sobota, 30 listopada 2013

Friendsgiving, Black Friday i cała reszta

W tym roku Święto Dziękczynienia spędzałam bez Pawła, który sobie siedzi właśnie w Polsce i po raz pierwszy od ponad roku może nacieszyć się rodziną, przyjaciółmi i dobrym polskim jedzeniem. 

Ci z Was, którzy śledzą tego bloga może pamiętają, że nasze pierwsze Thanksgiving w Stanach było wzorcowo amerykańskie - indyk, wspólna dziękczynna modlitwa i jedzenie do upadłego. W tym roku było inaczej, ale równie przyjemnie:) 
Na wspólny obiad dostałam zaproszenie od Kerry, Amerykanki tajwańskiego pochodzenia, o której już parę razy wspominałam przy różnych okazjach. Znakomita większość jej przyjaciół to Azjaci i prawie wszyscy goście na naszym dziękczynnym obiedzie mieli azjatyckie korzenie. 
Rozglądając się wokół siebie po raz nie wiem który myślałam, że to, co tak lubię w Stanach to różnorodność. Było nas tam 10 osób,  urodzonych na Tajwanie, w Chinach, Singapurze, Indiach, Polsce, może nawet w Ameryce (?); część ludzi wychowała się tu, inni przybyli niedawno. 
W takim multi-kulti gronie świętowaliśmy najważniejsze amerykańskie święto, tym razem bez indyka, ale z pierogami i schabowym!



Nie da się oczywiście nie wspomnieć o Black Friday czyli dniu, w którym ludzie tracą rozum i zamieniają się w zombie myślących tylko o przecenach. 
Znalezione w internecie + twórczość własna

Black Friday to dzień, który rozpoczyna świąteczna prezentową gorączkę. Wszyscy wstrzymują się z zakupami aż do owego magicznego dnia przecen. W tym roku Czarny Piątek wypadł wyjątkowo późno, żeby więc dać małego kopa gospodarce, która przecież napędzana jest legendarnym wręcz zamiłowaniem do zakupów, najwięksi sprzedawcy otwierają swoje sklepy już w czwartek i to nawet o godz. 17! 
Z roku na rok markety otwiera się coraz wcześniej. Zamiast tradycyjnego otwierania bram i radosnego tratowania się nawzajem o północy już po całym dniu spędzonym w gronie rodziny, zachęca się Amerykanów do krótszego celebrowania Święta Dziękczynienia, przerywania obiadu w połowie i pędzenia do centr handlowych na polowanie na przecenione szczoteczki do zębów i kolejną konsolę do gier.

W mediach dużo uwagi poświęca się problemowi pracowników sieci takich jak Wallmart czy Best Buy, którzy nie  tylko nie mają wolnego w Thanksgiving, ale również muszą pracować trzy razy ciężej. I tylko jakoś nikt nie zauważa faktu, że dopóki będą klienci gotowi zrezygnować ze świętowania i stać w kolejkach od wczesnego czwartkowego popołudnia, dopóty sytuacja pracowników się nie polepszy. 

W zeszłym roku bojkotowałam Black Friday (dużo bardziej odpowiada mi idea Cyber Monday, czyli taki Black Friday on-line, bez kolejek i ofiar śmiertelnych), ale w tym roku postanowiłam dać mu szansę. W piątkowe południe ruszyłam do Downtown i prawie natychmiast pożałowałam.  Ludzi było co najmniej tyle, co na papieżu w Krakowie, sparaliżowana komunikacja, masa policjantów, którzy kierowali ruchem i ... ogrom świątecznych dekoracji! W nocy z czwartku na piątek Ameryka stroi się w świąteczne szaty, w sklepach zaczynają puszczać kolędy i piosenki z dzwoneczkami, na każdym rogu spotkać można św. Mikołaja, który za drobna opłata pozwoli Twojemu dziecku zrobić sobie z nim zdjęcie. Uwielbiam Boże Narodzenie, no ale heloł!
Wracając do mojego Black Friday, to była to męka. Prawda - promocje są świetne,  ale tłumy ludzi wzbudzają moją agresję. Przyznać muszę, że ludzie mimo wszystko zachowywali się kulturalnie i starali się nie tracić rozumu w tym szaleństwie. Tylko jeden pan był lekko podenerwowany, kiedy zepsuły się ruchome schody i ludzie kierowani byli do windy oddalonej o całe 15 m. Ów jegomość ze świętym oburzeniem krzyczał, że "Takie rzeczy to mogą się dziać w Związku Radzieckim (!), ale nie w A-M-E-R-Y-C-E!". Zabawne:]

Summa summarum, zaliczyłam mój pierwszy i raczej ostatni Black Friday. Domyślam się jednak, że dla osób lubiących zakupy, Czarny Piątek jest jak wizyta w Disneylandzie;)

Na koniec parę czarnopiątkowych zdjęć;)

Choinki na Pike Place!

Dekoracje świąteczne


Może nie widać tego aż tak wyraźnie, ale wszystkie drzewa są przepięknie przystrojone lampkami =)

TŁUMY!

Polski akcent:) Ciekawa jestem, czy w PL te miski są tańsze;)


sobota, 9 listopada 2013

Pierwsze wrażenia po miesiącu w Google

Październik minął jak z bicza trzasnął. Trochę trwało, zanim się odnalazłam w nowej rutynie i przypomniałam sobie, jak szybko czas leci i jak krótki jest dzień, kiedy się chodzi do pracy;)
Do tego posta zbierałam się już parę razy, a więc teraz albo nigdy:P

Pracuję w Google od miesiąca i choć ciągle więcej rzeczy nie wiem niż wiem (i tak już prawdopodobnie zostanie), to paroma obserwacjami mogę się już podzielić.

Wszystkie opinie dotyczące Google  prezentowane przeze mnie na tym blogu są moimi własnymi.

Jak już pisałam w poprzednim poście, należę do zespołu rozwijającego Google Maps na urządzenia mobilne z Androidem. Dopiero się wdrażam, ale już wiem, że będę się zajmować rozpoznawaniem mowy i obsługiwaniem instrukcji głosowych, czyli mówiąc prosto tym, żeby Twój telefon rozumiał, co do niego mówisz podczas korzystania z map;)

Zespół mam świetny, co bardzo mnie cieszy, bo w końcu to ze swoim zespołem najwięcej czasu spędzamy i najmocniej się identyfikujemy. Moi koledzy i koleżanka (yay!) są nie tylko niesamowicie mądrzy i chętni do pomocy, ale też super zabawni, co jest tak samo ważne;)

Jeśli chodzi o samą firmę, to co mnie najbardziej urzekło, to zaangażowanie każdego pracownika w to, co się w Google dzieje i jak się to przekłada na wspólny sukces (bo sukces firmy to sukces pracowników). Na cotygodniowych spotkaniach, na których zawsze jest choć jeden z dwójki założycieli firmy, każdy pracownik może zadań pytanie lub poddać w dyskusję jakąś decyzję zarządu (spotkania są transmitowane we wszystkich biurach Google, które znajdują się w sensownych strefach czasowych). Rozmawia się też o nowych produktach, konkretnych rozwiązaniach. Nie pracowałam nigdy wcześniej dla wielkich korporacji, ale wydaje mi się to dość unikatowe. To, jak również i fakt, że poza super tajnymi projektami, Google nie ma przed pracownikami żadnych tajemnic (a i te super tajne też ponoć wyciekają prędzej czy później:P). 

Zastanawiam się, o czym powinnam napisać i w zasadzie nie wiem, bo ciężko mi zdecydować, co Was może interesować. Pewnie 99% dobrych rzeczy, które słyszeliście o Google jest prawdą. Prawdą jest to, że praca dla tej firmy ma być dobrą zabawą - i jest. Nie tylko dlatego, że w świetnej atmosferze robisz produkty używane przez miliony ludzi każdego dnia, ale też możesz pracować nad kosmicznymi ideami, które z czasem nabierają kształtu i które nigdzie indziej nie zostałyby rozwijane (jak Google Glass czy samosterujące samochody). 

Gadżeciarą nie jestem, ale Google Glass chce!

Prawdą jest to, że Google bardzo dba o swoich pracowników - darmowe jedzenie, masaże, pokoje gier, długaśna lista benefitów, której nawet w połowie jeszcze nie przejrzałam, to wszystko, żeby pracownik miał się dobrze.

Prawda jest też to, że Google robi masę dobrego. Możecie być pewni, że w każdej chwili jakiś zespół pracuje nad czymś, co ma pomoc jakiejś grupie ludzi pokrzywdzonej czy to przez biedę, wojny, kataklizmy czy reżimy.  
Zdaję sobie sprawę, że zaczynam brzmieć jak akwizytor usiłujący coś sprzedać, ale zapewniam Was, że taka jest prawda - bardzo dużo uwagi poświęca się na to, w jaki sposób Google może wykorzystać swoje zasoby i pozycje, żeby komuś pomóc. I za to też uwielbiam tą firmę - jest tu masa wizjonerów, ludzi ultra-mądrych i kreatywnych, którzy swoją energię pożytkują, tworząc niesamowite projekty dla dobra ogółu.

Jak się pewnie możecie domyślić, praca w takim miejscu, wśród tylu genialnych umysłów może też być trochę przytłaczająca:) Zdecydowanie jest, zwłaszcza dla nowych pracowników, na szczęście Googlersi zdają sobie z tego sprawę. Dużą wagę przywiązuje się do w miarę bezbolesnego wdrożenia świeżaków, choć zderzenie z ilością wiedzy, nowych technologii i rozwiązań jest bolesne. Okazuję się, że impostor syndrome, o którym kiedyś wspominałam TU jest częstym problemem i dokłada się wielu starań, żeby Nooglerzy nie zostali całkiem przytłoczeni. Z bardzo dużą wyrozumiałością się do nas, nowych pracowników podchodzi. Jestem pewna, że gdyby nie to, że mogę spokojnie pracować w swoim, na razie BARDZO wolnym tempie z zapewnieniami managera, że to jest ok i że minął miesiące, zanim przyspieszę, zjadłby mnie stres i obawa, że jak nie dziś, to jutro na pewno mnie wywalą.
Kolejny przykład - w moim zespole mam samych native speakerów. Kiedy zaczynają dyskutować o jakichś konceptach dość szybko zaczynam się gubić w slangu i akronimach, które z uwielbieniem używają. Czasem jest to tak zniechęcające, że mam ochotę wyjść na środek i zacząć krzyczeć po polsku, żeby zrozumieli jak to jest nic nie rozumieć:P Mój angielski jest dobry, ale w Google pracuje masa ludzi, których znajomość języka jest bardzo słaba. Wyobrażam sobie, jak stresujące jest to dla nich, skoro jest i dla mnie. I tu firma ma rozwiązanie  w postaci darmowych lekcji angielskiego. Już się zapisałam;)

Mogłabym jeszcze mnożyć podobne przykłady, ale po pierwsze: ten post zaczyna się niebezpiecznie rozrastać, więc pora kończyć, żeby Was  nie zanudzić, a po drugie: tytułu najlepszego pracodawcy nie dostaje się za nic, więc to mówi samo za siebie;)
Jeśli jednak  macie jakieś pytanie, pytajcie, a chętnie odpowiem:)