piątek, 29 sierpnia 2014

Prawo jazdy w Ameryce. Krótka instrukcja, jak dostać własne ;)

Chwaliłam się Wam niedawno, że w końcu dostałam amerykańskie prawo jazdy.
Polskie mam od 18 roku życia, otrzymanie tutejszego sprowadziło się więc jedynie do zdania egzaminu i zapłacenia kupy kasy.

Podobnie jak w Polsce, trzeba zdać egzamin teoretyczny i praktyczny. To jedyny wspólny czynnik, cała reszta wygląda bowiem inaczej;)

Przepisy drogowe mogą się różnić między stanami. Pierwszym krokiem jest więc ściągnięcie/dostanie książeczki, która w bardzo nudny sposób opisuje wszystko, co musicie wiedzieć: ograniczenia prędkości,  kiedy trzeba światła włączać, że po pijaku jeździć nie można (tu można mieć do 0.8 promila!) . Jedyną nowością był dla mnie zakaz przewożenia w samochodzie otwartych napojów alkoholowych, bez względu na to czy trzyma je kierowca czy pasażer.  Ciekawe!

Kiedy już przebrniecie przez przepisy ruchu drogowego, możecie dla pewności rozwiązać parę przykładowych testów on-line. Znajdziecie je chociażby na stronie DOL (Departemnt of Licensing) Waszego Stanu. Tu przykład dla stanu Waszyngton: klik.
Większość jest banalnie, wręcz uwłaczająco prosta;)

Druga część do egzamin praktyczny. Manewry, które trzeba wykonać, to parkowanie równoległe, parkowanie z górki / pod górkę i zmienianie pasów.

Jak to wyglądało z moim przypadku?
W którąś sobotę wybrałam się do znajomej już szkoły jazdy (prawko można zdać w jakiejkolwiek licencjonowanej), w której Paweł zdawał swój egzamin rok wcześniej.
"Szkoła" to za duże słowo na dwa pokoiki w wielorodzinnym domu. W pomieszczeniu obok, seniorka rodu gotowała jakiś azjatycki przysmak, podczas gdy ja, po uiszczeniu zapłaty (~30$), rozwiązywałam test. Normanie powinno się robić go na komputerze, ale ja dostałam czarno-biały wydruk przykładowego testu ze strony DOL :P Pytania o znaki drogowe były ciekawe, bo kolorów się oczywiście rozróżnić nie dało;)
Wypełniłam test, oddałam karteczki pani przy kasie, która następnie ręcznie je PRZEKLEPAŁA do komputera. Aż mi się włos mi się na głowie zjeżył na widok tak szeroko otwartej furtki na łapówkarstwo, która w moim pięknym kraju na pewno zostałaby wykorzystana  (z drugiej strony w Stanach trzeba by chyba ślepym być, żeby nie zdać, więc i łapówek płacić nie trzeba:P).

Jako, że dawno nie jeździłam (a automatem to już w ogóle nigdy), wykupiłam sobie 1.5h godziny jazdy przed egzaminem.
Długo czekałam na mojego instruktora. W końcu się doczekałam. No i się zaczęło. Jeździłam z bardzo doświadczonym (nie chcę użyć słowa "starym":P) upartym panem Chińczykiem, który non stop gadał i co chwilę mówił mi co mam robić! Wszystko musiało być według jego rytuałów, facet miał jakieś swoje przyzwyczajenia, które były po prostu absurdalne: "teraz skręć kierownicę 3/4 obrotu w lewo,  odlicz głośno do dwóch i potem dodawaj gazu". Wszystko musiałam robić, jak na musztrze, z liczeniem na głos włącznie.
Po godzinie pan stwierdził, że jedziemy na egzamin, bo czasu szkoda. Wróciliśmy do szkoły, pan poszedł zjeść obiad (już wiem, czemu mu się tak śpieszyło!) a potem poinformował też, że nic się mam nie martwić, zdam na pewno, bo jeżdżę dobrze, ale że będzie mnie to kosztować 200$. No i do dziś nie wiem, czy zapłaciłam łapówkę czy nie, bo próbowałam się doliczyć i ciągle mi wychodziło, że zapłaciłam za dużo:P

Egzamin praktyczny powinien kosztować coś ok 60$ (kolejna różnica w stosunku do Polski...). Trzeba się na niego stawić z samochodem, który ma ubezpieczenie na Twoje nazwisko. Prowadzi to do paradoksalnej sytuacji, w której trzeba przyjechać swoim autem na egzamin prawa jazdy;)
W rzeczywistości nie jest to aż tak paradoksalne - w Stanach można otrzymać ograniczone prawo jazdy w wieku 16 lat i tego wymagania tam nie ma.

Dla biednych imigrantów, takich jak ja, pozostaje opcja wynajęcia samochodu z wypożyczalni (nie każda szkoła to zaakceptuje), albo ze szkoły. I to właśnie ta przyjemność kosztowała mnie ciężkie pieniądze.

No dobrze, ale to nie koniec. Dochodzimy do mojej ulubionej części, czyli odebrania dokumentu. Po zdaniu egzaminu dostaje się świstek, w którym idzie się do DMV (Departent of Motor Vehicles). DMV to najbardziej znienawidzony przez wszystkich Amerykanów departament. Kogo bym nie znała, narzeka na fatalną obsługę, długie kolejki i masę problemów przy załatwianiu byle pierdoły.
Poszłam. Na pierwszym razem brakowało mi dokumentu, więc poszłam drugi raz. W ciągu 30 min zdążyłam:

  • poczekać, aż 8 osób przede mną zostanie obsłużonych
  • wypełnić papierki
  •  mieć zrobione badanie wzroku (tak, na miejscu)
  • mieć zrobione zdjęcie do dokumentu (tak, na miejscu)
  • dostać tymczasowe papierowe prawo jazdy, ważne do dnia, w którym dostałam plastikową kartę
  • zapłacić kolejne opłaty.


30 minut, koszmar, no ja nie wiem, jak można tak żyć :P

Jak widzicie, głównie się to sprowadza do płacenia za różne etapy procesu, sama jazda schodzi na drugi plan;)
Apropos kasy, to jeśli ktoś ma swoje auto, to wyrobienie prawka, to wydatek rzędu 150$. Tanio jak barszcz!
Gorzej się sprawa ma, jeśli ktoś nie ma swojego auta, albo jeśli musi przejść tradycyjny kurs jazdy. Tutaj raczej nie jest to popularna opcja - to rodzice czy znajomi uczą cię jeździć, kiedy masz te 16 lat i wykradasz na chwilę samochód z garażu;)
Kursy jazdy są więc horrendalnie drogie i kupienie starego gruchota i jeżdżenie z kimś doświadczonym może być tańszą opcją;)

Jeszcze jedno spostrzeżenie -  Waszyngton jest/był jednym z ostatnich stanów, w którym da/ło się zrobić prawko bez Social Security Number. Teraz już niestety tego wymagają:(


I ostatnia już rzecz - teraz czekam, aż Paweł mi takie cudo kupi!






niedziela, 24 sierpnia 2014

"Ucieczka z pokoju na żywo" czyli hit hitów i najlepszy sposób na spędzenie godziny z przyjaciółmi;)

O co chodzi? Niektórzy z Was mogą kojarzyć gry komputerowe, w których trzeba było znaleźć sposób, żeby wydostać się z zamkniętego pokoju. Trzeba było rozwiązywać zagadki i mieć trochę umiejętności MacGyvera, żeby wymyślić, że z sznurówki i spinacza można zrobić helikopter;)

"Escape the room" to dokładnie to samo, z tą różnicą, że na żywo!
Nasz zespół wybrał pokój z tematyką baśni braci Grimm. Razem z 11 innymi osobami mieliśmy za zadanie znalezienie klucza, który pozwoliłby nam wydostać się z zaczarowanego lasu i dostać do zamku, w którym czekała królewna.

puzzlebreak.us

Zabawa była przednia! Mimo, że wysilaliśmy mózgownice i dawaliśmy z siebie wszystko, nie udało się nam jednak dokończyć misji na czas. Zagadki było zaskakująco trudne i z tego, co się dowiedzieliśmy, średnio tylko ok. 20% zespołów znajduje klucz przed upływem czasu.
Nie będę psuć ludziom zabawy opisując dokładnie, co musieliśmy robić, ale były to dosyć niestandardowe łamigłówki, jedna prowadziła do następnej, ta do następnej, aby w końcu znaleźć cząstkowe rozwiązanie większego problemu, etc.

Impreza jest dość droga (30$/os), ale i tak bardzo polecam. Jest to nietypowa rozrywka, można zweryfikować swoją spostrzegawczość i umiejętność kreatywnego myślenia. 

A my, mimo, że z pokoju wyszliśmy pokonani (brakło nam z 10 min :( ), stwierdziliśmy jednogłośnie, że i tak jesteśmy najlepsi. Każdy z nas przebrał się  zgodnie z tematyką pokoju i zrobiliśmy niemałą furorę, spacerując po mieście;)


I następnym razem się uda!

PS. Muszę się pochwalić, że SAMA sobie uszyłam pelerynkę. Tym samym przebranie na Halloween gotowe!;)


czwartek, 21 sierpnia 2014

Crater Lake i jeansy - czyli z wizytą Oregonie

15 sierpnia to cudowny dzień z wielu powodów, głównym są moje urodziny:P
Wzięliśmy z Pawłem wolne, zapakowaliśmy się z rodzinką w mini-vana i ruszyliśmy całą, sześcioosobową bandą na południe. Celem wycieczki było Jezioro Kraterowe, leżące 650 km od Seattle.

Ale, ale, pewne priorytety muszą być. Moi rodzice i siostry spędzili już jak do tej pory 2 tyg w Stanach, nie mieli jednak okazji zjeść prawidłowego amerykańskiego śniadania. Zaczęliśmy więc dzień w Hangar Cafe znajdującą się przy lotnisku Boeinga którą GORĄCO polecam wszystkim, którzy czytają bloga i mieszkają w okolicy. Nawet jeśli mieszkacie w okolicy dalszej, warto dojechać;)
Zdjęć niestety nie mam - byliśmy tak głodni, że kiedy sobie o nich przypomnieliśmy, talerze już były puste...;)
Ach, tyle jeszcze się muszę nauczyć o blogowaniu! ;)

Jak wspomniałam, kawiarnia znajduje się przy lotnisku;)

Po drodze zatrzymaliśmy się na chwilę za Portland przy przepięknym wodospadzie Multnomah. Musimy tam wrócić na jesień, to miejsce musi nieziemsko wtedy wyglądać! Przypomina mi trochę Rivendell z LOTR;)



Nocleg mieliśmy w miejscowości La Pine, leżącej 1.5h drogi od jeziora. Po raz kolejny korzystałam z serwisu www.vrbo.com przy szukaniu kwatery i zdecydowanie polecam go wszystkim, którzy szukają domków/pokoi do wynajęcia na parodniowe wypady.

Mt Hood, czyli oregoński odpowiednik Mt Rainier,  z okna samochodu
W sobotę w końcu dotarliśmy nad jezioro. Jest to warte podkreślenia również dlatego, że w piątek odebrałam moje amerykańskie prawo jazdy (o tym innym razem) i to ja prowadziłam po raz pierwszy od dwóch lat;) 

Jezioro Kraterowe to najgłębsze jezioro Stanów, sławne głównie ze względu na przepięknie niebieską i krystalicznie czystą wodę. Powstało dawno, dawno temu, kiedy po wybuchu wielkiego wulkanu, do szerokiego na  8-9 km krateru zaczęła spływać woda deszczowa i topniejący śnieg. Nie ma innych źródeł wody i według wikipedii całkowicie "wymienia" się ona co 250 lat. 
Jezioro Kraterowe otoczone jest wulkanami, co więcej, w jego kraterze znajduje się jeszcze jeden mały wulkanik. Wyspa Czarodzieja, bo tak nazwany został stożek to jedna z dwóch wysepek. Drugą jest Statek Widmo. Obie na zdjęciach poniżej.

Nie muszę chyba mówić, że widoki zapierają dech w piersiach. Wprawdzie powietrze tego dnia nie było przejrzyste, a więc nie widzieliśmy jeziora w pełnej krasie, mimo wszystko byliśmy zachwyceni.
Samochodem dojeżdża się do Rim Village, z której to już rozpościera się pocztówkowa panorama, ale my wybraliśmy się na jeszcze wyższą część krateru - Garfield Point. Otwarta przestrzeń niemal powodowała zawroty głowy:) A wisienką na torcie była muzyka, która rozległa się, kiedy byliśmy już pod szczytem. Ktoś grał na dudach kobzie (kobza to instrument strunowy)! To chyba było najbardziej niezwykłe i niespodziewane doznanie od dłuższego czasu - połączenie melancholijnej muzyki z szeroką panoramą na piękny, ale było nie było surowy krajobraz post-wulkanicznego jeziora.

Wyspa Czarodzieja czyli wulkan w wulkanie



Statek Widmo

Spotkaliśmy go szczycie:)

W pełniejszej krasie

Późny obiad zjedliśmy w miejscu, które potwierdziło odkrytą tu (w USA) zasadę - im bardziej obskurnie i odpychająco wygląda knajpa, tym jedzenie lepsze. Specjalnością są burgery, porcje też iście amerykańskie;)
(Tu link dla zainteresowanych)


Bardzo Dziki Zachód i ...
... Bardzo Duże Porcje

No dobra, przyroda odhaczona. Kolejnym powodem, dla którego odwiedza się Oregon są zakupy, bo w przeciwieństwie do Waszyngtonu, nie jest tu doliczany 10-procentowy podatek od sprzedaży. 
Jeden z największych outletów znajduje się w Woodburn pod Portland. Dotarliśmy tam przed południem w niedzielę, 3h później ruszyliśmy do Seattle bogatsi o 9 par jeansów, swetry i inne ciuszki;)
Zaiste, udany weekend:)


wtorek, 5 sierpnia 2014

Wizyta w Raju czyli Paradise w Parku Narodowym Mt Rainier

Lato mija nam szybko, bo w doskonałym towarzystwie - w lipcu odwiedziła nas rodzina Pawła, a teraz gościmy moich rodziców i siostry. Korzystając z okazji, że nasi Goście uprawiają hazard w Vegas, chciałam się przypomnieć i dać znak życia;)

Mam dziś dla Was trochę zdjęć z sobotniej wycieczki do Parku Narodowego Mt Rainier, a konkretnie w rejony Paradise. Nazwa jest adekwatna - miejsce jest niebiańsko piękne! Schronisko Paradise leży na wysokości 1700 m i już stamtąd rozpościerają się przepiękne widoki. A co dopiero, kiedy wejdzie się na szlak! Jest to najczęściej odwiedzany rejon Mt Rainier, głównie za sprawą przepięknych dzikich kwiatów.
Mama była zachwycona!;)
Paweł wygrał konkurs na ilość wypatrzonych świstaków. Pod koniec szlaku znaleźliśmy świstakowa łąkę, ułatwiło mu więc to zwycięstwo.

Mt Rainier to niekwestionowany symbol Seattle. Charakterystyczny stożek wygląda na zdjęciach jak dodany w photoshopie (dla porównania na dole zdjęcia z naszego balkonu), super było dla odmiany popodziwiać go z tak bliska.

O górze napiszę więcej przy kolejnej okazji (planujemy wrócić do raju niebawem), dziś fotki.

Pan Wulkan tuż przy wyjściu na szlak

Pan Wulkan nieco wyżej. Lejkowata chmura wygląda groźnie!


Dobra robota, idź dalej!



Śnieg był i mieliśmy masę frajdy ze zjeżdżania z aktywnego wulkanu:P

true love!
           

Alan! Alan!

I dla porównania, jak góra wygląda z daleka: 


Nie, to nie fotoszop!