wtorek, 27 sierpnia 2013

Podróżowanie po Stanach - krótki poradnik

Planując wycieczkę do Stanów, warto się trochę przygotować. Zebrałam parę informacji, które, mam nadzieję, okażą się dla kogoś przydatne.

Czym podróżować?

Mało jest szczęśliwców, którzy posiadają nieograniczony czas podróży i mogą pozwolić sobie na snucie się pociągami czy autobusami. Poza tym, nie sądzę, żeby to była najlepsza opcja ze względu na ceny biletów i na kiepską ilość połączeń - takie podróżowanie po prostu nie jest popularne w Stanach, gdzie większość ludzi ma samochód.
Osobiście doradzam zaopatrzyć się we własny środek transportu - o wynajmowaniu samochodów przeczytacie TUTAJ.
Jeśli ktoś zamierza spędzić w USA raczej miesiące niż tygodnie, warto przeliczyć koszty i zastanowić się, czy nie będzie się bardziej opłacało kupić auta. Oczywiście, jest to dużo bardziej ryzykowne, bo trzeba się liczyć z możliwymi usterkami i kosztami z nimi związanymi, dodatkowo wymaga trochę formalności - pojazd trzeba zarejestrować i ubezpieczyć. Mimo wszystko, warto pamiętać o takiej opcji, jeśli ceny wynajmu okażą się astronomiczne.

Pamiętajcie też, że ceny benzyny znacznie się różnią w poszczególnych Stanach, warto więc zorientować się, gdzie się opłaca tankować. W porównaniu do Polski benzyna jest tu śmiesznie tania, ale i tak - jeśli można trochę zaoszczędzić i wydać te pieniądze na obiad czy inną przyjemność, to warto;)

Niektórzy może zauważyli, że nie wymieniłam autostopu. Wiele km przejechałam w ten sposób w Europie (i mam nadzieję - kiedyś w Azji), ale czuję wewnętrzne 'NIE' na myśl o łapaniu stopa w Stanach.
Może się za dużo filmów naoglądałam, a może to po prostu opinie znajomych Amerykanów, którzy jednogłośnie mówią, że jeśli łapiesz stopa, to prosisz się o nieszczęście. Może nie mają racji, może to po prostu ja się starzeję, ale sama nie mam zamiaru ze stopa tu korzystać. Wystarczy mi, że widzę, ile świrów po ulicy biega (wiecie, że tu nie ma szpitali psychiatrycznych? Jest trochę, prywatnych, ale którego ciężko chorego człowieka na to stać?), nie chciałabym z jakimś znaleźć się w samochodzie.

Będąc jeszcze w Polsce często słyszałam, że loty krajowe w Stanach są tanie. Niestety nie są, zwłaszcza dla Polaka. Tzn. biorąc pod uwagę fakt, ile kilometrów pokonujemy lecąc np. z Nowego Jorku do Seattle, cena może nie jest szokująca, ale gdzieś odzywa się czynnik psychologiczny - latamy w obrębie jednego kraju a płacimy jak za bilet z Warszawy do Tbilisi. 
Nie nastawiajcie się więc na bilety za złotówkę czy nawet dwadzieścia, co zdarza się w tanich liniach;) 

Osobom, które będą podróżować samolotami polecam Googlową usługę Flights: KLIK

żródło: usaroadtrip.whosnext.com


Jak i na czym można zaoszczędzić?

  • noclegi: 
Jeśli wychodzisz z założenia, że podróżować to znaczy spotykać nowych i ciekawych ludzi, zdecydowanie polecam couchsurfing. Jest to jednak rozwiązanie czasochłonne i wymaga dokładnego planu podróży. Poza tym ma same plusy;)
Jeśli podróżujesz spontanicznie, bez dokładnego planu, koniecznie odwiedzaj Welcome Centers przy wjazdach do wszystkich Stanów. Znajdziesz tu darmowe mapki czy kupony zniżkowe na noclegi w różnych miejscach. 
Jeśli rezerwujesz noclegi on-line, zapoznaj się z usługą 'Name your own price' na priceline.com. Wybierasz standard hotelu i lokalizację oraz podajesz cenę, którą jesteś w stanie za to zapłacić i w ciągu 24h dostajesz odpowiedź czy któryś hotel się godzi na takie warunki. Super sprawa, wykorzystaliśmy to w Vancouver - 75$ zamiast 280$ za 5-cio gwiazdkowy hotel;)


  • wejściówki: 
Zaryzykuję stwierdzenie, że większość ludzi przyjeżdża do Stanów m.in. po to, by odwiedzić któreś z licznych i pięknych parków narodowych. Jednorazowy (parodniowy) bilet wstępu to każdego z nich to koszt ok. 15-25$. Jeśli planujesz odwiedzić parę, warto kupić roczny bilet upoważniający to wizyty w każdym parku narodowym w USA, jego koszt to 80$ + tax.
Bilet kupuje się na samochód a nie dla każdej osoby.

Jeśli chodzi o inne atrakcje, znów polecę Welcome Centers, w których dostaniesz zniżkowe kupony na lokalne atrakcje.
Przeglądaj też broszurki w hotelach, bardzo często tam też znajdziesz jakieś zniżki.

Parę razy natknęliśmy się też na łączone promocje, np. przy zakupie biletu do Universal Studios w LA można dostać zniżkę do SeaWorld w San Diego. Warto wypatrywać tego typu promocji.

Kupony, kupony, jeszcze raz kupony. Zanim kupisz jakiś bilet, sprawdź najpierw w internecie, czy nie ma kuponów on-line. 

  • inne:
Telefony. Wspominałam już parokrotnie, ale powtórzę - w Stanach płaci się nie tylko za połączenia wychodzące, ale tez przychodzące. Nawet więc, jeśli masz roaming, płacisz np. za otrzymanie sms-a. Warto się zastanowić nad kupnem karty pre-paid od amerykańskiego dostawcy.


Stosowanie do powyższych rad na pewno jest czasochłonne. Wiadomo - wszystko zależy od naszego budżetu. Myślę jednak, że warto znać swoje opcje:)


źródło: thecarefreetraveler.com

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Post samochwalny!

Wiele jest produktów, których mi brakuje w Stanach, ale chyba najdotkliwiej odczuwam brak dobrego pieczywa. Nie od dziś wiadomo, że to, co sprzedają tutaj ledwo można nazwać 'wyrobem chlebopodobnym'.  Dlatego, jako przykładna kura domowa, rozpoczęłam produkcję własnego, domowego chleba na zakwasie. I wiecie co? Jest PYSZNY a podczas pieczenia w całym domu pachnie tak, że mam ślinotok.


piątek, 23 sierpnia 2013

Inspiracje - książkowe 'dookoła świata'

Jakiś czas temu zupełnie przypadkiem trafiłam na informację o kobiecie, która postanowiła przeczytać co najmniej jedną książkę z każdego kraju na świecie. Postanowienie bardzo ambitne dla nie-poligloty, w końcu nie każda książka może doczekać się swojego angielskiego tłumaczenia. Inicjatywa jednak zdobyła takie poparcie, że zdarzały się przypadki wolontariuszy, którzy tłumaczyli dla niej książki ze swojego języka ojczystego na angielski lub przesyłali własne powieści.

Pomysł od razu przypadł mi do gustu. Jestem prawdziwym molem książkowym, uwielbiam czytać, ale przeważnie ograniczałam się do literatury polskiej, angielskiej czy hiszpańskiej. 
Nawet się nie oszukuję, że uda mi się dorwać książki z całego świata (zwłaszcza, że mój angielski nie jest wystarczająco dobry a po polsku większości nie znajdę), ale postanowiłam poszerzyć nieco swoje horyzonty i zaczynam mój własny cykl  'Rok czytania świata'. Rok trochę oszukany, bo listę startową zapełnię nieco pozycjami przeczytanymi kiedyś tam, ciekawa jestem jednak, gdzie dotrę w ciągu tego roku.

Zapraszam na bloga autorki tego świetnego pomysłu. KLIK 

Jeśli macie jakieś sugestie i rekomendacje, bardzo proszę o komentarze pod postem. Na bieżąco będę też uzupełniać listę w tym poście.
(EDIT: Zmiana planów, aktualna lista znajduję się TU)

Afganistan:  Khaled Hosseini - Tysiąc wspaniałych słońc, Khaled Hosseini - Chłopiec z latawcem

Australia: Gregory David Roberts - Shantaram

Chiny: Mo Yan - Obfite piersi, pełne biodra

Czechy: Jaroslav Hasek - Przygody dobrego wojaka Szwejka

Francja: Wiktor Hugo - Nędznicy

Hiszpania: Ildefonso Falcones - Katedra w Barcelonie, Carlos Ruiz Zafon - Cień wiatru,  Carlos Ruiz Zafon - Marina

Japonia: Haruki Murakami - 1Q84 (tomy I-III), Haruki Murakami - Kronika ptaka nakręcacza

Peru: Mario Vargas Llosa - Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki, Mario Vargas Llosa - Pochwała macochy

Rosja: Michaił Bułhakow - Mistrz i Małgorzata, Borys Akunin - Przygody Erasta Fandorina (tomy I-8), Borys Akunin - Prowincjonalny kryminał czyli przygody siostry Pelagii

Somalia: Waris Dirie - Kwiat pustyni

Szwecja: Stieg Larsson - trylogia Millenium

USA:  Margaret Mitchell - Przeminęło z wiatrem, Patrick Rothfuss - Kroniki Królobójcy (tom I i II), Ursula K. Le Guin - cykl Ziemiomorze

Wielka Brytania: Ken Kollet - Filary ziemi, Arthur Conan Doyle - Przygody Sherlocka Holmesa

Włochy: Mario Puzo - Ojciec chrzestny (trylogia)

W planach:
Nędznicy, Przygody dobrego wojaka Szwejka, Blaszany bębęnek, 'Obfite piersi, pełne biodra'

źródło: flickr

wtorek, 20 sierpnia 2013

Wypożyczanie samochodów w USA - jak, gdzie i za ile?

Wypożyczenie samochodu w Stanach to relatywnie tania impreza - oczywiście dla Amerykanina, nie Polaka;) W zależności od tego, w jakim celu i na jak długo chcesz wypożyczyć samochód, masz parę opcji do wyboru.

"Tradycyjna" to skorzystanie z usług międzynarodowych wypożyczalni - Hertz, Alamo, Budget czy innych. Biura owych firm znajdują się na każdym lotnisku i w większości miast. Zasady tu nie różnią się wcale od biur europejskich:

  • wypożyczyć samochód możesz tylko z ważnym prawem jazdy i paszportem, jeśli jesteś obcokrajowcem
  • musisz mieć kartę kredytową, z której naliczony zostanie depozyt zwracany po oddaniu auta w stanie nienaruszonym
  • możesz wypożyczyć auto w jednym miejscu a oddać w innym (za dodatkową opłatą, oczywiście)
  • sprawdzając cenę on-line, nastaw się na prawie drugie tyle ukrytych kosztów (do podanej ceny dojdzie podatek, opłaty manipulacyjne, ubezpieczenie, opłata za drugiego czy młodego kierowcę)
  • przy wypożyczaniu auta konsultant zapyta o to, czy chcesz sam zatroszczyć się o zatankowanie samochodu przed oddaniem czy zostawisz to wypożyczalni. Oczywiście dużo bardziej opłaca się samemu tego przypilnować

Wypożyczane auto musisz jakoś ubezpieczyć. Jeśli mieszkasz w Stanach i masz swoje auto, możesz wykorzystać posiadane ubezpieczenie samochodowe. W razie kolizji koszty potrącane są z twojej polisy a dane o wypadku idą do twoich akt, co w efekcie może się w przyszłości przełożyć na wyższe składki ubezpieczenia. Możesz też wybrać opcję nr 2 - zapłacić za ubezpieczenie w wypożyczalni. Co firma, to stawki, my ostatnio płaciliśmy 24$+tax/dzień za pełne pokrycie ewentualnych szkód. Jest też opcja nr 3 - niektóre karty kredytowe posiadają wbudowane podstawowe ubezpieczenie samochodu;)


                               

Jakie są koszty wynajmu?
Ceny BARDZO się różnią w zależności od firmy, z której usług chcemy korzystać. Przykładowo, wynajęcie samochodu na 1 dzień na lotnisku SeaTac to wydatek rzędu od 80$ w Alamo do 200$ w Avis. Spora rozbieżność, prawda? 
Bardzo możliwe, że firmy oferujące niższą cenę startową mają więcej ukrytych kosztów. Nie potrafię jeszcze tego potwierdzić, ale wysnuliśmy z Pawłem takie podejrzenie po ostatnim wypożyczeniu samochodu, kiedy z oczekiwanych 180$ zrobiło się prawie 350$.

Warto jednak pamiętać, że na im dłużej wynajmujemy samochód, tym niższą płacimy 'dniówkę'.
Do rezerwacji samochodów przez internet polecam serwis priceline: KLIK

Wynajmowanie samochodu na parę godzin lub na jeden dzień
Jeśli potrzebujemy samochód tylko na parę godzin, wypożyczanie auta z 'tradycyjnej' wypożyczalni to kiepski pomysł ze względu na spore koszty. Warto wtedy pomyśleć o alternatywie, np. ZipCar czy car2go czyli wypożyczaniu na godziny. 
Sprawdzi się to tylko dla osób planujących dłuższy pobyt w Stanach, gdyż obie firmy wymagają od klienta rocznej opłaty (ok. 30$) i trochę formalności - Paweł, z racji braku jakiejkolwiek historii i danych w Stanach, musiał załatwiać dokumenty z ubezpieczalni w Polsce, żeby w ogóle móc z ZipCara korzystać. Trochę upierdliwe, ale warte zachodu - dość często zdarza się nam wynająć auto na godzinkę czy dwie, żeby coś załatwić czy przewieźć. ZipCar ma w swojej ofercie różne modele samochodów od  mini po vany. 
Car2Go to firma, która oferuje jedynie smarty, zaletą jednak jest to, że można je zostawiać po wynajęciu gdzie bądź, a ZipCary muszą być zawsze odstawione na swoje przypisane stanowisko.
Obie firmy mają swoje ograniczenia, o których warto poczytać, zanim się zdecydujesz płacić abonament. Jest to jednak sensowna alternatywa dla tradycyjnych wypożyczalni, o której warto wiedzieć.


Czy można jeździć po Stanach z polskim prawem jazdy?
W Stanach międzynarodowe prawo jazdy ważne jest od 6 do 12 miesięcy (w zależności od Stanu). My przyjechaliśmy do Seattle z polskimi dokumentami bez żadnego anglojęzycznego tłumaczenia. Nikt nas z nim jeszcze nie złapał, ale pytaliśmy paru oficerów czy w razie kontroli uznaliby dokument w języku, którego nie znają. Na dwóch zapytanych połowa nie robiłaby problemów, druga połowa mogłaby;) Myślę, że w większości wypadków dałoby się wytłumaczyć, ale jeśli macie czas, to dla świętego spokoju radziłabym wyrobić przed wyjazdem międzynarodowe prawo jazdy.

                                           

niedziela, 18 sierpnia 2013

Zielony weekend - góry i .. festiwal marihuany.

W zeszłą sobotę wybraliśmy się na wyczekiwaną przeze mnie już od dawna wycieczkę do Parku Narodowego Mt Rainier. Jeśli macie ochotę poczytać, jak było i pooglądać trochę zdjęć, zapraszam do mojego geobloga  - KLIK!
Na zachętę parę migawek:)



Za to weekend w mieście minął pod znakiem Hempfestival czyli festiwalu marihuany. Czasem jeszcze Seattle potrafi mnie zaskoczyć i Hempfestowi się to udało. Celem owego trzydniowego przedsięwzięcia było 'edukowanie ludzi o  potencjalnych zyskach płynących z wykorzystywania marihuany - zdrowotnych, ekonomicznych, środowiskowych [...]' oraz manifestacja poparcia dla zalegalizowania trawki. Dla przypomnienia - w stanie Waszyngton cannabis jest zalegalizowany, według prawa federalnego jest to jednak ciągle narkotyk. Ta rozbieżność prowadzi do pewnych paradoksów - policja w Seattle oznajmiła np., że nie ma zamiaru ścigać tych, którzy palą jointy na ulicy (musieli by wtedy pół miasta zamknąć), w świetle prawa federalnego jest to jednak przestępstwo, za które ściga DEA (organizacja do walki z narkotykami).

Wracając do Hempfestu, to odbywał się on rzut beretem od nas, w Parku Waterfront,  grzechem byłoby więc nie zobaczyć, jak to wygląda. Atmosfera była iście woodstockowa - pełno przebierańców, hippisów, ludzi we wszelki sposób manifestujących swoją miłość do charakterystycznej zielonej rośliny. Nikt oczywiście nie krył się, chcąc zapalić jointa - ludzie robili to otwarcie, wylegując się na trawie i ciesząc słoneczną pogodą. Normalnie piknik:] Pełno było stoisk, w których można było kupić w zasadzie wszystko związane z trawką poza samą trawą (oficjalnie, bo te kłęby dymu wiszące w powietrzu świadczyły o aktywności szarej strefy;) ) - nawet sprzęt do rozpoczęcia własnej domowej hodowli.
Takie rzeczy tylko tutaj;)


wtorek, 13 sierpnia 2013

Ciekawostki kulinarno-spożywcze, odc. 2

Dziś nie będzie ani nic typowo amerykańskiego ani nieznanego w Polsce. Przeniesiemy się na chwile daleko na wschód, do Wietnamu. W dzisiejszym odcinku gorąco zachęcam do wypróbowania tradycyjnego dania z tamtego dalekiego kraju, jako ze wietnamskich knajpek przybywa w PL a może nie wszyscy o owej potrawie słyszeli.

Mowa o pho (czyt. 'fa'), czyli orientalnej zupie, która ostatnio króluje w naszym menu:) Jest to bulion (?)  z duzą ilością mięsa, makaronu ryżowego i przeróżnych dodatków: kolendry, cebuli, limonki, kiełków fasoli mung, melisy, papryki już według własnego upodobania i smaku. 

Przeważnie jest tak, ze potrawy z danego kraju tracą swój oryginalny smak po wyeksportowaniu ich, jednak ze względu na to, ze w Seattle żyje bardzo dużo Azjatów, kuchnia azjatycka (która, jak słyszałam, w Seattle jest najlepsza w Stanach) nie odeszła daleko od korzeni. Mała rodzinna restauracja wietnamska, w której raczymy się pho, robi nam smaka na Azję :) 


poniedziałek, 12 sierpnia 2013

A million dollar view!

Weekend minął pod znakiem przeprowadzki. Tak jest, zmieniliśmy lokum! Ciągle jesteśmy w tym samym budynku, ale 3 pietra wyżej. Mamy większą lodówkę, nowoczesny piekarnik (w końcu!) i widok z okiem za milion dolarów! :)

Panorama z balkonu


Wieczorowy czas to moja ulubiona pora dnia w Seattle

środa, 7 sierpnia 2013

Cześć druga o mieszkaniach - gdzie mieszkać? Jak szukać?

Jeśli przeprowadzasz się do Seattle, to zapewne pracujesz dla Amazon albo Google. Pracownicy Microsoft czy Boeinga przeważnie mieszkają bliżej siedzib swoich pracodawców, powodując tym samym dość wyraźny podział geograficzny terytoriów pomiędzy lokalnych gigantów;)

Na początek parę informacji dla tych, którzy szukają lokum niekoniecznie w przepięknym stanie Waszyngton.

Jak szukać mieszkań?
Ogłoszenia znajdziecie zawsze w lokalnych gazetach, ale więcej jest ich w internecie.
Portale, które polecam to: craigslistzillowpadmapperhotpads
Nie wiem, jak to jest w innych miastach, ale w Seattle fajniejsze mieszkania schodzą jak cieple bułeczki, więc szukanie lokum wspominam jako nieustanna frustracje;)

Czym się kierować przy wyborze? Głównym kryterium przeważnie jest budżet,  reszta zależy od tego, gdzie będziesz pracować i czy(m) chcesz do pracy dojeżdżać. O tym, ile mniej więcej może kosztować mieszkanie pisałam TU *. Dodam tylko, ze warto sprawdzić, czy woda, ścieki i wywoź śmieci wliczone są w cenę ( water/sewer/garbage - w ogłoszeniach oznaczane jako 'w/s/g'), bo to dodatkowy koszt rzędu 130-150$. Prąd jest w Stanach tani, miesięcznie płacimy za niego mniej niż 20$.

Jeśli masz samochód, to sprawa jest prosta - możesz mieszkać poza miastem, płacić znacznie niższy czynsz (przykładowo: wynajem całego domu na obrzeżach to koszt porównywalny do wynajęcia dwupokojowego mieszkania w centrum), ale z pewnością będziesz codziennie tracić sporo czasu w korkach. Coś za coś.
Miejsce parkingowe w mieście to z kolei wydatek rzędu 80-150$/miesiąc, choć jak ci się poszczęści, dostaniesz je w cenie czynszu.

A jeśli, podobnie jak my, przemieszczasz się pieszo lub komunikacją miejską**, to po pierwsze: zanim podpiszesz umowę, wejdź na stronę Walkscore (click) i sprawdź, jaki wynik osiągnęło Twoje przyszłe mieszkanie.
Walkscore to świetny serwis, który dla podanego adresu zwraca informację o tym, jak dogodne do życia dla osoby bez samochodu jest to miejsce. Kryteria to: bliskość sklepów, restauracji, parków dla dzieci, instytucji kultury, etc. Świetna i bardzo przydatna rzecz.

Gdzie więc szukać mieszkania? Przed wyjazdem do Seattle brakowało mi informacji o dzielnicach - czy jest bezpiecznie, jaki jest 'klimat', czy dobrze się tam mieszka.
Dlatego pomyślałam, ze może komuś się przyda krótka charakterystyka dzielnic, które miałam okazje poznać do tej pory.

Na początku przez 2 miesiące mieszkaliśmy na Capitoll Hill. Jest to dzielnica tętniąca życiem - dużo tu restauracji, kawiarenek, sklepów, klubów, ciekawych imprez i wydarzeń. Capitol Hill jest też najbardziej gejowską dzielnicą w Seattle, jeśli więc zobaczysz jakiegoś przystojnego faceta, na 99% jest on gejem:)
Centrum dzielnicy to ulica E Broadway, im dalej od niej (a bliżej Volunteer Park) tym spokojniej, okolica staje się bardziej reprezentacyjna a domy zamieniają się w  imponujące wille.
Jeśli chodzi o bezpieczeństwo, to my nie czuliśmy tam żadnego zagrożenia z niczyjej strony, ale jak w każdym dużym mieście, wszystko zależny od tego, czy w twoim sąsiedztwie nie mieszkają jakieś szemrane typy.
Lubiłam nasze mieszkanie przy E Thomas z żalem opuszczałam Capitol Hill. Wszędzie stąd  było blisko, Paweł miał 15 min piechota do pracy. W okolicy jest sporo parków i placów zabaw dla dzieci. Jak dla mnie to dobre miejsce na szukanie mieszkania.

Z Capitol Hill przenieśliśmy się do Lower Queen Anne. Jak wspomniałam, z żalem się przenosiłam, ale w tym przypadku zmiana wyszła nam na dobre:) Lower Queen Anne jest świetne. Nie jest tak imprezowe i barwne, powiedziałabym, że  bardziej ustatkowane i kulturalne;) Rzut beretem od nas jest Seattle Center ze Space Needle, muzeami, teatrem i baletem. Tu praktycznie co tydzień się coś dzieje, np. festiwale międzynarodowe czy inne imprezy (np. The Color Run i Bite of Seattle).
Okolica słynie też ze świetnych restauracji oraz kawiarni i mojego ukochanego Siff Cinema Uptown, czyli zupełnie nie mainstream-owego kina w klimacie krakowskiego Arsu.
Dzielnica jest bardzo bezpieczna i przyjazna, sklepów pod dostatkiem. Do Amazon na piechotkę 20 min, do Google bezpośrednie autobusy, do centrum przyjemny spacer - gorąco polecam.

Zaraz nad Lower Queen Anne znajduje się, o niespodzianko, Queen Anne. Nazwa wzięła się od stromego wzgórza Queen Anne, na które będziesz się wspinać, jeśli tam zamieszkasz. Ta dzielnice tylko znam z odwiedzin, wydaje mi się jeszcze spokojniejsza od Lower Queen Anne, z mniejsza ilością knajpek i restauracji, bardziej osiedlowa. Znajdziesz tu też takie wille, ze będziesz zbierać swoja szczękę z ziemi:] To miejsce zapewne bardziej nadaje się dla rodziny z dziećmi niż singla szukającego przygód;)

Downtown i Belltown. Nie będę ukrywać, ze ja tu bym mieszkać nie chciała. Centrum każdego miasta to skupisko przeróżnych ludzi, nie zawsze masz ochotę na kontakt z nimi. Zaufaj mi, że  na pewno nie chcesz mieszkać w pobliżu ulicy 3-ciej i Pine/Pike - tu bezdomnych i narkomanów jest  zdecydowanie za dużo i nawet w dzień czuję się niepewnie. Jak dla mnie jedyny plus mieszkania w tej okolicy, to ilość klubów (jeśli jesteś typem imprezowym) i dobra lokalizacja, bo Downtown to główny węzeł komunikacyjny, więc z łatwością dostaniesz się gdzie chcesz, czy na piechotę czy komunikacją miejską. Nie wiem, jak radzą tu sobie posiadacze aut, bo miejsca w centrum mało!

South Lake Union czyli Amazonowo. Z tego co widzę, to pełno tu apartamentowców, głownie nowych; ceny wynajmu znacznie wyższe niż gdzie indziej (ciekawe czemu). Założę się, ze 99% mieszkańców to Amazonians;) Dzielnica się rozbudowuje i unowocześnia, ale nic specjalnego o tym sąsiedztwie nie powiem, bo jest zupełnie zdominowane przez campus Amazon.

Fremont. Moja ukochana dzielnica! Klimatyczna i dziwaczna, moje przyszłe miejsce pracy! Na razie poznałam jej turystyczne i estetyczne walory (KLIK) i zdecydowanie mogłabym mieszkać i tu. Fremont jest dzielnica hippie, artystów, bohemy i jeśli szukasz nietuzinkowego miejsca, w którym dużo się dzieje (np. parada golasów na rowerach ;) - klik), to już wiesz, gdzie szukać mieszkania!
Komunikacja miejsca jest sprawna, do Amazonu bezpośredni autobus, do Downtown też. Jedyny minus - trzeba przejechać mosty (Aurora albo Fremont Bridge), które się czasem korkują. W Fremont znajdują się biura m.in. Google czy Adobe.

Ballard - sąsiad Fremont, również po drugiej stronie kanału. Ballard było kiedyś osobnym miastem (jak i Fremont), ale ze swojej rybackiej przeszłości w oryginale zachowało tylko cześć budynków przybrzeżnych i jedną z ulic, będąca częścią dawnego centrum miasta. Teraz jest tu dużo kafejek i restauracji, zawsze przyjemnie gwarno i energetyzująco. Dzielnica jest świetna i przyjazna do życia. Dużo się tu pobudowało nowych apartamentowców z przepięknymi mieszkaniami i okolica zaludnia się, głownie ludźmi młodymi.
Z Ballard kursuje szybka linia autobusowa (Rapid Line D) do Downtown.

Na dziś to tyle. I jak zawsze - jeśli macie jakieś pytania, to śmiało:)



*Podane tam ceny dotyczą Seattle, które jest jednym z droższych do życia miast w Stanach. Poza Nowym Jorkiem, San Francisco i może LA czy Bostonem ceny pewnie są niższe

**W Seattle życie bez samochodu jest możliwe, choć na pewno mniej wygodne. Nie wszystkie miasta są jednak przyjazne dla pieszych, w większości Stanów własne cztery kolka są niezbędne do życia, choćby ze względu na brak chodników czy nawet poboczy.

niedziela, 4 sierpnia 2013

Summer in the city - Discovery Park

W dzisiejsze słoneczne niedzielne popołudnie odwiedziliśmy jeden z najładniejszych (i największy) parków w Seattle - Discovery Park. Niektórzy pewnie kojarzą nazwę z serialu 'The Killing', ale ponieważ program kręcony był w Vancouver, to co widzieliście w tv nie było prawdziwym miejscem morderstwa:P

Discovery Park jest inny od zadbanych parków miejskich - bardziej dziki (nie szukajcie tu wszędobylskich placów zabaw dla dzieci czy sklepów z przekąskami), górzysty, kończący się w wodach Zatoki Puget. Znajduje się w nim ponad 11 km ścieżek spacerowo-rowerowych, zdecydowanie jest się gdzie zgubić w gęstym lesie, który pokrywa spory teren parku. 
Dzisiaj przeszliśmy jedną z bardziej malowniczych tras - wzdłuż plaży aż do latarni morskiej. I muszę przyznać, ze się zachwyciliśmy - Discovery Park to prawdziwa perełka!

grube co najmniej jak dąb Bartek!
ukłony
Jesień idzie, nie ma na to rady.

piątek, 2 sierpnia 2013

Ciekawostki kulinarno-spożywcze, odc. 1

Tyle razy już myślałam o tym, żeby pokazywać co ciekawsze produkty nieznane w Polsce i w końcu się zebrałam.

Na pierwszy ogień nowość, którą wypróbowaliśmy tydzień temu - ogórkowa woda sodowa. Podchodziłam do niej jak kot do jeża i po pierwszym niuchu stwierdziłam, ze pachnie za bardzo 'szamponowo', ale, o dziwo, smak ma ciekawy i bardzo orzeźwiający!
Firma Dry Soda ma w swojej ofercie jeszcze inne ciekawe smaki, m.in. wodę rabarbarową, lawendową, imbirową, waniliową czy coś, co Wikipedia mi przetłumaczyła jako 'szyszkojagoda jałowca'. 

Co ważne, wody te są mało słodzone, raz na czas można sobie pozwolić na buteleczkę. Ze spokojnym sumieniem wypróbuje więc te, które kuszą mnie najbardziej: imbir, lawenda i 'szyszkojagoda' Ach, to dziennikarskie poświecenie ;)

zrodlo