wtorek, 27 maja 2014

Przychodzi baba do lekarza...

Wypadają mi włosy. Niby nic, ale po jakimś czasie, kiedy domowe sposoby nie zadziałały, stwierdziłam, że czas zrobić badania. Zrobiłam, wszystko wyszło ok. Lekarka wzruszyła ramionami i powiedziała, że najwyraźniej takie już mam włosy.

4 miesiące później nie zauważyłam żadnej poprawy. Jeszcze raz zrobiłam morfologię krwi, wyniki były w normie i inna już lekarka powiedziała "it is what it is", zbywając wszelkie moje dociekania o dodatkowe badania wzruszeniem ramion i stwierdzeniem, że nic się tu zrobić nie da.

Zaczęłam czytać, jak to wygląda w Polsce i okazuje się, że kompleksowe badania hormonalne i skalpu to bardzo częste kroki przy utrzymującym się wypadaniu włosów. Poszłam więc do lekarza (już trzeciego z kolei) zapytać o to, gdzie takie badania mogę wykonać.

No i proszę państwa, opadła mi szczena. Dowiedziałam się, że:
1) Że co??? Badania czego??? Skalpu???
2) Badań hormonalnych mi nie zrobią, bo za zdrowa jestem, ale mogę sobie wybrać jakie tabletki hormonalne chcę i od razu dostanę receptę (jak w sklepie z cukierkami). Na co komu ustalenie przyczyny, skoro można od razu nafaszerować się tabletami?

No i w sumie nie wiadomo, czy się śmiać czy płakać.

PS. Gdyby ktoś mieszkający w Hameryce miał jakieś pomysły, co z tym fantem zrobić (tzn. jak znaleźć przyczynę), bardzo chętnie się dowiem:)




czwartek, 15 maja 2014

Nietypowa tyrustyka - wycieczka szlakiem marihuany


O tym, że Seattle i cały stan Waszyngton są bardzo liberalne wspominałam już wielokrotnie.
Dzisiaj po raz kolejny na tapecie będzie marihuana i dostępne od niedawna jako nowa atrakcja turystyczna wycieczki, których motywem przewodnim jest marihuana właśnie.

Najpierw trochę historii. 6 grudnia 2012 stan Waszyngton jako pierwszy dopuścił używanie marihuany dla celów rekreacyjnych wśród osób powyżej 21 roku życia. Niezły mikołajkowy prezent!
Dochód ze sprzedaży jest opodatkowany i przeznaczony na walkę z m.in. uzależnieniami od narkotyków;)
Wieczorem 5 grudnia masa ludzi zebrała się pod Space Needle, żeby razem zapalić skręta. Pamiętam, że zapaszek dolatywał aż do naszego domu (mieszkamy blisko wieży).

znalezione w internecie

Wbrew pozorom legalizacja spożycia to dopiero początek. Miłośnicy gandzi ciągle nie mogli po prostu wejść do sklepu i powiedzieć "poproszę 5 gramów". W Seattle jest MASA sklepów z medyczną marihuaną, ale towar dostępny jest jedynie na receptę i tym samym niedostępny dla przeciętnego amatora. No ale że znalezienie dilera problemem nie jest (wystarczy się przejechać autobusem:P), ludzie dzielnie dawali sobie radę;)

W tym roku nadeszła kolejna zmiana. Tym razem stan Kolorado wyprzedził Waszyngton i już w pierwszy dzień 2014 zalegalizował sprzedaż marihuany dla rekreacyjnego użytku.
"U nas" zeszło z tym trochę dłużej i pierwszy sklep dostał koncesję dopiero na początku marca, a już chwilkę później, bo w weekend poprzedzający dzień św. Patryka, odbyła się pierwsza wycieczka. Właściciel firmy organizującej to przedsięwzięcie stwierdził, że zielony motyw przewodni towarzyszący obchodom święta patrona Irlandii, świetnie nadaje się do inauguracji marihuanowego sezonu wycieczkowego.

źródło
Na stronie KUSH możecie znaleźć szczegóły dotyczące oferty wycieczek, ale muszę przyznać, że wyglądają one... całkiem interesująco!  Wbrew pozorom nie jest to maraton palenia trawy a rzeczywiste zajęcia, jak np. lekcje dmuchania szkła* (ciekawe czy można sobie wydmuchać bongosa i później z niego palić:P)  czy prowadzone przez profesjonalnego kucharza lekcje gotowania i to nie tylko brownies, ale np. curry czy Pad Thai. Yummy!:) Dodatkowo można też się dowiedzieć, jak wyrabiać oleje i masła na bazie marihuany (po co przepłacać za swoją drogą niezłą linię kosmetyków The Body Shop, kiedy można je zrobić samemu?). W ofercie znajduje się też wizyta na profesjonalnej plantacji (podobno "niesamowite przeżycie").

Oczywiście są też warsztaty o hodowaniu trawki i jej leczniczych właściwościach, ale to już brzmi nudno.

Myślę, że trzeba będzie się wybrać z rodzicami, jak nas odwiedzą w wakacje;)


*Seattle słynie z wyrobów szklanych, ale o tym już kiedy indziej.


niedziela, 11 maja 2014

Było, minęło. Marzec i kwiecień.

Jak widać, trochę nie nadążam. Nie chcę, aby ten cykl stał się kolejnym po moich kawowych wpisach, który umrze śmiercią naturalną. Oto więc dwa wiosenne miesiące w pigułce.

Marzec:
Miesiąc upłynął pod znakiem oczekiwania na wyjazd do Japonii i pobytu tam. Nie zapominajmy oczywiście o urodzinach Pawła, które wypadają w połowie miesiąca. Miałam być już wtedy w Tokyo, zorganizowałam więc mini urodzinowe przyjęcie z tortem niespodzianką w naszym nowym ulubionym piwnym klubie, który mamy tuż pod nosem.

O Japonii mogliście już przeczytać trochę w dwóch postach Pawła, jeśli interesuje Was więcej szczegółów, to rzućcie okiem na geobloga. Mam nadzieje uda mi się go w miarę szybko uzupełnić.
Na zachętę totalnie amatorski filmik z 4 ostatnich dni naszej wycieczki:


I reszta marcowych zdjęć:


Tak, dobrze widzicie - pączki! Zupełnie niespodziewanie znalazłam je w pracy w Tłusty Czwartek ;)



Wielkanocne dekoracje rozwieszone były już od lutego. Wiadomo, że nic tak nie pozwala poczuć atmosfery świąt jak wielkie zakupy tuż przed...

Kwiecień:

Tak dla odmiany, kwiecień również upłynął mi pod znakiem przygotowań do wyjazdu. Tym razem do Polski, yay!
Zanim jednak to nastąpiło, musiałam przejść przez piekło szukania idealnej ślubnej kreacji i butów;)
[edit: nie, nie na mój ślub:)]

W połowie miesiąca poszliśmy też z Pawłem na rewelacyjny koncert Dream Theather, który odbył się w sali koncertowej McCaw Hall. Okazuje się, że Seattle ma parę naprawdę świetnych obiektów muzycznych!
Co do samego koncertu, do Paweł pewnie mógłby powiedzieć więcej, gdyż on ten zespół zna doskonale i uwielbia. ja po prostu spędziłam 3h słuchając naprawdę dobrej i ambitnej muzyki. Polecam!



Tuż przed moim wyjazdem zorganizowaliśmy w pracy konkurs malowania pisanek, jako, że towarzystwo amerykańskie nie miało jeszcze przyjemności tego w życiu robić. Wygrałam! (no dobra, ex aequo z kolegą).



W końcu, 20 kwietnia poleciałam do Polski. Nie muszę pisać, że było rewelacyjnie. Do domu zawsze wraca się cudownie. Dziękuje wszystkim, którzy znaleźli czas, żeby się ze mną spotkać i byli na tyle tolerancyjni, że nie kręcili nosem na mój zawalony grafik:)



A to widok z tarasu biura w Krakowie, z którego pracowałam (bo jak już się wczoraj żaliłam, urlopu nie mogłam wziąć, ale na szczęście manager nie widział problemu w pracowaniu zdalnym)


W międzyczasie Paweł balował bez żony na głowie i zaliczył swoje pierwsze karaoke, hihi.

piątek, 9 maja 2014

Ja chcę do Europy...

Czytam sobie geobloga i planuje w głowie kolejne podróże z Pawłem (heloł, świat się sam nie zwiedzi!), żeby po chwili uświadomić sobie, że na dzień dzisiejszy mam 0.8 dnia urlopu i mogę sobie co najwyżej do Pacanowa pojechać. A nawet nie, bo na sam dojazd potrzebuje 2.5 dnia;]

Jeśli kiedyś zachce się Wam Ameryki, nie zapominajcie, że przychodzi w pakiecie z 15 dniami urlopu :]


znalezione w internetach