czwartek, 1 listopada 2012

Najswiezsze wiesci prosto z Lower Queen Anne!


W nowym mieszkaniu nie mamy jeszcze internetu, okoliczności sprzyjają więc uzupełnianiu bloga.
Tak, przeprowadziliśmy się! Proces ten był bardzo bolesny (dosłownie i w przenośni), ale w koncu mamy go za sobą. Wczoraj(30.10) spędziliśmy pierwszy wieczór i noc na swoim!

Przeprowadzka i rzeczy z nią związane zajmowały większość naszego czasu: codziennie czatowaliśmy na oferty ładnych mebli w dobrej cenie, przeglądaliśmy katalogi Ikei czy innych sklepów, robiliśmy listę zakupów, kombinowaliśmy z najlepszą opcją wypożyczenia samochodu, itp.
Gorączka trwała od czwartkowego popołudnia, kiedy to podpisaliśmy umowę. Dostaliśmy klucze i pozostało już 'tylko' umeblować nasze gniazdko. Na pierwszy ogień poszedł salon. Wypatrzyliśmy ładne meble na craigslist i amazon for sale (serwisy z ogłoszeniami) i Pawel z Anthonym pojechali po nie w czwartkowy wieczór wypożyczonym vanem. Zipcar, czyli system do wynajmowania samochodów mógłby być tematem na osobnego posta. W każdym razie, byłam mocno zdziwiona, kiedy zobaczyłam, że żeby otworzyć samochód wystarczy wpisać specjalny pin w telefonie (nie ma w ogóle kluczyków), a żeby aktywować usługę, należy przyłożyć telefon z kodem do czytnika przy
wycieraczce wynajmowanego auta. Ciekawe;)

Nie będę tu opisywać wszystkich przygód i przeszkód na naszej drodze do własnego mieszkania, jak np. tego, że człowiek, od którego odkupiliśme meble, zatrzasnął drzwi od zewnątrz i nie dało się wejść do jego domu, albo że nowa sofa była tak szeroka, że wnosiliśmy ją przez chaszcze i balkon.
Żeby ten post nie był za nudny, nie będę też rozpisywać się o sobotniej wyprawie do Ikei kolejnym wypożyczonym vanem (Paweł pierwszy raz jechał automatem;)), spędzonych tam 6 godzinach, koszykach przepełnionych zakupami i wielkim rachunkiem do zapłacenia. Nie będę też się rozwodzić nad tym, że w wanie były miejsca dla 2 pasażerów, dlatego zostałam nielegalnie podrzucona na przystanek w części towarowej samochodu, a następnie, po 20 minutach czekania w deszczu na autobus, spędziłam w nim kolejną godzinę. W tym czasie panowie wypakowywali swoje zakupy.
....
( ciąg dalszy - 1.11.2012 )
Ostatecznie, mieszkanie na Capitol Hill opuściliśmy we wtorek. Do tego czasu wysprzątaliśmy i wymyliśmy co się dało, poskręcaliśmy meble i zdążyliśmy posprzeczać się o ich układ;) Finalny efekt jest bardzo zadowalający. Mamy dużo miejsca dla gości, piękny widok z balkonu i ... kolibry! Wczoraj widziałam pierwszego, nie miałam pojęcia, że żyją w Seattle!

Cóż jeszcze mogę powiedzieć? Jest nam tu dobrze:) I choć ciągle nie skompletowaliśmy wszystkiego, korzystamy z dobrodziejstw amazon.com i powoli gromadzimy dobytek:)
Oczywiście - zdjęcia!
(większość robiona telefonem, więc wybaczcie kiepską jakość)

Na fotografiach również japoński ogród w Seattle, który mnie zachwycił i nasze last-minute Halloween. W ferworze przeprowadzki zupełnie nie myśleliśmy o obchodzeniu tego, jakże popularnego tu, święta. Ale że dostałam wczoraj darmową dynię, grzechem byłoby jej nie zmaltretować!

PS. Internetu ciągle raczej nie mamy niż mamy. Powinno się to zmienić w poniedziałek.
PS.2. Nie do wiary, że jesteśmy tu już ponad miesiąc!



2 komentarze:

  1. Super mieszkanko i fantastyczne kolory jesieni. najbardziej zazdroszcze kolibrów :)))

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja za to jestem zachwycona duzymi oknami w salonie;) I serio czyham na okazje, zeby sie do Was wybrac (w weekend wypelniam aplikacje wizowa!!) ;)

    OdpowiedzUsuń