wtorek, 16 października 2012

Seattle dla 18+

Na pomysł napisania tego posta wpadłam w zeszłą sobotę, kiedy to poszliśmy ze znajomymi na lunch do (skądinąd świetnej!) hinduskiej restauracji. Poznaliśmy tam Stephane'a, który opowiedział nam o innej stronie Seattle. Takiej, o której jeszcze nie słyszeliśmy.

Erotyka. To właśnie stanowi temat tego posta. Notka niewątpliwie będzie kontrowersyjna, mam nadzieję, że nikt nie poczuje się dotknięty czy urażony. Moim jedynym celem jest pokazanie różnic w mentalności przeciętnego Krakusa i Seattleit'a.
W razie czego, lepiej po prostu tego nie czytaj! No i oczywiście mam nadzieję, że jesteś pełnoletni/a! :P

Seattle uznawane jest za jedno z najbardziej liberalnych miast w USA. Przestało nas już dziwić, że na ulicach pachnie trawką (mimo, że narkotyki nie są tu legalne), nie zwracamy już uwagi na czułości gejów i lesbijek, przyzwyczailiśmy się do dziwaków z włosami we wszystkich kolorach tęczy, dowolnego wyznania, koloru skóry, reprezentujących wszelakie poglądy (niekoniecznie jednak pałam do nich wszystkich wielką sympatią).
Liberalizm Seattleitsów idzie jedzcze dalej. A mianowicie - do sypialni. A w zasadzie, sypialnie przenoszone są na salony. Nie dosłownie, ale...

Hump!. O tym to właśnie festiwalu usłyszeliśmy od Stephane'a. Jego idea wydała mi się tak totalnie dziwna, nierzeczywista i odjechana,  że w pewien chory sposób zainspirowała mnie do podzielenia się z Wami tą jakże kontrowersyjną "ciekawostką".
Czy potraficie sobie wyobrazić, że w Seattle co rok organizowany jest festiwal domowych filmów porno? Pary (i nie tylko) wysyłają swoje  nagrania, które następnie wyświetlane są na dużym ekranie. Każdy może zgłosić swój film. Oczywiście są pewne wymagania, np. jedno z nich mówi, że trzeba używać określonych rekwizytów (np. kamizelek), żeby było wiadomo, że film powstał na potrzeby festiwalu. Tłumy ludzi przychodzą na kinowe seanse, bilety wyprzedają się baaaardzo szybko. Oczywiście, autorzy mogą zostać nagrodzeni w paru kategoriach. Nie będę ich tu wymieniać, zainteresowanych odsyłam na stronę festiwalu.
Jeszcze jedno. W sprzedaży dostępne są 'Friends and Family tickets'. Potraficie to sobie wyobrazić? Ja nie;) Mój zaściankowy, polski rozumek nie bardzo sobie z tym radzi;)

Przyznam szczerze, że po tym jak dowiedziałam się o Hump!, chciałam sprawdzić czy to jedyna atrakcja tego typu. Stephane parę razy powiedział - "it's so seattleish". Czy aby na pewno?

Szybkie wyszukiwanie w Google podobnych wydarzeń  i co?
- To się może wydać bardziej normalne w porównaniu do wyżej wspomnianego, ale co rok odbywa się tu też inny festiwal filmowy (w tym roku dokładnie wtedy co Festiwal Filmów Polskich, czyli teraz). Seattle Lesbian & Gay Festival ma promować ambitne filmy z wątkami  homoseksualnymi.

- Seattle Erotic Art Festival - interaktywne wystawy, warsztaty (m.in. rysowanie na podstawie słuchanych opowiadań erotycznych), krótkometrażowe filmy erotyczne. O sobie mówią: "The Seattle Erotic Art Festival supports a vibrant creative community, promotes freedom of expression, and fosters sex-positive culture through public celebration of the arts". Wydarzenie to organizowane jest przez ... Foundation for Sex Positive Culture.

- Foundation for Sex Positive Culture czyli fundacja, która wprawiła mnie w osłupienie w racji swego istnienia. Poza organizacją wyżej wspomnianego festiwalu, prowadzi warsztaty typu  "Obudź swoją seksualność", "Bondage" (wiązanie) czy "Deviant Yoga"(yoga + kamasutra).

To były pierwsze wyniki na liście wyników z Google. Nie wczytywałam się więcej, ani nie szukałam kolejnych przykładów.
Oczywiście mam swoje zdanie na ten temat, ale czego się tu powoli i z trudem uczę, to 'nie oceniać'.

PS. I nie, nie wybieram się;)

niedziela, 14 października 2012

Mały update


Zgodnie z zapowiedziami, pogoda popsuła się w piątek. Na początku pokpiwałam sobie z tak szumnie zapowiadanego deszczu, który okazał się być mżawką, i to raczej wkurzającą niż uciążliwą. Dziś jednak przemokłam do suchej nitki i zaczęłam już rozumieć, że albo pokocham Seattle albo znienawidzę. Na razie skłaniam się ku pierwszej opcji.
Nie jest źle, w ciągu najbliższego miesiąca mają być dwa słoneczne dni!;)

Kolejna dobra wieść jest taka, że dostaliśmy mieszkanie! Właśnie to, o które się staraliśmy, jesteśmy wiec bardzo zadowoleni. I będziemy mieć duży salon dla gości! Na razie mam tylko parę zdjęć nowego domu, ale pewnie będziemy na bieżąco dokumentować proces urządzania naszego nowego gniazdka. Przeniesiemy się z naszej hippie-gejowskiej dzielnicy do Lower Quenn Anne - spokojniejszej, bezpieczniejszej, bliżej centrum. Z masą kawiarenek i restauracyjek,bardzo blisko Space Needle i z ambitnym i alternatywnym kinem "Cinema Uptown".

To właśnie kino odwiedziliśmy dziś przy okazji Festiwalu Polskiego Filmu. Mamy szczęście do tych polskich wydarzeń, nie ma co! Poszliśmy na "Różę" - film bardzo dobry, ale ciężki i zdecydowanie nie na szarobure i deszczowe niedzielne popołudnie.

A teraz już, wieczorną porą panowie raczą się piwkiem i oglądają newsy, a ja zastanawiam się, co zrobić jutro na obiad. Żartuję, już wymyśliłam:P ;)

salon
salon c.d.


trochę sypialni











środa, 10 października 2012

Zanim spadnie deszcz - trochę o wszystkim i o niczym

-->> zdjęcia

Pogoda się zmienia. Chmurzy się i jest coraz zimniej. Od piątku zaczyna padać.
Żeby nie dać się jesiennej melancholii, opowiem Wam trochę o ostatnim, niezwykle słonecznym tygodniu:)

Paweł powoli zadamawia się w Amazon, a ja zaprzyjaźniam się z miastem. Akurat mam teraz dwutygodniową przerwę i nie chodzę na angielski, za to plątam się więcej po okolicy. Większość czasu zajmuje mi szukanie mieszkania, przy okazji oględzin zapuszczam się w nowe dzielnice.
Powoli zaczynam się tu czuć jak u siebie, choć nie przestaję porównywać Seattle z tym, co znam z Polski.

Okrywanie nowych rzeczy jest jednak niezwykle fascynujące. A mnie też cieszą takie rzeczy, jak np. wyprawa nad zatokę do małego sklepu z ogromnym wyborem przypraw (spędziłam tam pewnie z godzinę, wybierając między 6 rodzajami curry, 3 cynamonu i nie wiem iloma mieszankami przypraw do mięsa) czy poszukiwanie sklepów zielarskich. Bawi mnie spacerowanie po naszej gejowskiej dzielnicy i oglądanie tych wszystkich kolorowych, wytatuowanych dziwaków z tunelami w uszach. ;) Często ktoś zagada, zaczepi na ulicy. Nie wiem ile razy już słyszałam "Oh, I love your accent". Wszyscy uwielbiają mój akcent. Zabawnie;) Ludzie nie mają też np. problemu z podejściem do Ciebie i skomplementowaniem Cie. "Masz piękne kolor włosów", czy "bardzo podoba mi się Twoja chusta!" rzucone od obcej osoby naprawdę poprawiają  humor! Miły zwyczaj, postaram się praktykować go w Polsce:)

Oczywiście rozwijam też swoje talenty kulinarne. Myślę, że Paweł poświęci kiedyś osobny wpis na pochwały. Prawda, Kochanie?:D

"Pracujące" dni tygodnia mijają nam więc w spokojnej, mimo różnych wybojów (np. problemów z założeniem konta), rutynie. Weekend jest odskocznią. Dla mnie zaczął się on bardzo miło w piątkowe popołudnie wspólnym wyjściem z Bożeną na dyniowe latte.
Jestem wielką amatorką kawy, buzia mi się więc cieszy na myśl o tym, ile tu jest nowych smaków do spróbowania i miejsc do odwiedzenia;)

A o Bożenie jeszcze później:)

Wieczorem pojechaliśmy do Adama do Renton. Adam mieszka w Seattle już ponad rok. I bardzo dobrze gotuje (podobno, na razie mieliśmy tylko próbkę jego możliwości;) ). Mam nadzieję, że nie będzie zły za zdradzenie tej informacji;)

Część z Was widziała już parę zdjęć, które wrzuciłam na FB. Więcej ->> tutaj.

Spędziliśmy z nim naprawdę świetny czas!
Pierwszą nowością było sobotnie śniadanie, na które pojechaliśmy do oddalonego o 20km Auburn do typowej amerykańskiej jadłodalni. Uprzedzeni przez Adama, zamówiliśmy połowę porcji, która i tak była tak ogromna, że byłam w stanie zjeść mniej więcej 1/8!
No i samo menu - smażone ziemniaki, tłuste omleto-lazanie, jak można jeść takie rzeczy na śniadanie? Mimo jednak, że ciężkie, jedzenie było dobre. Przynajmniej zostało nam na obiad następnego dnia;)

Po solidnym posiłku należało zadbać o odrobinę ruchu. Tu kolejna nowość - frisbee. U nas mało popularne, tu bardzo. Szło nam tak sobie, mi jeszcze gorzej, ale wierzę, że osiągnę mistrzostwo;)

Adam mieszka tuż przy jeziorze Waszyngton. Okolica mnie oczarowała. Szumiąca woda, żaglówki, piękne jesienne kolory, słońce i wysoka temperatura. Żyć, nie umierać! Naprawdę bardzo się cieszę, że udało się nam poznać słoneczną stronę okolicy, zdążyłam już bardzo polubić rejon Seattle. Na pewno byłoby trudniej, gdyby od naszego przyjazdu nieustannie lało.


Gwoździem programu był 'Polski wieczór', czyli grill, piwkowanie i jacuzzi z nowopoznanymi na Festiwalu Polskim ludźmi.  Pojawili się również Bożena z Davidem, których bardzo pozdrawiamy!
Bożena i David są fajni. David uczy się polskiego i odmiana czasownika "być" (który brzmi dla obcokrajowca zbyt podobnie do "bitch") sprawia mu masę radości. Jestem bardzo ciekawa, czy zrozumiał, co napisałam.:)

Wieczór był naprawdę bardzo, bardzo udany. Teraz napiszę tylko, że bawiliśmy się do późnej nocy, była masa śmiechu i pysznego jedzenia, czyli wszystkie niezbędne składniki dobrej imprezy;)
(Paweł opowie Wam wkrótce więcej, jak się bawi Ameryka;) )

Dzień wcześniej odwiedziłam polski sklep (już od wejścia pachniało znajomo, mmmm:) ), w którym zaopatrzyłam imprezę w prawdziwe kiełbaski i kabanosa. Gdybym zatęskniła za jakimkolwiek produktem z Polski, myślę, że znalazłabym go w George's Sausages & Deli:)

Tak po babsku, dodam jeszcze, że niezmiernie się cieszę, że poznałam Bożenę. No bo ileż można z facetami gadać, prawda? Bardzo fajna z niej dziewczyna. To ten typ osoby, z którą bardzo dobrze się rozmawia i przyjemnie spędza czas. Zobaczymy, jak się nam będzie razem na shopping chodzić;) No, więcej jej już komplementować nie będę ;)

Po pięknej i aktywnej sobocie nadeszła piękna i leniwa niedziela. Poszliśmy z Pawłem nad zatokę, pozachwycać się widokami, pospacerowaliśmy się też po kampusie Amazonu. W głowie kolekcjonuje już miejsca, w które zaprowadzę naszych Gości - jeśli dotrzymacie obietnicy i odwiedzicie nas w Hameryce!

I tak nam leci czas. Powoli, mimo, że wbrew pozorom dzieje się sporo. Przez parę ostatnich dni pobijam rekord przebytych na piechotę kilometrów i oglądam sporo mieszkań. Dziś znalazłam w końcu takie, w którym chcielibyśmy zamieszkać. Trzymajcie kciuki, żebyśmy je dostali, bo czeka nas teraz cały proces aplikowania i weryfikacji. Nie mam pojęcia na jakiej podstawie lokatorzy zostaną wybrani, mam nadzieję, że będziemy nimi my!

O, a jeszcze jedną super rzeczą, która ostatnio mi się przytrafiła, było spotkanie z Asią. Asia jest moją kuzynką, którą pierwszy i ostatni raz w życiu widziałam, jak miałam 12 lat! Teraz, po 13 latach spotkałyśmy się na lunchu w Seattle. Czyż to nie wspaniałe?:D Przerosłam ją!;)

Podsumowując ten nieco rozwlekły post, jest nam tu dobrze. Chciałam Wam mniej więcej pokazać, jak wygląda nasz "dzień, jak codzień" i jak powoli się tu urządzamy.

Gdyby coś, jakiś konkretny aspekt życia w Seattle Was interesował, dajcie znać. Postaram się opowiedzieć na tyle, na ile będę w stanie. Tak, Gomuł, pamiętam o Twojej prośbie i już szykuję posta!:)

Ściskam!
B.

PS. Mamy już tarkę do sera i blender (oczywiście z Amazon;) ). Zaczątek naszego gospodarstwa domowego:D

poniedziałek, 8 października 2012

Amazon w pigułce



Minął już pierwszy tydzień w Amazon i pora napisać coś o moim pracodawcy. Nie jestem z nimi jeszcze na tyle długo, żeby opowiadać o swoich obowiązkach, ale mogę już zreferować bardziej ogólne zasady. Takie, którymi każdy Amazończyk kierować się powinien. Wtłaczają nam je do głowy od pierwszego dnia pracy, ale nie narzekam, bo robią to w sposób ciekawy (postaram się o to samo), a praca dla firmy z charakterem to dla mnie nowe, interesujące doświadczenie.

Celem notki jest przekazanie tego, co mi opowiedziano, a co nie jest tajemnicą firmy. Jestem przekonany, że w Amazon wiele rzeczy nie wygląda tak różowo, jak je zaraz przedstawię, ale cóż... Nie dziwota, że w pierwszy tydzień pracy raczono nas tylko miodem. :)

Co sprawia, że firma osiąga 48 miliardów dolarów zysku ze sprzedaży rocznie? To 150 miliardów złotych, czyli prawie tyle co PKB Bułgarii! Dlaczego ceny jej akcji skaczą w ciągu roku ze 180 do 260 dolarów? Prosta odpowiedź brzmi... Kindle. Ja wspomniałbym jeszcze liderów - wizjonerów (jak założyciel Jeff Bezos) i wiarę pracowników w wartości, na których firmę zbudowano.

Najważniejszą zasadą jest tu obsesja na punkcie klienta. To jak definiujemy klienta się zmienia. Czasem będą to kupujący w sklepie amazon.com, innym razem tamtejsi sprzedający. Nie wolno jednak zapominać, że wbrew temu co widzi się w Polsce Amazon to nie tylko sklep. Kindle i rynek e-booków, audiobooki, Amazon Local czyli ichniejszy Groupon, Amazon WebServices czyli przestrzeń dyskowa albo moc obliczeniowa na zamówienie, streaming filmów i seriali, Amazon Fresh czyli zakupy żywieniowe dostarczane do domu, wspieranie twórców scenariuszy czy komiksów (Amazon Studios) i wiele, wiele innych. W tym IMDb. Tak, Amazon jest właścicielem IMDb... i to od 1998 roku. W budynku w którym pracuję jest mnóstwo obramowanych plakatów filmowych i kartonowych bohaterów filmów. Goście z IMDb pracują na moim piętrze. :)


Każdy pracownik ma więc jakiegoś bezimiennego klienta (a raczej ich tysiące). I gdzie ta obsesja? Zacznijmy od spotkań biznesowych, gdzie przy próbie przeforsowania nowego projektu albo nowej funkcjonalności należy uzasadniać jej wartość tym, co klient zyska. Ryzyko oceniamy zawsze z punktu widzenia klienta. Jeszcze nie słyszałem, żeby ktoś wspomniał o konkurencji, a o kliencie mówią cały czas.

O klienta trzeba dbać. Jeśli weźmiemy 13 centów za dużo za przesyłkę (bo źle oszacowaliśmy koszt cła), to oddajmy te 13 centów klientowi. Jeżeli klient zamówi i zapłaci za produkt przed premierą, a potem, gdy produkt pojawi się na rynku, okaże się, że jest jednak trochę tańszy, to oddajmy klientowi nadpłacone pieniądze. Klientowi zepsuł się Kindle? Nie pytajmy o szczegóły, nie zastanawiajmy się dlaczego - wyślijmy mu nowego, na nasz koszt.

Klient chce mieć wszystkie produkty w jednym miejscu, a Amazon nie jest w stanie sprzedawać wszystkiego. Wpuśćmy więc na stronę sklepy z zewnątrz, niech płacą za miejsce w wynikach wyszukiwania. To nic, że mogą sprzedawać to co my i do tego taniej. Ważne, że klient dostanie szerszy wybór. Ktoś pamięta jeszcze czasy kiedy Amazon był księgarnią?

Na drugim miejscu jest oszczędność, nie mylić ze skąpstwem. Bo nie chcemy rzeczy najtańszych, chcemy najlepszy stosunek jakości do ceny. Docenia się robienie czegoś z niczego. Nie wydaje się pieniędzy na to, co nie przynosi korzyści klientowi. Nie jeździmy do najdroższych hoteli. Podczas mojej rekrutacji Amazończycy spali co prawda w krakowskim Sheratonie, ale płacącego dolarami tamte ceny bolą mniej (trzy razy). Do tego sławne biurka z drzwi (door desks): toporne ale wytrzymałe. Biurko podąża za pracownikiem przez całą jego karierę, podobnie jak pozostałe wyposażenie, np. lampy i komputer. Ze sprzętem nie jest tak, że idzie się do magazynu i bierze. Chcesz nową lampę? To oddaj poprzednią. Chcesz stojak na monitor? Dobra, zamówimy... Z Amazona. I nie, nie mamy konta Prime z darmową dwudniową wysyłką - stojak dotrze za 5 do 8 dni. ;) Nie ma darmowego jedzenia, drugiego laptopa na prywatny użytek, masaży i innych udogodnień rodem z Google. Dobrze, że jest darmowa woda, kawa i herbata. :) Jedyne podobieństwo do Google to możliwość przebywania w biurze ze swoim psem, którą zresztą niejeden pracownik wykorzystuje.

Wszystkich zasad, jakimi mamy się kierować jest kilkanaście, ale wspomnę jeszcze tylko o jednej. Każdy Amazończyk jest odpowiedzialny za swój klocek w firmie od początku do końca. Patrząc z punktu widzenia programisty: w zespole najczęściej nie ma osobnego działu testerów i działu QA. Nie ma także ludzi odpowiedzialnych za support. Stąd pewnie wyklinane pagery i tzw. on-call. Mówiąc najprościej, raz na kilka miesięcy nadzorujesz działanie swojego systemu przez tydzień, 24 godziny na dobę. Jeżeli coś wydarzy się, nawet w środku nocy, masz dwadzieścia minut żeby zareagować, w przeciwnym razie notyfikowany jest Twój manager. A chwilę później manager twojego managera. Kiedy pager dzwoni lepiej wstać, bo za godzinę na nogach może być już sam Jeff Bezos, co wynika z płaskiej struktury organizacyjnej firmy. OK, trochę przesadziłem, ale nieodebrane pagery są wyzwalane kaskadowo - to fakt.

W Amazon się pracuje. Menadżer powiedział mi w zeszłym roku, że spośród ciężkiej pracy, długiej pracy i mądrej pracy trzeba wybrać sobie dwie opcje i opcji tych się trzymać, z jedną się nie uda. Ponoć ludzie wypalają się i przenoszą gdzieś indziej. Robert mówi, że 72% pracowników firmy jest z nią 2 lata lub krócej! Częściowo wynika to na pewno z ogromnego wzrostu Amazon w ostatnich latach, ale to nie może być cała prawda.

Zakończmy akcentem pozytywnym! Amazon to kompleks budynków w centrum Seattle (zdjęcia w załączniku). Firma właśnie wykupuje tą część miasta na własność za, bagatela, 1.1 miliarda dolarów. Kampus jest dziwny, bo na próżno szukać tam choć jednego loga Amazon. Poszliśmy tam dzień po przylocie i nie byliśmy pewni czy dobrze trafiliśmy. Podejrzenia potwierdził dopiero pierwszy dzień pracy. Bardzo niepozorny zestaw budynków, ale przyjazny dla oka, dobrze wkomponowany w dzielnicę South Lake Union.

Dzisiejszą notkę zakończę etymologicznie, opowiadając skąd wzięto nazwy dla kilku spośród budynków kampusu:

  • Wainwright - od nazwiska pierwszego klienta Amazon, który kupił dwie książki w 1995 roku. Ciekawe czy wie, że ma swój budynek? To tutaj pracuję.
  • Rufus - tak wabił się pies jednego z pierwszych programistów firmy. Pies towarzyszył mu w pracy i stąd pewnie dzisiejsze zezwolenie na psy w biurze. To kliknięcie łapy Rufusa rozpoczęło w 1999 roku sprzedaż muzyki i filmów na Amazon.
  • Fiona - pierwsza nazwa kodowa dla dzisiejszego Kindle.
  • Day 1 - ze sławnego, starego jak świat cytatu Bezosa.

"Jeszcze tyle się wydarzy. Ludzie jeszcze nie rozumieją jak 
Internet wpłynie na świat i dlatego wciąż mamy Dzień Pierwszy".

Kula domowa - tydzień 0.

Paweł szykuje dla Was już super posta o Amazon.com, a ja w międzyczasie, tak na szybko chciałam poruszyć jedną rzecz.

Któraś już osoba z kolei pyta, kiedy rozpocznę obiecany cykl ważenia się. No więc, moi Drodzy, śpieszę wyjaśnić, że nie mamy jeszcze wagi. Jak tylko jakąś nabędziemy, akcja rusza!:P

W sobotę miałam okazję zmierzyć się z moimi demonami:P Zważyłam się i ... nie przytyłam, ha!;)

Całusy ze słonecznego i ciepłego Seattle!
(ponoć w Krakowie leje)



wtorek, 2 października 2012

I love Pierogies!

Minął pierwszy tydzień naszego pobytu w Seattle.
Teraz już niektórzy zaczęli chodzić do pracy, a niektórzy mają czas na pisanie bloga i uzupełnianie zaległości;)

Mieszkańcy Seattle lubią aktywnie spędzać czas. Kiedy tylko mają okazję, jeżdżą w góry, pływają kajakami, podróżują, o bieganiu i jeździe rowerem nie wspominając. Dodatkowo, słońce wyciąga z domów ludzi chcących się nim nacieszyć przed nadchodzącymi ośmioma miesiącami  mroku. Zwłaszcza w weekend. Dlatego, gdy w sobotę poszliśmy z Pawłem do Woodland Park Zoo, spotkaliśmy tam prawdopodobnie wszystkie dzieciate pary z Seattle i okolic. Zoo, jak chyba wszystko w tym mieście, jest świetnie zorganizowane. Dzieciaki mogą uczestniczyć w specjalnych pokazach czy pogadankach edukacyjnych o zwierzakach; mogą pogłaskać osiołka, kozę i krowę; mogą wejść do hali, w której utrzymywany jest mikroklimat lasu tropikalnego z jego roślinnością i ptactwem (oraz drapieżnikami - już za szybką;)). My też, ciągle młodzi, spędziliśmy tam ładnych parę godzin.  Ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu, nie mieli tam jednak kapiBARY!
Wielkim minusem jest natomiast jedzenie (co za niespodzianka). Co krok stoją budki z hamburgerami, popcornem i lizakami, nie udało mi się natomiast, choć naprawdę chciałam, znaleźć czegoś zdrowego. W końcu zdecydowaliśmy się na panini, które okazało się być ociekającą tłuszczem bułą na ciepło. Eh.

Wieczorem spotkaliśmy się z Anthonym - znajomym Bożeny i Davida, który pracuje dla Amazon (w sumie tu większość ludzi pracuje albo dla Amazon albo dla Microsoft albo dla Boeinga). Po jakimś czasie dołączyli do nas  kolejni jego znajomi. Tego wieczoru zaskoczyło nas, jak otwarci są tu ludzie. Kiedy idziesz do klubu, niewątpliwie dosiądzie się do Ciebie ktoś, kto chce z Tobą pogadać. Może spędzicie razem tylko godzinę, może cały wieczór, ale niewątpliwie wymienicie się numerami telefonu i zupełnie naturalne będzie dla Was, że następnym razem, gdy będziecie w Downtown, zdzwonicie się znów na kielonek sake. Nie mówię tu tylko o damsko-męskich (czy też, jak u nas na Capitol Hill męsko-męskich:P) znajomościach!
W każdym razie spędziliśmy udany wieczór w towarzystwie zupełnie obcych, ale sympatycznych osób. No, może z małym wyjątkiem, bo nadętych amerykańskich bufonów też tego wieczoru poznaliśmy.

Niedziela, jak zapowiadaliśmy, minęła nam pod znakiem pierwszego Festiwalu Polskiego w Seattle.
Pojechaliśmy tam z Adamem, którego bardzo pozdrawiam, jeśli czyta tego bloga!:D
Jeśli nie będzie miał nic przeciwko, napiszę o nim parę słów przy najbliższej okazji.
Bardzo urzekła mnie tutejsza Polonia. Niektórzy ledwo mówią po polsku, ale ciągle czują się bardzo związani z Polską i polską tradycją. W zasadzie, w tym tłumie ludzi w podkoszulkach i czapeczkach z orzełkami (wariant drugi to t-shirt z napisem 'I love Pierogies' :)) byliśmy chyba najmniej polscy.
Sam festiwal składał się z części artystycznej (muzyka Chopina, tańce ludowe, pokaz mody regionalnej), warsztatów (robienie pierogów i zupy ogórkowej) oraz 'biwaku', na którym można było kupić polskie jedzenie - słodycze, wypieki, pierogi, naleśniki, bigos czy w końcu - piwko. Po raz pierwszy w życiu musiałam pokazać dowód;)
Było to naprawdę ciekawe i sympatyczne wydarzenie. Paradoksalnie, najmocniej zatęskniłam za Polską właśnie tam:)

Ah, a wszyskim, którzy wiedzą o moim planie założenia kiedyś i gdzieś pierogarni - tu jest na to dobre miejsce!;)

Pod wieczór Adam zabrał nas jeszcze nad zatokę. Cieszyliśmy nasze oczy górami skąpanymi w blasku zachodzącego słońca. Niedługo zacznie padać (wszyscy ciągle o tym mówią, normalnie przygotowania jak do wojny!), trzeba więc nałapać takich widoków ile się tylko da.

Zmęczeni i lekko zmarznięci wróciliśmy wieczorem do domu. Następnego dnia chłopaki mieli po raz pierwszy iść do Amazon.

O swoich wrażeniach po pierwszych dniach tam Paweł niewątpliwie Wam napisze.
A jeśli będziecie chcieli poznać szczegóły pasjonującego życia kury domowej - nie omieszkam wspomnieć również o tym.

Tymczasem wrzucam trochę zdjęć :)

PS. Z ciekawostek powiem Wam jeszcze, że znalazłam darmowe kursy angielskiego. 5 dni w tygodniu po 2h - super sprawa! Wczoraj byłam po raz pierwszy na zajęciach, moja grupa liczy 6 kobiet-uczennic i 5 nauczycieli;)