poniedziałek, 30 września 2013

1000 filiżanek kawy. 4: Najpierwszy Starbucks na świecie!

Dzisiejszy post dedykowany jest Magdzie B. vel Megi vel Blondi, która jest największą fanką kawy z zielonym logo, jaką znam. Megi, dzięki za cierpliwość:D

Kiedy trójka przyjaciół postanowiła w 1971 r. otworzyć swoja własną palarnię i sklep z kawą, na pewno nie przypuszczali, że rozrosną się na ponad 60 krajów, a ich marka stanie się  rozpoznawalna na całym świecie.
Spójrzcie na poniższą ikonę reprezentującą najbardziej znane firmy z każdego stanu. Ktoś mógłby pomyśleć, że Waszyngton reprezentowany będzie przez Amazon czy Microsoft, ale nie, jest to założony tu w Seattle Starbucks;)



znalezione w internecie


Pierwszy sklep otwarty został w 1971 r. przy Western Avenue, ale w 1976 r. przeniesiono go w pobliże Pike Place Market i z jakiegoś powodu to ta lokalizacja (zdecydowanie bardziej trendy;)) funkcjonuje jako pierwszy Starbaks. 

Miałam parę podejść do tego posta, za każdym razem nie byłam zadowolona ze zdjęć i niestety tak samo jest tym razem. Powód jest prosty - choć w Seattle Starbucksów jest bez liku (bardzo często parę stoi obok siebie), to w tym jednym zawsze, zawsze są tłumy! Zdecydowanie nie jestem typem, który pcha się wszędzie z aparatem i jakąś ogromną fanką  ich kawy też nie jestem, więc nie będę już tam wracać i pójdę na łatwiznę, prezentując Wam zdjęcia znalezione w sieci. Megi, chcesz więcej fot, to sama sobie zrób, zapraszamy :D



I to moje, żeby nie było, że oszukuję!






piątek, 27 września 2013

Na gorąco

Właśnie wróciliśmy z koncertu Anathemy. Zaczęłam ich słuchać jeszcze jako nastolatka, nawet się nie będę przyznawać, ile lat temu. Oczywiście nie mogłam przepuścić okazji, żeby zobaczyć ich na żywo tym razem w Seattle!

Jak zwykle dali świetny show, tu nie było niespodzianki. I Paweł i ja byliśmy zachwyceni wokalem i energią braci Cavanagh & Co. Co zaskoczyło, to cena biletu - 17$ to przy polskich 90-100zł, które płaciliśmy w Krakowie to praktycznie darmocha, oraz miejsce - Studio Seven to malutki klub, bardzo kameralny, scena była dosłownie na wyciągnięcie ręki. Byłam w ekstazie mając Dana i Vincenta tak blisko;) Ostatnia miła niespodzianka to perkusista z Lizbony, na którym z przyjemnością można było zawiesić oko;)

Po raz kolejny pluję sobie w brodę, że nie wzięłam aparatu, chyba muszę sobie wypracować ten nawyk. Ale parę fot z telefonu oczywiście jest.




Nie wiedzieliśmy nawet, że to ich pierwsza trasa w USA, jeśli więc ktoś z Was ma jeszcze okazję ich gdzieś usłyszeć na żywo - gorąco polecam!


wtorek, 24 września 2013

365 dni i nocy

Dokładnie rok temu - 24 września przylecieliśmy do Stanów. Aż ciężko uwierzyć, że tyle czasu minęło! 

Mimo ciągłej tęsknoty za Polską, za rodziną i przyjaciółmi, mimo wszystkich wad Ameryki i amerykańskiego stylu życia, mimo mojego przymusowego etatu kury domowej, który odbijał się też na Pawle - to był naprawdę dobry rok i grzechem byłoby nie powiedzieć tego głośno!:) 
Poznaliśmy super ludzi, odwiedziliśmy miejsca, o których nam się nie śniło, czerpiemy garściami wszystko, co dobre z mieszanki kulturowej w jakiej żyjemy i codziennie cieszymy się z możliwości, jakie się przed nami rozpościerają. 
Paweł bardzo lubi swoją pracę, rozwija się i awansuje, a ja - cóż ....

wpis z mojego geobloga z 11.11.2012:)
.... wypełniłam plan w 100%:)

Tak, to był dobry rok!


piątek, 20 września 2013

1000 filiżanek kawy. 3: Bedlam Coffee

Odkryłam to miejsce przypadkiem. Gdzieś w internecie wyczytałam, że serwują tu 'Nutella Mocca'. Czy może być coś lepszego niż połączenie nutelli i kawy?;) W menu wyróżniały się też kawa lawendowa i różana, kuszące:)
Umówiłam się tam z Priscillą, dziewczyną Anthonego, która niedawno przeprowadziła się do Seattle. Aż nie do wiary, że ja jestem tu już prawie rok!

A samo miejsce świetne. Wystrój niebanalny i oryginalny, pod tym względem Bedlam jest w czołówce wszystkich kawiarni, jakie odwiedziłam w życiu. Jest rockowo, z pazurem, inaczej. Trochę graciarnia, ale urządzona ze smakiem. Nazwa zobowiązuje;)
Zdecydowanie must see.
Zapomniałabym o najważniejszym - kawa pyszna!

(żałuję, że wzięłam mały aparat, bo zdjęcia mogłyby być lepsze. Tak, tak, wiem, że 'złej baletnicy przeszkadza rąbek u spódnicy, ale stać mnie na więcej)


czwartek, 19 września 2013

O jedzeniu w Stanach, jego jakości i ogólnie o tym dlaczego jest do bani:]

Uwielbiam jeść, wie to każdy kto mnie zna i może się tego domyślić każdy, kto mnie spotka;) 
Mimo tego, że spożywanie pokarmów jest jednym z moich hobby, jem aby żyć a nie odwrotnie. Dużą wagę ( :] ) przywiązuję do jakości produktów i ich pochodzenia, zwłaszcza odkąd przyleciałam do Stanów.



To, co zastałam po przyjeździe tutaj to JAKAŚ MASAKRA PO PROSTU.

Pierwsze spostrzeżenie - nigdy mi się nie zdarzyło, żeby w jakimkolwiek super czy hipermarkecie w PL parę alejek było poświęcone jedynie ciasteczkom i batonikom. To już chyba mówi samo za siebie...

Kolejna rzecz - trudno na sklepowych półkach znaleźć coś, co nie zostało wcześniej przetworzone. Żywność w puszkach, słoikach, pudełkach, gotowa do zjedzenia po 5-cio minutowym podgrzaniu w mikrofalówce to fundament amerykańskiej diety. Najlepiej dodać do tego jeszcze litr coli, w końcu to tylko 1$ więcej.



"Dlaczego warzywa i owoce są tak drogie?" pytam siebie przy każdej wizycie w sklepie.  Za jedną paprykę zapłacisz min. 1$, czyli tyle, co za wspomnianą wcześniej colę. Duży kalafior to z kolei równowartość mrożonego dania typu 'makaron z sosem'. Ach, no i nie mówię o warzywach organic, tylko takich 'zwyczajnych'. 
Zdrowe odżywianie to przywilej dostępny jedynie tym, którzy nieźle zarabiają. Na targowiskach nie spotkasz tych, którzy, jak u nas, przychodzą tu z oszczędności, bo za kilogram ziemniaków zapłacą 50 gr mniej. Świat stanął na głowie, na podstawowe jarzyny, które w mniej rozwiniętych krajach kosztują grosze i rosną na większości działek, tu nie każdego jest stać.
Dziwicie się, że społeczeństwo amerykańskie jest takie otłuszczone? Ja już przestałam, na takiej diecie nie ma mowy o utrzymaniu zdrowej sylwetki.



Czwarte spostrzeżenie - dlaczego marchewka mięknie i rozpuszcza się, zamiast gnić...? Jak do tej pory żadne warzywo mi jeszcze nie spleśniało. Wszystkie... wymiękły. Chyba lepiej się nad tym nie zastanawiać.

Mam dla Was jeszcze jedną ciekawostkę, o której też już chyba gdzieś wspominałam. Jajka. W Polsce wszystkie jajka sklepowe muszą mieć przydzielane klasy informujące o tym, w jakich warunkach hodowane są nioski, czym karmione i generalnie mówiące o tym, jak szczęśliwa była kura znosząca to jajo. W Stanach jajka klasyfikuje się na podstawie ... czystości skorupki. Serio. 

Jeśli nie macie jeszcze dość, to swego czasu czytałam trochę więcej o tym, co można znaleźć w tutejszym jedzeniu. Oto przykład substancji zakazanych w UE (ze względu na szkodliwość, rakotwórczość, itp), które w Stanach spotykane są co krok:
  • Arszenik. Tak jest, ta trucizna. Karmi się nim kurczaki, żeby szybciej rosły i bardziej tyły na tej samej diecie. Ale oficjalny powód jest taki, że arszenik zabija pasożyty w drobiu, szkoda tylko, że skutkiem ubocznym jest kupowanie rakotwórczego mięsa. 
  • Bromian potasu, czyli ulepszacz wykorzystywany do wypieku większych i pulchniejszych chlebów. Może powodować uszkodzenia nerek czy systemu nerwowego, raka.
    Niech żyje domowy chleb na zakwasie!
  • Sztuczne (wyprodukowane przez człowieka) hormony wzrostu rBGH i rBST wstrzykiwane krowom, żeby produkowały więcej mleka. U ludzi powodują raka piersi, prostaty i jelita grubego.
  • BVO (Brominated vegetable oil) czyli olej z bromem. Opatentowany jako substancja ognio-odporna, dzisiaj może być znaleziona w cytrusowych  napojach energetycznych i nie tylko (Fanta, Mountain Dew, dawniej również Cola). BVO może powodować wady wrodzone u noworodków, utratę słuchu, pamięci i inne uszkodzenia systemu nerwowego.
Które z europejskich produktów są zakazane w Stanach?
  • Kinder jajo, bo dziecko może się zakrztusić zabawką i zrobić sobie krzywdę
  • Niepasteryzowane mleko i produkty mleczne - nie we wszystkich stanach, niektóre wprowadzają limity na ilość mleka prosto od krowy, które można kupować
Nie zrozumcie mnie źle, Stany wypadają dużo gorzej w tym porównaniu, ale jestem przekonana, że w europejskim jedzeniu też można znaleźć dużo za dużo syfu. Tu jest go jednak szczyptę więcej;]


Na koniec ciśnie się pytanie - czy możliwe jest zdrowe odżywianie się w Stanach? Na pewno tak. Wymaga jednak więcej wysiłku, czasu i pieniędzy. 

niedziela, 15 września 2013

Do kobiety inżynierki

Bycie kobietą programistką to ciągle dość egzotyczna rzecz. Wprawdzie coraz więcej dziewczyn kształci się na kierunkach technicznych (wystarczy powiedzieć, że na 'mojej' informatyce było nas, dziewczyn 12 a 5 lat później już ok. 40), ale wszyscy wiedzą, że jest to działka zdominowana przez facetów. 

Już od pierwszego wykładu, na którym moi mądrzy koledzy zadawali pytania, których ja nawet nie byłam w stanie zrozumieć, wiedziałam, że im nie dorównam. No ale nic to, zawsze przecież znajdzie się ktoś lepszy, nie? Robiłam więc swoje, jak umiałam najlepiej, gdzieś tam jednak we mnie tkwiło przekonanie, że ja i oni to zupełnie inna liga i że może powinnam jednak wybrać inny kierunek..?
Swoją drogą do dziś z łezką w oku wspominam chłopaka, który beż żadnego 'cześć' czy innego słowa powitania podszedł do mnie pierwszego dnia na uczelni z pytaniem 'Ile olimpiad?', po czym po mojej odpowiedzi (zgadnijcie jakiej) zmierzył mnie wzrokiem z pogardą i odmaszerował:D 
Tylko nie zrozumcie mnie źle, kolegów na roku miałam świetnych, jeden nawet awansował na mojego męża, tamta sytuacja to jednorazowy przypadek;)

żródło: internet
Nie myślcie sobie, że tylko faceci byli tacy zdolni, nie nie. Moje wspaniałe koleżanki nie ustępowały im w niczym, oddawały rewelacyjne projekty i zdawały wszystkie egzaminy bez trudu. "Ach, gdybym tylko była taka mądra", tak sobie czasem myślałam. 

Mimo początkowych obaw udało mi się skończyć studia z tytułem magistra inżyniera, niezłą średnią i przyzwoitą wiedzą. Poszłam do pracy, w której byłam jedyną osobą bez doświadczenia i na dodatek byłam też jedyną kobietą w dziale IT. Pierwsze miesiące były ciężkie. Czułam się malutka, głupiutka i biedny Paweł codziennie musiał wysłuchiwać, że "teraz to już na pewno mnie zwolnią". Miałam szczęście pracować z niesamowicie mądrymi facetami, nauczyłam się dużo, ale też  nieustannie się z nimi porównywałam. No i oczywiście wypadałam blado, ale nie było innej możliwości - postawcie obok siebie świeżaczka po studiach i pasjonata informatyki z x-letnim stażem i dostaniecie obraz mnie i kolegów z pracy.

No dobra.
Po co piszę tego posta? Na pewno nie dlatego, że lubię się uzewnętrzniać w internecie:P Nie zwykłam się dzielić tak osobistymi przemyśleniami na forum publicznym, ale tym razem chciałam zwrócić uwagę na to, że podobny sposób myślenia do mojego ma spora część, jeśli nie WIĘKSZOŚĆ dziewczyn w świecie inżynierskim. Moje bardzo mądre koleżanki, które tak podziwiam i stawiam sobie za wzór też się przyznają, że bywają niepewne, że również czują, że muszą pracować więcej i ciężej, żeby komuś coś udowadniać, zwłaszcza w pierwszych miesiącach pracy (bo później już wszyscy, łącznie z nimi wiedzą, że są świetne;)). Coś tu więc nie gra, prawda?

Ostatnio jedna z nich uświadomiła mi, że jest to rzeczywisty i bardzo częsty problem i jak każdy porządny problem ma też swoją naukową nazwę - impostor syndrome.  

Dziewczyny, jeśli któraś z Was czuje się jak "impostor",  po pierwsze: musicie sobie zdać sprawę, że jeśli dostałyście się do jakiejkolwiek pracy, to znaczy, że macie odpowiednie kwalifikacje. To nieprawda, że kobiety dostają taryfę ulgową przy rekrutacji. Byłam na wielu rozmowach o pracę, na każdej dostawałam ten sam zestaw pytań, co każdy inny kandydat. 
Kobieca ambicja każe nam pracować bez potknięcia i żadnego błędu, profesjonalne męskie otoczenie zmusza do tego, żeby dowodzić swojej wartości. Często kosztem zdrowia fizycznego i dobrego samopoczucia.

Nie chcę się tu bawić w psychologa (choć chyba mam zacięcie, w mojej rodzinie psychologów i psychiatrów sporo:D), ale gorąco polecam wszystkim zapoznanie się z tym krótkim artykułem: http://geekfeminism.wikia.com/wiki/Impostor_syndrome Nawet jeśli nie dotyczy Was to bezpośrednio, może uświadomić Wam np. z czym zmaga się nowa koleżanka w pracy (czy kolega, bo to nie tylko kobieca rzecz)  i ułatwicie nieco tej osobie start:)


żródło: internet
                           
  


środa, 11 września 2013

Hej w góry, w góry

Wspomniałam w ostatnim kawowym poście o weekendowym wyjeździe w góry. Jeśli ktoś jest zainteresowany, gdzie byliśmy i jak było, tradycyjnie odsyłam do mojego geobloga:  KLIK.




niedziela, 8 września 2013

1000 filiżanek kawy. 2: Z wizytą w Twin Peaks - Twede's Cafe

Czy są tu jacyś fani/fanki kultowego serialu "Miasteczko Twin Peaks"? Jeśli tak, na pewno rozpoznacie te ujęcia:)



Przy okazji weekendowego wypadu zahaczyliśmy o North Bend i Snoqualmie - miejscowości, które Lynch wybrał na miejsce akcji serialu.

Twede's Cafe swoją sławę zawdzięcza właśnie Lynchowi. W serialu bardzo często usłyszycie pochwały serwowanego tutaj (po dziś dzień) wyśmienitego ciasta wiśniowego i  “Damn fine cup o’ coffee!” (cholernie dobrej kawy). Jakże więc mogłabym pominąć to miejsce?

Ci, którzy oczekują knajpki żywcem wyjętej z serialu grubo się rozczarują - po pożarze w 2000 r właściciele odświeżyli budynek i teraz jedynym śladem po romansie z kamerami jest pamiątkowa ściana ze zdjęciami, wycinkami gazet i filmowymi rekwizytami.

Podpisuję się rękami i nogami, że kawę serwują świetną. Szczerze mnie to zdziwiło, bo Twede's to typowa amerykańska restauracja, jedna z tych, w których ciężko oczekiwać czegoś innego od niedobrej kawy rozpuszczalnej z nieograniczonymi dolewkami. Wizytę tam traktowałam jako ciekawostkę i proszę jaka miła miespodzianka!

Faceci zajadali się burgerami (byli zachwyceni, w Twede's wszystko jest świeże, mniej tłuste i według nich naprawdę smaczne), ja delektowałam się aromatycznym kubkiem mojej własnej damn fine cup o’ coffee w wersji latte;)




I jeszcze mój nowy podręcznik :D





czwartek, 5 września 2013

Queen Anne Farmers Market czyli dziś prawdziwych targowisk już nie ma

Jakiś czas temu pisałam o tym, czego mi z polskiej rzeczywistości tutaj brakuje (KLIK). Wymieniłam tam targowiska, na których za małe pieniądze kupić można od babuszki sery domowej roboty, świeże ziemniaki jeszcze pokryte ziemią, pachnące pomidory czy truskawki, itp. 
Parę osób pytało mnie, jak to możliwe, że tu nic takiego nie ma. Ano nie ma, a przynajmniej w Seatttle, bo w Chicago czy innym polskim mieście pewnie coś by się znalazło;)
W Seattle jedyne, co możemy dostać to tzw. Farmers Market. Raz w tygodniu na parę godzin zamyka się jakąś ulicę, na której rozkładają się lokalni producenci żywności, farmerzy, piekarze. Oprócz nich pojawiają się też samochody z jedzeniem ("food truck") i mobilne stanowiska fast-foodowe, bo przecież Amerykanin głodny chodzić nie będzie.
Niestety, w odróżnieniu do polskich przekupek, amerykańscy sprzedawcy każą sobie płacić ciężkie pieniądze za jedzenie 'organic'. Tym samym shopping na targowiskach to kosztowna zabawa, nie dla każdego przeciętnego zjadacza chleba.

W każdy czwartek niedaleko od naszego mieszkania, na szczycie wzgórza Queen Anne odbywa się szumnie reklamowy Queen Anne Farmers Market. W końcu się tam doturlałam z, nie ukrywam, wielkimi oczekiwaniami. Żeby nie przedłużać - zawiodłam się na całego. Nie dość, że drogo, to jakoś tak licho - mało straganów, mały ruch, dużo pobocznych, zbędnych atrakcji, po prostu meeeeh.
Nie to, co w domu!



środa, 4 września 2013

Ciekawostki kulinarno-spożywcze, odc. 3 dla gamerów - Portal Cake!

Przyjrzyjcie się zdjęciu poniżej. Co widzicie?

Portal Cake

Ciasto. Ale nie jest to zwykłe ciasto!

Historia mówi, że któregoś dnia, developerzy z Valve, słynnej firmy wytwarzającej gry komputerowe, przynieśli na urodzinową imprezę przepyszne ciasto z pobliskiej Regent Bakery and Cafe w Redmond. Ciasto to tak wszystkim zasmakowało, że zdecydowali się je wyróżnić. Akurat pracowali nad kultową już grą "Portal" i dali ciachu wieczne życie, przenosząc je do matrixa. Wzmianki o cieście pojawiają się w grze często, ale nie dajcie się zwieść, że 'The cake is a lie'. Zobaczycie je na pewno na końcu gry!

The cake is not a lie! źródło: wikipedia

 I tak oto ciasto znane pod nazwą Black Forest Cake nazywane jest od tamtej pory nie inaczej jak "Portal Cake" i jest najlepiej sprzedającym się produktem piekarni Regent Bakery, która przyciąga tłumy nerdów i fanów gry Portal.

Kolejna ciekawostka to fakt, iż przepis na Portal Cake został umieszczony w grze. Wikipedia udzieli Wam wskazówek, gdzie go szukać, więc jeśli macie ochotę spróbować ciacho, opcje są dwie: przylatujecie do nas albo gracie w Portal i sami sobie pieczecie;)



Portal Cake

wtorek, 3 września 2013

1000 filiżanek kawy*. 1: Zingaro


Kawa. Paliwo ludzi mieszkających w Seattle. Nic dziwnego, w miejscu, gdzie przez większość roku siąpi deszcz, jest szaro, ponuro i nie chcę się nosa z domu wystawiać, trzeba skądś czerpać energię i siły do pracy. Codziennie rano mijam ludzi pędzących do biur z parującymi kubkami kawy, w południe spotykam ich siedzących w kawiarniach w towarzystwie przyjaciół, wieczorem - uczących się i czytających książki z nieodłącznym kubkiem w ręce.
Chyba wszyscy kojarzą markę Starbucks, prawda? Może jednak nie wszyscy wiedzą, że firma ta założona została właśnie w Seattle (zresztą, nie tylko ona, ale żadna inna nie osiągnęła tak spektakularnego sukcesu). Gdzieżby indziej?;) Kto tu mieszka wie, że miasto to ma doskonały potencjał jako rynek zbytu kofeiny;) 
Aż chce się powiedzieć, że kawa to nie napój, to styl życia!

źródło: Internet :]

Kawiarnie napotkasz tu co krok, do wyboru do koloru! Co więcej, nie ma drugiego takiego stanu, w którym znajdziesz tyle przydrożnych małych budek-kawiarenek, przy których możesz w każdej chwili się zatrzymać i zamówić parującą kawkę. Niektóre oferują dodatkowe atrakcje, np. panie kawiarki obsługują cię w bikini albo topless;)

Pod względem kawowym trafiłam świetnie. Napój ten lubię bardzo; koneserem nie jestem, ale byle czego nie wypiję. Pierwsza kawa to jeden z moich ulubionych momentów dnia - czy jak kiedyś w pracy, czy jak teraz w towarzystwie dobrej książki, jest to moje 5 minut. Mmm...! Zupełnie jak w scenie z kawą w Ally McBeal! 
(Nie mogę znaleźć filmu z w dobrej jakości, więc dociekliwi niech sobie wpiszą 'Ally McBeal the first cup of coffee' na YT, jeśli nie wiedzą, o którym fragmencie mówię).

Już od dawna chodzi za mną pomysł, żeby pokazać Wam kawową stronę Seattle i stanu Waszyngton - miejsca ulubione lub po prostu ciekawe. Zapraszam na spacer po Kawowym Szlaku:)


1: Caffe Zingaro 

Zacznę od kawiarni, która jest najbliżej naszego mieszkania i w której bywam najczęściej. O dziwo, to tu dotarło do mnie, jak wielki wpływ na smak kawy ma to, kto ją przyrządza. Serio, do tej pory w ogóle o tym nie myślałam, utożsamiałam smak kawy z danym miejscem, nie zwracając uwagi na to, kto ją przyrządza! No cóż, lepiej późno niż wcale:P
Jeśli mam szczęście i trafię akurat na pana baristę o azjatyckich rysach, dostanę najlepszą latte w życiu. Nie za gorzka (gorzka czy za kwaśna kawa to zło!), ale mocna, idealne proporcje kawy i mleka, po prostu niebo w gębie. Chyba muszę zapytać o jego grafik, bo przyznać trzeba, że pozostałe trzy baristki do pięt mu nie dorastają;)
Zingaro to też pierwsza kawiarnia, którą odwiedziłam zanim przeprowadziliśmy się do Lower Queen Anne.  Przyprowadziła mnie tu Dina zanim podpisaliśmy umowę wynajmu. Od tamtego czasu już parokrotnie spotykałyśmy się tu na polsko-białorusko-hamerykańskiedyskusje. Dobre miejsce na dobry początek!




*Skąd taki tytuł posta? Niektórzy może skojarzą z tytułem książki "Tysiąc szklanek herbaty. Spotkania na Jedwabnym Szlaku". Choć mowa w niej zupełnie o czym innym, o podróży na Wschód, o niesamowitych ludziach spotkanych na szlaku, o Podróży przez duże P, to jednak w jakiś naturalny sposób nawiązałam do niej. Tytuł pojawił się w głowie sam, chyba podświadomie wypychany na zewnątrz przez przekonanie, że pobyt w USA nie jest jedynie etapem robienia kariery i zarabiania na dom, ale czymś więcej, swoistą 'podróżą, która kształci'. Każda filiżanka kawy, która się tu pojawi, to tak naprawdę jeden dzień z mojego życia z całym swoim 'bagażem'.

No i mam też pretekst, żeby się po kawiarniach wozić, ha!