawy. 5: Slate Coffee Roasters

Piątkowa wizyta w Slate jest powodem, dla którego po ponad roku (sic!) postanowiłam odkurzyć mój kawowy cykl.
Cóż, nie tylko powoli robię się kawową snobką (dzięki, Seattle), ale też coraz rzadziej piję moją małą czarną czy latte poza biurem, gdzie mamy swoją kawiarnię i doskonałych baristów (żyć, nie umierać).
http://www.kinfolk.com/city_guide/seattle-slate-coffee-roasters/

O Slate słyszałam już któryś raz z kolei. Za każdym razem w zdaniu pojawiało się słowo "ekskluzywne/a" [fancy], co trochę mnie onieśmielało ;)
Miejsce jest małe, kawiarnia zajmuje jedno pomieszczenie niepozornego domku.
Design jest minimalistyczny i surowy. Białe ściany, kanciaste meble. Od razu widać, że faktycznie fancy;)



Slate słynie z bardzo dobrej kawy. Jeśli to Twoja pierwsza wizyta, zdecyduj się na ich menu degustacyjne.  Na przystawkę dostaniesz dwa rodzaje espresso, danie główne stanowi trio: espresso, świeże mleko i macchiato (espresso z mlekiem), na deser kawa mrożona z przepysznymi pomarańczami w czekoladzie, a na podwieczorek - gorąca czekolada z łyżeczką czekolady i ziarnem kawy dla wzbogacenia aromatu. Każde "danie" okraszone jest opowieściami baristów o pochodzeniu i charakterystyce ziaren, które parzą.


Całość ma trwać ok. godziny (nam zeszło dwie...) i kosztuje $17.
Gorąco polecam!

PS. Jedyny minus całego przedsięwzięcia, to kofeinowy odlot. Przygotujcie się na przyjęcie 6 mocnych shotów espresso i późniejsze drżenie rąk;)



niedziela, 19 października 2014

Dynia art :)

O tym, że Halloween się zbliża nie da się zapomnieć ani na sekundkę. Witryny sklepowe, reklamy kostiumów, udekorowane domy - wszystko to krzyczy (już od miesiąca:P), żeby się odpowiednio przygotować.
A jak wiadomo, nie ma Halloween bez wydrążonej dyni! ;) W zeszłym roku potraktowaliśmy sprawę po macoszemu, w związku z tym teraz nastawiliśmy się na w pełni amerykańskie doświadczenie i Halloweenowe szaleństwo zaczęliśmy od odwiedzenia dyniowej farmy.

Remlinger farms znajduje się niecałą godzinę drogi na wschód od Seattle. Jest to przeurocza farma i godny podziwu biznes - od późnej wiosny aż do zimy można kupić tu sezonowe specjały (owoce, warzywa, drzewka choinkowe), przetwory czy alkohole. Obecnie króluje tu dynia i parujące kubki jabłkowego cydru, ale już za chwilę, już za momencik zacznie się szał choinkowy:)
Miejsce to jest bardzo przytulne: z sezonowymi dekoracjami witającymi na każdym kroku, ręcznie robionymi ciasteczkami i ciastami, które powodują ślinotok i domową kuchnią serwującą proste, ale treściwe "comfort food".





Z myślą o dzieciakach przygotowany jest też labirynt w kukurydzy, małe zoo i przejażdżka w przyczepie za traktorem na ławce z siana (serio:P).
Ogólnie - idealne miejsce na spędzenie niedzieli;)



My jednak przybyliśmy tam z jedną misją - znalezienie dyni idealnej! Brodziliśmy w błocie między dziesiątkami dyni różnych kształtów i rozmiarów i sporo czasu minęło, zanim Paweł znalazł naszą. Ale udało się:)









"hmm, hmm" - pan inspektor;)


mamy ją!



A wieczorem zaczął się artystyczny szał. Koleżanka zaprosiła nas do siebie i razem z grupą znajomych tworzyliśmy nasze latarnie. Po raz pierwszy widziałam narzędzia specjalnie do tego celu przeznaczone i powiem Wam, że różnica jest niebagatelna, jeśli ma się do dyspozycji zestaw wyspecjalizowanych pilników a nie tylko ogromny nóż kuchenny, jak to było w naszym przypadku 2 lata temu;)

TADAM, oto rezultaty!


Już pewnie wiecie, która moja:)