środa, 30 kwietnia 2014

Kwitnąca Wiśnia, cz. II. Postępowo (fotorelacja).

Trylogii część druga. W końcu, bo ciężko u mnie z mobilizacją. Dziś opowiem o tym co współczesne, szczególnie o Tokio. Na Tokio mieliśmy zaledwie cztery dni, co nijak ma się do atrakcji oferowanych przez stolicę Japonii. Podejrzewam, że moglibyśmy siedzieć tam z Basią przez 2 tygodnie i każdego dnia robić coś zupełnie innego. Jeść coś nowego i doświadczać czegoś nowego.

Tokio to neony i szyldy pełne japońskich krzaczków. I hałas. Ludzie, samochody. Muzyka na ulicach i krzykacze w sklepach nawołujący przez megafon do kupna telewizora (prawdopodobnie). Wszechobecne tłumy, bo mieszka tam 13 milionów Japończyków. 





Sławne skrzyżowanie w Shibuya, gdzie kilka ważnych ulic łączy się ze sobą. Zawsze tłoczno. Przechodzi się na zielonym świetle, z każdej strony naraz (link).


Kojarzycie Hachiko - najwierniejszego psa świata? Hachiko żył w Shibuya. Poniżej wyklejony na własnej linii autobusów.


O tym, że Tokio ma swoją wieżę Eiffla dowiedziałem się z King of Tokyo. To jeden z tych wielkich budynków, które robią wrażenie. Tokyo Tower jest pomarańczowy 24 godziny na dobę, nawet w nocy.


Moim celem było zaspokoić wewnętrznego geeka. Bo niewiele jest krajów, do których można się wybrać w podróż w tym celu. Geekoturystyka... Ach, Akihabara! Dzielnica Tokio, raj dla otaku ociekający mangą, anime, grami wideo, elektroniką i ogólnie nerdem. Na billboardach głównie uśmiechnięte laski z anime. Na jednym zdjęcie żywego personelu z lokalnego Maidreamin' - kawiarni gdzie kelnerki przebrane są za pokojówki (kolejny japoński fetysz: link), a zamówienia składa się mówiąc "miau miau" (link).




Sega konsol już nie produkuje, ale wciąż ma się dobrze. W centrum Akihabary spory czerwony budynek z ich logo. To wielopoziomowy salon gier bez okien. Głośno w nich tak, że ciężko wytrzymać.




A! Dziewczyny też mają salony gier. Tylko że zamiast grać pstrykają sobie zdjęcia w budkach, które poszerzają im oczy i zmieniają kolor włosów. Faceci nieliczni, głównie turyści zaciągnięci przez żonę...


Mam ostatnio fazę na gry retro. Super było pochodzić po Super Potato, czyli niewielkim sklepie pełnym kartridży na Nintendo, Super Nintendo czy starego Game Boya. Przy okazji, link do polskiej serii filmów o Japonii, które oglądaliśmy odpoczywając w hotelu w Tokio. :D Pozdrowienia dla Spazziego i Kaśki!



W Super Potato mają też retro słodycze. Kto pamięta cukierki papierosy? Ha, dziś, dwa pokolenia od wyplewienia papierosów, niewyobrażalne!


Basia pograła sobie w Virtual Boya, konsolkę niewypał od Nintendo sprzed lat. Niewielu może się tym pochwalić, bo konsola na rynku przetrwała tylko rok.


Wszystko to fajnie, ale z pamiątkami problem. Bo gry po japońsku. Bo DVD z innym rejonem i europejski odtwarzacz może zrzędzić. Bo manga po japońsku i od prawej do lewej strony. Na szczęście w muzeum mangi można dorwać coś po angielsku, choć nawet tam niewiele.


Jakość lektury całkiem przypadkowa.


Mimo japońskiego, do księgarni wybrać się warto. Zwłaszcza sekcji dla dorosłych, pooglądać tłumy chłopa czytające nowe książki hentai z ich ulubionej serii (jak nie wiesz co to, lepiej nie góglaj).


A, i cosplay! Ludzie przebrani za bohaterów z gier i anime. Jak się okazało, nie tak łatwo ich znaleźć. Znaleźliśmy jedną króliczycę.


Sklepy z zabawkami tak wielkie, że można się w nich zgubić! Współczuję rodzicom.


Wszędzie pełno Totoro.




Większą radość sprawił mi równie popularny pan Kapibara czy też Kapibara-san. Z przyczyn osobistych.



Dla każdego coś miłego, nawet dla psa.









Poradnik o grze a gruby jak konstytucja. Całą bibliotekę można by tymi książkami wypełnić.


Słowo o przemieszczaniu się w Tokio... Niezawodne metro czyni je szybkim, przyjemnym i bezbolesnym. Zwłaszcza przy wsparciu Google Maps, które wynajdują nie tylko połączenia metrem, ale i pociągami, w tym lokalnymi. W tych lokalnych próżno szukać naszego alfabetu, ale nie ma się czego obawiać. Żeby ocenić czy już dojeżdżamy na stację docelową kierujmy się planowym czasem dojazdu. Jeśli pozostała minuta, to najwyższa pora się zbierać.

Przejechaliśmy się też sławnym Shinkansenem. Szybka bestia! Przyjeżdża na stację, ludzie wskakują i odjazd. Całość trwa może dwie minuty, na nikogo nie czeka.


Zakończę słowem o tambylcach. Coś czego na zachodzie zostało już niewiele, a czego w Japonii wciąż sporo, to szacunek uniżony. Japończycy podają pieniądze w dwóch dłoniach i kłaniają się nisko, czasem w pas. W droższych restauracjach wybiegają za gośćmi na ulicę i kłaniają się dopóki ci nie znikną za horyzontem. Ponoć jest to grzeczność pozorna. Uśmiech na twarzy skrywa prawdziwe odczucia, których okazywać w Japonii nie wypada. Trochę kojarzy mi się to ze Stanami z tą różnicą, że Japończyk bez wstydu ukłoni się i wrogom, a Amerykanin patyczkować się nie będzie. W obu przypadkach ta wierzchnia grzeczność czyni codzienne życie odrobinę przyjemniejszym.

I to już wszystko na dziś. Tokio kocham, ale nie dajcie się nabrać - gaijin w Tokio czuje się wyobcowany. Następnym razem opowiem o tajnikach japońskiej kuchni z nadzieją, że ułatwię życie tym, którzy planują wizytę w takiej restauracji. A jest o czym opowiadać, mniam!

Byłbym zapomniał, dodatek specjalny. Dla zafascynowanych Japonią, albo tych którzy przygodę z Japonią dopiero chcą zacząć. Moje propozycje na chłodny wiosenny wieczór:

  • Super vlog o Japonii i to po polsku: link
  • Książka Bruczkowskiego, który studenckie lata spędził w Japonii: link
  • Książka (jest i film) "Wyznania Gejszy": link
  • "Lost in Translation". Jeden z tych filmów o których niewiele się słyszy, a które uwielbiam. Obcość Tokio z punktu widzenia człowieka zachodu: link
  • "Kikujiro". Japońskie plenery i przepiękna ścieżka dźwiękowa: link
  • "Departures". Słowo o japońskich pogrzebach. Jest i japońska łaźnia: link
  • "Like father, like son". Głównie film obyczajowy, ale jest i trochę Japonii: link
  • Amerykańska ekranizacja historii najwierniejszego psa świata: link
  • Dokument o najsławniejszej restauracji sushi świata: link
  • Klasyczne anime w nowym wydaniu. Evangelion: link

wtorek, 15 kwietnia 2014

Seattle miastem introwertyków? O "Seattle freeze"

Pod jednym z postów pojawiło się ostatnio pytanie o tzw. "Seattle freeze". Czytelnik (pozdrawiamy!) chciał się dowiedzieć czy z naszego punktu widzenia zjawisko to naprawdę istnieje.

Ale zacznijmy od początku, bo pewnie większość ludzi nawet nie wie, co to pojęcie oznacza. Nie chodzi bynajmniej o pogodę, a o teorię, według której przyjezdnym, a już zwłaszcza imigrantom, bardzo ciężko nawiązać tu przyjaźnie. To nie to, że ludzie są niemili, o nie! Uśmiechną się do ciebie, zagadają w autobusie, skomplementują część garderoby.  Bardzo łatwo jest zapoznać się z kimś, ale są to zazwyczaj znajomości płytkie, niewymagające zaangażowania. Pozwolę sobie sparafrazować Urban Dictionary:

"Ludzie powiedzą, że chcą spędzać z tobą czas, ale kiedy zaproponujesz wspólne wyjście popatrzą na ciebie jak na dziwaka. Zapewnią z wielkim entuzjazmem, że przyjdą na imprezę, po czym się nie pojawiają. Są zmienni i nie można na nich liczyć, są nieszczerzy. Dla większości jesteś zupełnie obojętny - ani cię lubią ani nie lubią. Wszystkie interakcje są bardzo powierzchowne"




Jakie są moje odczucia? Rok temu podpisałabym się pod tym rękami i nogami. Z jednej strony oczarowana byłam tym, jak łatwo poznaję się tu ludzi - po prostu wychodzisz z domu i ktoś do ciebie zagaduje, z drugiej dotkliwie jednak odczuwałam, że są to znajomości nic nie wnoszące do mojego życia. Z pewnością sprawy nie ułatwiał fakt, że byłam wtedy kurą domową;)
Ciężko mi jednak było się pogodzić z tym, jak trudno wyciągnąć kogoś na kawę czy spontaniczne spotkanie.
Paweł zaś, który codziennie chodził do pracy, dosyć szybko zdobył grono kolegów.
Co ciekawe, w znakomitej większości byli (są) to również obcokrajowcy. I nic dziwnego - obcy w nowym kraju i mieście wszyscy szukamy towarzystwa. Zwłaszcza nasi bracia i siostry ze Wschodu - Ukraińcy, Białorusini, Rosjanie - z nimi najszybciej nawiązaliśmy kontakt, który trwa do dzisiaj. Było nie było, ta sama kultura i podobne zwyczaje są bezpiecznym portem na szerokim ocenie amerykanizmów ("Ziemniaki to jest to, a nie jakaś tam jajecznica z kartonu", "Na zdrowie!" etc;))

Zaczęłam od stwierdzenia, że rok temu zgodziłabym się na istnienie Seattle freeze. Czy coś się zmieniło?
Po pierwsze, zaczęłam chodzić do pracy. Momentalnie otwarło mnie to na mnóstwo nowych znajomości. Jako, że mam też zajęcie na pełny etat, mniej myślę o tym, jak tęsknie za moimi przyjaciółmi w Polsce. I mam też po prostu mniej czasu, a co za tym idzie, rozumiem, że ktoś inny również nie ma go zbyt wiele (choć nie przeczę, czasem mnie ciągle denerwuje, że niekiedy trzeba się z tygodniowym wyprzedzeniem na głupią kawę umawiać).

Po drugie - Seattle się zmienia. Pamiętam  rozmowę, jaką odbyłam we wrześniu z fryzjerem, który wrócił do miasta po 7 latach na Wschodnim Wybrzeżu. Gadaliśmy o Seattle freeze właśnie. Powiedział mi, że miasto jest nie do poznania. 7 lat temu dzielnica w której mieszkał  była enklawą tubylców. I tam, jak sam przyznał, faktycznie zeszło mu dobre 3-4 lata, zanim oswoił paru ludzi na tyle, żeby móc ich nazwać przyjaciółmi. Długo trzymali go na dystans, nie chcieli budować relacji i zapraszać go do swojego życia. Dopiero z czasem, krok po kroku, ale ciągle powoli, zaczęli się otwierać.
Teraz wrócił na stare śmieci i ze zdziwieniem zobaczył, że większość mieszkańców to przyjezdni z innych części kraju lub świata i że przyniosło to ogromną zmianę w relacjach międzyludzkich i atmosferze panującej w okolicy.

Po trzecie - Seattle demograficznie jest miastem młodym. Wystarczy pomyśleć, ilu ludzi tu przyjeżdża, żeby pracować dla Amazonu, Microsoftu, Facebooka, Google czy innych. Nie mam dostępu do danych statystycznych, ale strzelę, że 70% z nich nie skończyła 35 roku życia. Może się mylę, ale w takim wieku łatwiej nawiązuje się znajomości, zwłaszcza z rówieśnikami o podobnych zainteresowaniach (np. IT czy gry komputerowe:P)

Żeby podsumować, bo mój post się niebezpiecznie rozrasta - czy uważam Seattle freeze za rzeczywisty problem?
Nie. Powoli staje się to już legendą.
Ciągle jest koło tego zjawiska trochę szumu, ale wydaję mi się to być sztucznym rozdmuchiwaniem tematu (np. spotkania "anty Seattle freeze" są mnie trochę śmieszne, bo jest tu tyle innych inicjatyw, które cel mają ten sam, ale się mniej szumnie nazywają).

Czy rdzenni mieszkańcy są introwertykami? Może. Czy ciężko jest się z nimi zaprzyjaźnić? Może.
Osobiście znam jednak tylko jedną osobę, która pochodzi stąd, statystycznie masz więc bardzo małe szanse, że się natkniesz na zimnego i niedostępnego Seattleita.
I ostatnia myśl - jak zawsze,  wszystko zależy od Twojego nastawienia. Jeśli nie będziesz chciał wyjść do ludzi i się przed nimi otworzyć, nie oczekuj, że zrobią to samo.

PS. Właśnie zauważyłam, że nasz bardzo dobry znajomy jest twarzą artykułu o Seattle freeze :p

wtorek, 1 kwietnia 2014

Kwitnąca Wiśnia, cz. I. Tradycyjnie (fotorelacja).

Dziś trochę o naszych podróżach... Kilka dni temu wróciliśmy z krótkiej wizyty w Japonii, oficjalnie zwanej tam Nippon. Kraju, który odwiedzić chciałem od dawna. Bo anime, j-rock, mechy i wszystkie inne odjechane dziwactwa! Niezapomniana wycieczka - pełna kontrastów, ludzi, dobrego jedzenia. Wycieczka egzotyczna, na kilometr pachnąca dalekim wschodem.

Fascynujące jak Japończycy godzą tradycję z technologią. Bo z jednej strony cały ten ceremoniał... Niskie ukłony, zakaz butów na matach tatami, pieniądze podawane wyłącznie w obu dłoniach, san, kun i sama (więcej tu). A przecież są jeszcze szybkie pociągi i metro, elektronika i neony Akihabary, sex roboty i wspólne picie po pracy aż do rana w niezliczonych, zadymionych izakaya. Dysonansu nie ma, jedno płynnie przechodzi w drugie. Jako, że kraj tak inny, poświęcę mu trzy wpisy. Na początek to, co pachnie historią.

Niesamowite ogrody Kyoto! Kto nie słyszał o japońskich ogrodach? Zarówno te zielone, pełne wodnych oczek, drzew i kwiatów, jak i te szare, pełne kamieni, zen. Naukowcy rozwiązali ponoć tajemnicę ogrodów kamiennych - fascynują nie dzięki kamieniom a przestrzeniom między nimi. Ciekawe kto za te badania zapłacił. Po niezliczonych ogrodach w Kyoto można chodzić tydzień. O ile się ma pieniądze, bo wejście do nich najczęściej jest płatne ($5).












Miłość do zwierzęcia często nie zna granic.



W ogrodach Nary jak gdyby nigdy nic biegają sobie jelonki. Okoliczne sklepy sprzedają specjalne krakersy do dokarmiania tychże. Ponoć mogą gryźć, ale nie jestem sobie w stanie tego wyobrazić, takie toto leniwe.





Załapaliśmy się na kwitnące wiśnie (sakura) w Tokio, ale pogoda nie dopisała, więc różowych fotek nie ma. Jest fotka biała.



Ogrodom najczęściej towarzyszą świątynie. Czasem ze szczerego złota. Albo zamki. Na szczęście wliczone w cenę ogrodu.





W tym największym na świecie budynku z drewna znajduje się równie ogromny Budda, odlany z metalu.



W świątyniach za drobną opłatą wywiesza się swoje modlitwy. Zaraz po tym jak się człowiek ukłoni, zaklaska i znów ukłoni przed "ołtarzem". Niektóre z tych deseczek skłaniają do refleksji.







Z nieznanej nam przyczyny, niektóre ołtarzyki ubiera się w śliniaczki.



Sługami boga zbiorów ryżu, Inari, są lisy. Ponoć w ramach rytuału inicjacji wyznawcy dowiadują się jak robi lis (tak robi). Inari to jeden z nielicznych bogów podążających za duchem czasu. Porzucił zbiory ryżu na rzecz ogólnie rozumianego biznesu. Tysiące japońskich firm płacą grube pieniądze, żeby umieścić swoje pomarańczowe wrota w Fushimi Inari-taisha. Co by się im dobrze wiodło.




Mało kto wie, ale w Japonii są Alpy i dużo się jeździ na nartach.




W Japonii wszyscy pozują tak samo, bez względu na wiek i kimono.




W ramach wyjazdu w tak egzotyczne rejony warto liznąć odrobinę kultury wysokiej ($30 od osoby, Gion Corner w Kyoto).





Można też przywieźć do domu trochę kultury niższej.




Ale, ale... Nie ma japońskiej kultury bez gejszy. Gejsze wciąż istnieją, choć w niewielkiej ilości, skupione wokół Kyoto. Gejsza to wykształcona Japonka, która zabawia rozmową, parzeniem herbaty, tańcem, grą na shamisen oraz śliczną twarzą schowaną za białym makijażem. Dziewczyna, która chce się poświęcić takiej karierze szuka sobie okiya, czyli domu, który ją przyjmie, wszystkiego nauczy i zapłaci za drogie kimono. Adeptkę do roli gejszy (geiko) nazywa się maiko. Przyuczanie maiko do zawodu trwa sześć długich lat. Gejsza może wyjść za mąż, co kończy jej karierę, ale źle jej potem nie jest bo mężom takowych najczęściej powodzi się dobrze. Bardzo dobrze.

Podsumujmy kilkoma zdjęciami. Na części prawdziwe maiko, a na pozostałych dziewczyny wymalowane w ramach dość drogiej usługi ($150) urozmaicającej wakacje. Zgadnijcie które są które.







Na koniec pozostawiłem to co urzekło mnie najbardziej. Czyli japoński tradycyjny dom. Oraz japońską gospodę.

Uwielbiam chodzić bez butów! W Japonii robi się to często i nie ma wyboru. Domy, świątynie i niektóre droższe restauracje wyłożone są matami tatami. Do japońskich domów, a już na pewno na maty, nigdy przenigdy nie wchodzi się w butach. Buty trzeba zdjąć. Co więcej, po wysunięciu nogi z buta wchodzimy bezpośrednio na maty, bo inaczej skarpeta zabrudzi się jak but i nigdzie nie wejdziemy. Żeby było trudniej, buty zdejmuje się zwrócone w stronę wyjścia, tyłem, bo jak się ich człowiek nie przygotuje do wyjścia to życie też będzie miał niepoukładane.

Po domu, za wyjątkiem mat, można biegać w kapciach. Na balkon wychodzi się w balkonowych kapciach bo brudny. Do ubikacji zawsze, zawsze, zawsze tylko w specjalnych kapciach. No bo tam się sika to brudno. I broń boże w tych kapciach potem po domu, bo pośmiewisko i horror gospodarza.

Ściany często zastępuje się cienkimi jak papier przesłonkami, czasem pięknie zdobionymi.



Zakończę japońską gospodą czyli ryo-kan. Gospody koniecznie spróbować trzeba. Pobyt wymusza pełne zanurzenie w japońskiej etykiecie kapciowej. Na kolację i śniadanie pyszny posiłek złożony z dziesiątki malutkich dań, zielonej herbaty, zupy miso i ryżu, rzecz jasna. A do tego kąpiel w gorącej wannie, a czasem nawet w gorących źródłach.

Wygląda to tak, że przyjeżdżamy do gospody. Wychodzimy na miasto, wracamy, jemy kolację. W pokoju czeka już futon (takie łóżko na podłodze) i yukata (lekkie kimono, coś jak szlafrok). Rozbieramy się do bielizny, wskakujemy w yukata i maszerujemy do łazienki. W łazience jest przebieralnia, a w zasadzie rozbieralania. Zdejmujemy wszystko, bierzemy tylko mały ręczniczek i wskakujemy do łaźni, gdzie pary pełno bo gotuje się woda. Broń boże do tej wody, bo tragedia. Człowiek brudny więc przed kąpielą należy się umyć. Siadamy na malutkim stołeczku i myjemy się od góry do dołu. Do wyboru zachodni spryskiwacz albo wschodnie wiaderko do oblewania się wodą. Dookoła szorują się inni ludzie. Jak już jesteśmy czyści, pora się wykąpać. Wskakujemy do gorącej wody i zapominamy o bożym świecie. Potem pozostaje już tylko wyjść z łaźni, ubrać się i zawinąć się w futon po czym zasnąć jak dziecie. I jak tu potem cieszyć się hotelem? Bo cena taka sama: $50 do $100 od osoby za noc, w zależności od standardu.