poniedziałek, 31 marca 2014

Jeśli jesteś fanem Pokémonów...

... jeśli jako dziecko kolekcjonowałeś je i marzyłeś, żeby zostać ich trenerem, zobacz koniecznie, jaka niespodziankę przygotowały w tym roku na Prima Aprilis mapy:


W skrócie (i dla nieanglojęzycznych) - o co chodzi? Od dziś do 2 kwietnia użytkownicy Google Maps mogą zobaczyć, ze w niektórych miejscach na całym świecie pojawiły się Pokemony, które można zbierać i dodawać do swojego Pokedexu, odwiedzając owe punkty.

Idea tej zabawy nie jest niczym nowym (pewnie niektórzy kojarzą inną grę bazujące na idei wzbogaconej rzeczywistości - Ingress), myślę jednak, ze Pokemony są ciekawostka, która ma spore szanse zrobić jeszcze niezłą karierę w ciągu 3 dni istnienia;)
A jeśli przy okazji uda się wyciągnąć trochę ludzi na spacery na świeżym powietrzu, tym lepiej;)

Spieszcie się, macie czas tylko do 2 kwietnia!:)

sobota, 8 marca 2014

Gdzie te pończochy, gdzie goździki?

Pokażcie mi kobietę, która nie lubi Dnia Kobiet. Myślę, że jeszcze się taka nie urodziła! Od kiedy pamiętam 8 marca to był dzień, w którym mężczyźni w naszym otoczeniu starali się nam go uprzyjemnić.
W podstawówce dostawałyśmy od kolegów słodycze, później kwiaty: tulipany czy nieśmiertelne goździki lub PRL-owskie rajstopy. Nasi ojcowie, bracia, chłopaki, mężowie - wszyscy starali się, żeby Dzień Kobiet był naszym świętem.
(Moim ulubionym akcentem na zawsze będzie jednak jedno z graffiti widzianych nie pamiętam gdzie "8 marca i kobiety przemówią ludzkim głosem" :P)

Nic dziwnego, że po X latach rozpieszczania przez płeć brzydką miałam taką malutką, malutką nadzieję, że 8 marca w Stanach będę choć w połowie tak ważna jak w PL.
Przyszłam do pracy, zobaczyłam Google Doodle z okazji Dnia Kobiet i czekałam, kiedy ktoś doda dwa do dwóch (Google promuje Dzień Kobiet, Basia jest kobietą), ale nic z tego.

Dzięki Bogu, że mam męża Polaka, który umie się zachować;)

A moje postanowienie na przyszły rok - zaszczepić w kolegach Amerykanach tradycję świętowania 8 marca!
źródło: https://www.facebook.com/comeandcomplain



niedziela, 2 marca 2014

Było, minęło - luty.

Rany, rany, kiedy cały miesiąc przeleciał?
(Hm, chyba każde podsumowanie będę tak zaczynać...)

Luty jest krótki, ale zgodnie z zapowiedziami, był bardzo intensywny. Podsumowanie miesiąca muszę oczywiście zacząć od Super Bowl, które po raz pierwszy w historii wygrała lokalna drużyna - Seattle Seahawks. Seattle ma bzika na punkcie futbolu, całe miasto ze Space Needle na czele udekorowane było zielono-niebieskimi barwami i flagami the 12th Man na długo przed finałem, a po zwycięstwie Seattle przypominało Rio de Janeiro podczas karnawału;)
1.
2.
3.
4.
A to już widok z okna od nas, fajerwerki po zwycięstwie
Uber dzień po zwycięstwie;)

Żeby zrozumieć, jak poważnie ludzie podchodzą do futbolu i jak mocno kibicują Seattlowskiej drużynie,
trzeba tu trochę pomieszkać i poczuć atmosferę, ale pozwólcie, że dam Wam namiastkę;) KLIK

Parę dni później wyszła nowa wersja Google Maps na Androida. Wersja 7.6 ma parę rzeczy mojego autorstwa, woohoo!

Luty to był też dla mnie miesiąc podróży. Podczas gdy Paweł ciężko pracował nad swoimi projektami  w Seattle (i uwaga, teraz nawet jednym zarządza!), mnie firma wysłała do pracy do Londynu.

Migawki z londyńskiego biura:

Mimo kumulacji przeciwności losu udało mi się przelecieć na chwilę do Polski i zobaczyć się z całą rodziną (obiad dla 18 osób, to jest to!) i paroma przyjaciółmi. Również w Londynie spotkałam się z dawno niewidzianymi ludźmi, wyjazd w delegację był znakomitą okazją do nadrobienia towarzyskich zaległości:)
Jeśli oglądaliście wiadomości, wiecie, że w Anglii szalały w połowie lutego mocne wiatry i powodzie. Pogoda rzeczywiście nie była spacerowa, ale mimo wszystko ze dwa popołudnia były na tyle słoneczne, że można było wybrać się na przechadzkę czy przejażdżkę London Eye.

Walentynki przy Victoria Station
Pyszne piwo i najlepszy kufel na świecie!

Deszczowe dni upływały głównie na pracy, ale udało mi się też zaliczyć na wskroś brytyjskie "Afternoon tea meeting". Za bardzo snobistyczne*, jak na mój gust, ale ciekawe doświadczenie, którego jednak nie mam zamiaru powtarzać;) Popołudniowe picie herbaty, na którym byłam, to mniej więcej dwugodzinna posiadówka z jedzeniem i herbatą (z mlekiem oczywiście). Nie jedzenie ani nie pyszna herbata urzekły mnie najbardziej, ale wystrój hotelu tworzący tą specyficzną atmosferę królewskiej Brytanii.

W Londynie byłam ostatnio 7 lat temu, dobrze było wrócić, ale mimo wszystko z radością powitałam Seattle. Nie wiedziałam, że delegacje potrafią być tak męczące!
Na lotnisku cierpliwie czekał na mnie Paweł z pięknym bukietem tulipanów. Muszę częściej wyjeżdżać;)

Reszta miesiąca minęła nam dosyć pracowicie i szybko. Weekendowe planszówki to już tradycja, zmienia się tylko ilość graczy - 4 w porywach do 8;)

Ostatnie dni lutego spędziłam z ludźmi z pracy na dwudniowym wyjeździe na narty do Whistler. Jeśli kojarzycie nazwę, to dlatego, że odbywały się tam niektóre konkurencje podczas zimowej olimpiady w 2010 w Vancouver. Dotychczas jedynie odwiedzałam małe, rodzime wyciągi, więc ten wyjazd to było coś!
Mnóstwo szlaków o różnych stopniach trudności, wspaniała pogoda, zapierające dech w piersiach widoki i obite plecy i tyłek - tak podsumowałabym ten wyjazd;)



Bardzo duże wrażenie robi kolejka rozpięta między dwoma szczytami gór, spójrzcie tylko na zdjęcia w sieci.

I to by było na tyle:) Ciężko mi w to uwierzyć, ale marzec zapowiada się jeszcze bardziej ekscytująco!
Jedziemy spełnić marzenie Pawła:)


* Wszystko zależy od miejsca, do którego na herbatę się idzie. Moje wyjście sponsorowała firma, poszliśmy do bardzo eleganckiego, starego i ekskluzywnego brytyjskiego hotelu, w którym wszyscy byli sztywni, z mili ale z chłodną rezerwą i w którym czułam się zupełnie nie na miejscu;)

Źródła zdjęć:
1. blog.seattlepi.com, autor: Joshua Trujillo
2. http://blog.seattletimes.nwsource.com
3. offthebench.nbcsports.com
4. etsy.com