środa, 21 listopada 2012

O złamanym palcu i kosztach opieki medycznej w USA

Zgadza się. Chodziłem po domu, przywaliłem stopą w futrynę i złamałem jeden z palców u nogi. 25 lat czekałem na pierwszą złamaną kość, nie z jakimś szczególnym utęsknieniem...

Złamany palec to uraz z którym najczęściej nie robi się nic. Z drugiej strony bywają sytuacje, gdy zrośnie się źle i trzeba go wtedy jeszcze raz złamać i porządnie nastawić. W związku z tą ponurą perspektywą, gdy po kilku dniach nie zauważyłem żadnej poprawy, udałem się do lekarza.

Wydaje mi się, że jest to dobra chwila, aby spróbować opisać jak wygląda tzw. sprywatyzowana służba zdrowia. Oprócz suchych faktów przedstawię trochę liczb.

Większość osób w USA ubezpiecza się sama, gdzie chce, podobnie jak my w Polsce robimy z samochodem. Jakiś procent jest ubezpieczany przez państwo (inwalidzi czy osoby po 65 roku życia), a reszta po prostu nie ma ubezpieczenia.

Ci opłacani przez państwo to głównie tzw. Medicare. Przeznacza się na to część składek na ubezpieczenie społeczne. Haracz odlicza się wszystkim co miesiąc z wypłaty, jak w Polsce.

Ci którzy ubezpieczają się sami mogą wybrać jednego z wielu ubezpieczycieli. Agencje ubezpieczeniowe sprzedają pakiety zdrowotne jak każdy inny produkt: klient decyduje jaki zakres ubezpieczenia chce dostać. Im zakres większy, tym cena wyższa. Ciekawe są również tzw. portfele zdrowotne. Działa to jak konto bankowe, ale pieniądze z niego można wydawać tylko na opiekę medyczną. Do takiego portfela trafia część wypłaty, najczęściej przed podatkami, a więc można w ten sposób obniżyć swój podatek dochodowy, zwłaszcza gdy człowiek spodziewa się regularnych wydatków na zdrowie.

Co do nieubezpieczonych, to albo ich nie stać, albo nie podlegają, bo np. przebywają w kraju nielegalnie. Na szczęście nie jest tak, że pozbawieni opieki padają jak muchy i zalegają na ulicach. Po pierwsze i najważniejsze: żaden szpital w USA nie może odmówić pomocy w razie zagrożenia życia. Po drugie, są kliniki i przychodnie które obsługują takich pacjentów, najczęściej dostosowując cenę do ich dochodów. Często za tą samą usługę ubezpieczony zapłaci dużo więcej niż nieubezpieczony.

Choć znam zasady tylko jednego pakietu medycznego, swojego, to większość spośród nich opiera się na podobnym schemacie. Nic mi nie wiadomo na temat tajemnicy służbowej dotyczącej tzw. benefitów, ale na wszelki wypadek będę posługiwał się liczbami orientacyjnymi.

Po pierwsze płaci się comiesięczną składkę. Osoba samotna, ubezpieczająca tylko siebie płaci pięciokrotnie mniej niż ktoś wciągający do ubezpieczenia także żonę lub dzieci. Składka samotnika to 30$.

Do tego płaci się za korzystanie z opieki medycznej, czyli za wizyty u lekarza, operacje, badania, za leki. W ciągu roku, ubezpieczony najpierw płaci za wszystko 100% z własnej kieszeni. Dzieje się tak aż do osiągnięcia tzw. deductible w wysokości, np. 1000$. Dopiero potem do płacenia włącza się ubezpieczyciel. Przez następne 2000$ za 90% każdej usługi płaci agencja, a za pozostałe 10% ubezpieczony. Po osiągnięciu limitu pałeczkę przejmuje ubezpieczyciel i do końca roku płaci już za wszystko. W cenę ubezpieczenia wliczona jest prewencja (wizyty u lekarza i badania czy ginekolog) oraz okulista (badania, okulary, soczewki, ale z limitem rocznym). Opcjonalnie, można zaopatrzyć się w ubezpieczenie stomatologiczne. Firma ubezpieczeniowa dopłaca wtedy do każdej wizyty u dentysty ale są limity roczne, a nawet limity na całe życie.

Na podsumowanie rachunek z mojej wizyty u doktora. Za spojrzenie na palec, za potwierdzenie (bez rentgenu), że palec najpewniej złamany, za rady, które Basia wcześniej znalazła mi na Google i za badanie przedwstępne (temperatura, ciśnienie, ważenie, mierzenie): 134$ (cena dokładna). Tyle zapłaciłem ja, rachunek wystawiony ubezpieczycielowi wyniósł 257$.

EDIT: Uważny czytelnik, Miriam, zapytała czemu nie zapłaciłem całej kwoty (257$) skoro jestem w okresie przed deductible. Bardzo dobre pytanie, już odpowiadam! Otóż, placówka medyczna (szpital, przychodnia) wysyła rachunki ubezpieczycielowi. Sęk w tym, że wystawiony rachunek (257$) to jedno, a rynkowa cena usługi (134$) to drugie. Ubezpieczyciel zna statystyczny koszt wszystkich zabiegów w danym rejonie i nie chce płacić więcej niż powinien.

Sytuacja numer jeden: placówka medyczna ma umowę z ubezpieczycielem. Po co? Choćby dlatego, że ubezpieczyciel będzie polecał ją klientom. Klienci najczęściej płacą mniej w placówkach zrzeszonych. W moim przypadku przychodnia miała podpisany kontrakt. Choć rachunek wyniósł 257$, z kontraktu wynika, że za taką usługę ubezpieczyciel zapłaci 134$ i taki koszt przeszedł na mnie.

Druga sytuacja jest wtedy kiedy placówka nie ma umowy z ubezpieczycielem i wystawi kosmiczny rachunek. Może się zdarzyć, że ubezpieczyciel na podstawie swojej wiedzy zaprotestuje, ale nie wiem czy to się zdarza i jak wygląda proces.

Generalnie wynika z tego, że są jakieś metody trzymania rynkowych cen w ryzach. Ale nie działają zbyt dobrze. Uważa się, że koszty opieki zdrowotnej w USA są grubo przesadzone. Poniżej kilka przykładów (ceny średnie z 2011 roku):
  • rezonans magnetyczny: 1080$
  • tomografia: 500$
  • dzień w szpitalu: 4000$
  • średni koszt całego pobytu w szpitalu: 15000$
  • cesarskie cięcie (za pobyt w szpitalu i procedurę): 14300$
No i 134$ za wizytę u lekarza w 2012, na moim przykładzie. :)
--> Porównanie międzynarodowe 2012

Przynajmniej szpitale nie bankrutują. :)

5 komentarzy:

  1. Cesarskie ciecie w miescinie pod Seattle, marzec 2013: $30000. Pobyt w szpitalu wydlozony do 3 dni! (standardowo 2).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nieźle. Aż chce się mieć dzieci!

      Usuń
    2. Najdziwniejsze jest to ze przy tak astronomicznych kosztach Amerykanie srednio maja wiecej dzieci niz Europejczycy. A tam nawet nie ma prawa do urlopu wychowawczego, czesto matka po porodzi wraca od razu do pracy.

      Usuń
    3. To nie takie dziwne jak sie spojrzy ktore grupy populacji maja dzieci. Otoz nie te, ktore placa 30k za cesarskie ciecie.

      Usuń