wtorek, 15 kwietnia 2014

Seattle miastem introwertyków? O "Seattle freeze"

Pod jednym z postów pojawiło się ostatnio pytanie o tzw. "Seattle freeze". Czytelnik (pozdrawiamy!) chciał się dowiedzieć czy z naszego punktu widzenia zjawisko to naprawdę istnieje.

Ale zacznijmy od początku, bo pewnie większość ludzi nawet nie wie, co to pojęcie oznacza. Nie chodzi bynajmniej o pogodę, a o teorię, według której przyjezdnym, a już zwłaszcza imigrantom, bardzo ciężko nawiązać tu przyjaźnie. To nie to, że ludzie są niemili, o nie! Uśmiechną się do ciebie, zagadają w autobusie, skomplementują część garderoby.  Bardzo łatwo jest zapoznać się z kimś, ale są to zazwyczaj znajomości płytkie, niewymagające zaangażowania. Pozwolę sobie sparafrazować Urban Dictionary:

"Ludzie powiedzą, że chcą spędzać z tobą czas, ale kiedy zaproponujesz wspólne wyjście popatrzą na ciebie jak na dziwaka. Zapewnią z wielkim entuzjazmem, że przyjdą na imprezę, po czym się nie pojawiają. Są zmienni i nie można na nich liczyć, są nieszczerzy. Dla większości jesteś zupełnie obojętny - ani cię lubią ani nie lubią. Wszystkie interakcje są bardzo powierzchowne"




Jakie są moje odczucia? Rok temu podpisałabym się pod tym rękami i nogami. Z jednej strony oczarowana byłam tym, jak łatwo poznaję się tu ludzi - po prostu wychodzisz z domu i ktoś do ciebie zagaduje, z drugiej dotkliwie jednak odczuwałam, że są to znajomości nic nie wnoszące do mojego życia. Z pewnością sprawy nie ułatwiał fakt, że byłam wtedy kurą domową;)
Ciężko mi jednak było się pogodzić z tym, jak trudno wyciągnąć kogoś na kawę czy spontaniczne spotkanie.
Paweł zaś, który codziennie chodził do pracy, dosyć szybko zdobył grono kolegów.
Co ciekawe, w znakomitej większości byli (są) to również obcokrajowcy. I nic dziwnego - obcy w nowym kraju i mieście wszyscy szukamy towarzystwa. Zwłaszcza nasi bracia i siostry ze Wschodu - Ukraińcy, Białorusini, Rosjanie - z nimi najszybciej nawiązaliśmy kontakt, który trwa do dzisiaj. Było nie było, ta sama kultura i podobne zwyczaje są bezpiecznym portem na szerokim ocenie amerykanizmów ("Ziemniaki to jest to, a nie jakaś tam jajecznica z kartonu", "Na zdrowie!" etc;))

Zaczęłam od stwierdzenia, że rok temu zgodziłabym się na istnienie Seattle freeze. Czy coś się zmieniło?
Po pierwsze, zaczęłam chodzić do pracy. Momentalnie otwarło mnie to na mnóstwo nowych znajomości. Jako, że mam też zajęcie na pełny etat, mniej myślę o tym, jak tęsknie za moimi przyjaciółmi w Polsce. I mam też po prostu mniej czasu, a co za tym idzie, rozumiem, że ktoś inny również nie ma go zbyt wiele (choć nie przeczę, czasem mnie ciągle denerwuje, że niekiedy trzeba się z tygodniowym wyprzedzeniem na głupią kawę umawiać).

Po drugie - Seattle się zmienia. Pamiętam  rozmowę, jaką odbyłam we wrześniu z fryzjerem, który wrócił do miasta po 7 latach na Wschodnim Wybrzeżu. Gadaliśmy o Seattle freeze właśnie. Powiedział mi, że miasto jest nie do poznania. 7 lat temu dzielnica w której mieszkał  była enklawą tubylców. I tam, jak sam przyznał, faktycznie zeszło mu dobre 3-4 lata, zanim oswoił paru ludzi na tyle, żeby móc ich nazwać przyjaciółmi. Długo trzymali go na dystans, nie chcieli budować relacji i zapraszać go do swojego życia. Dopiero z czasem, krok po kroku, ale ciągle powoli, zaczęli się otwierać.
Teraz wrócił na stare śmieci i ze zdziwieniem zobaczył, że większość mieszkańców to przyjezdni z innych części kraju lub świata i że przyniosło to ogromną zmianę w relacjach międzyludzkich i atmosferze panującej w okolicy.

Po trzecie - Seattle demograficznie jest miastem młodym. Wystarczy pomyśleć, ilu ludzi tu przyjeżdża, żeby pracować dla Amazonu, Microsoftu, Facebooka, Google czy innych. Nie mam dostępu do danych statystycznych, ale strzelę, że 70% z nich nie skończyła 35 roku życia. Może się mylę, ale w takim wieku łatwiej nawiązuje się znajomości, zwłaszcza z rówieśnikami o podobnych zainteresowaniach (np. IT czy gry komputerowe:P)

Żeby podsumować, bo mój post się niebezpiecznie rozrasta - czy uważam Seattle freeze za rzeczywisty problem?
Nie. Powoli staje się to już legendą.
Ciągle jest koło tego zjawiska trochę szumu, ale wydaję mi się to być sztucznym rozdmuchiwaniem tematu (np. spotkania "anty Seattle freeze" są mnie trochę śmieszne, bo jest tu tyle innych inicjatyw, które cel mają ten sam, ale się mniej szumnie nazywają).

Czy rdzenni mieszkańcy są introwertykami? Może. Czy ciężko jest się z nimi zaprzyjaźnić? Może.
Osobiście znam jednak tylko jedną osobę, która pochodzi stąd, statystycznie masz więc bardzo małe szanse, że się natkniesz na zimnego i niedostępnego Seattleita.
I ostatnia myśl - jak zawsze,  wszystko zależy od Twojego nastawienia. Jeśli nie będziesz chciał wyjść do ludzi i się przed nimi otworzyć, nie oczekuj, że zrobią to samo.

PS. Właśnie zauważyłam, że nasz bardzo dobry znajomy jest twarzą artykułu o Seattle freeze :p

3 komentarze:

  1. Bardzo ciekawy post. Freeze jest taki ... nie amerykański :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuje za pozdrowienia (to ja pytałem o ten cały Seattle Freeze)
    Dziękuje za wyczerpujący post, miło się czytało, jak każdy artykuł tutaj :)
    Jeżeli kiedyś wyemigruję do USA, to wybrałbym Seattle ( chociaż nie wiem z drugiej strony jak moja psychika zniosłaby szarówę pogodową, bo czasami mój nastrój jest zależny od pogody, od paru lat gorzej znoszę jesień i zimę )
    Przy okazji, mam na imię Tomek, pochodzę z małego miasteczka Żary koło Zielonej Góry (dawna siedziba Woodstocku :D )
    Mam 21 lat i chyba w końcu wybiorę się na studia (myślę pomiędzy filologią ang a informatyką)
    I mam wielką ochotę wyjechać z Polski bo mam już jej dość (no może poza Woodstockiem ;) )
    Pozdrawiam Was serdecznie jeszcze raz, miło Was się czyta :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Pozdrawiamy. Emigruj do Kalifornii, lepsza pogoda. ;)

    OdpowiedzUsuń