niedziela, 14 maja 2017

The Color Run

Od kiedy po raz pierwszy w maju 2013 dowiedziałam się o niesamowicie pozytywnym "The Color Run" - biegu na 5 kilometrów, podczas którego ludzie obrzucają się kolorowymi farbami, postanowiłam kiedyś w nim wziąć udział.

W tym przypadku "kiedyś" = 4 lata. W końcu ogarnęłam się na czas i zapisałam przed wyczerpaniem biletów. I choć tradycją jest, że akurat w dzień biegu pogoda była kiepska (jak ja to nazywam - typowe Seattlowskie "50 shades of grey" :P), to brak zapowiadanego deszczu uznaję na zwycięstwo.

A sam bieg był bardzo pozytywny - były jednorożce, piana i oczywiście dużo kolorów:) Coś jak hinduskie święto Holi, tylko w spandeksie;)  Polecam!




czwartek, 4 maja 2017

Czy w Seattle ciągle pada?

"O, jesteś z Seattle! Tam dużo pada, nie?" - niewiele jest lepszych sposobów na zdenerwowanie mieszkańca Seattle, niż zarzucenie tym stereotypem podczas konwersacji (jeśli zastanawiacie się, co innego jest na tej liście - niedobra kawa!).


Bo moi Drodzy, nieprawdą jest, że w Seattle statystycznie opady deszczu biją rekordy* w skali kraju. Według danych meteorologicznych z lat 1981-2010 średnia roczna ilość deszczu to 37.13 cala. Dla innych miast to przykładowo: Nowy York: 46.23 cala, Chicago: 39.04 cala, Baltimore: 40.72 cala.
(więcej danych np. tu: usclimatedata).

Żeby lepiej zobrazować, na poniższej ilustracji ciemniejszym zielonym oznaczono rejony z większą ilością opadów niż Seattle, a oliwkowym - z mniejszą.

Źródło: Brian Brettschneider
W stereotypach zazwyczaj znaleźć można jakieś ziarnko prawdy. W tym przypadku prawdą jest, iż razem z Buffalo, NY Seattle zajmuje niechlubne pierwsze miejsce na liście miast najbardziej zachmurzonych. Chmury pokrywają tu niebo przez około 84% roku, czyli mniej więcej 308 dni! Jeden komentarz - żeby zaliczyć dzień jako "pochmurny" określony procent nieba musi być zachmurzony i nie jest to 100% (nie znalazłam dokładnej wartości). Innymi słowy, jeśli jest słonecznie, ale nieco pochmurnie, dalej liczy się to jako zachmurzenie. 

Więcej ciekawych informacji znajdziecie tu: zachmurzenie w usa, a poniżej przykładowa mapa  z tego właśnie bloga z danymi ze stycznia.
Źródło: http://us-climate.blogspot.com/2015/03/average-cloudiness.html
Niestety brak słońca daje mocno w kość. Ludzie mają deficyt witaminy D, są markotni i senni. U mnie w biurze w zimie rozdają "szczęśliwe lampy" emitujące światło, które ma poprawiać nastrój. Nic dziwnego też, że marihuana jest w Waszyngtonie legalna, a kawa tak popularna ;) No i na Hawaje blisko!

Kolejna ciekawostka i niechlubne miejsce na podium dla Seattle - znalazłam ranking najbardziej ponurych miast i kolejny raz jesteśmy pierwsi (znów z Buffalo), hurrra...? Kryteriami oceny były: zachmurzenie, ilość opadów i ilość dni z opadami. Zainteresowanych szczegółami odsyłam tu.

No, to tyle:) Kto wie, może mój post pomoże zmniejszyć ilość oburzonych Seattleite'ów, dostających czkawki za każdym razem, gdy ktoś niesłusznie oskarża Seattle o bycie najbardziej deszczowym, zamiast najbardziej ponurym miastem;)

PS. Teraz pada :P

Po najsuchszym od wielu lat 2015 i przyjemnym 2016, 2017 nas nie rozpieszcza. Od października do kwietnia spadło prawie 45 cali deszczu. Jest to największa wartość zanotowana od 1895, kiedy to zaczęto zapisywać te dane!
Pamiętajcie jednak, że nieważne jak mocno leje - tylko turyści noszą parasolki ;)

wtorek, 4 kwietnia 2017

Przychodzi baba na manicure... - o salonach mani/pedi w Stanach (sic! ;))

Dziś tak na szybko i lekko, z cyklu "Ciekawostki".

Będąc w Polsce bardzo często słyszałam ludzi, którzy reklamowali/zachwalali coś, mówiąc, że "to ze Stanów", "tego się teraz używa w Stanach" etc. Pokuszę się o generalizację, że ludzie nieraz mają wrażenie, iż amerykańskie = lepsze.

Otóż nie, proszę Państwa (szok!).  Jako przykład podam niezbędnie ważną instytucję, jaką są salony mani/pedi;)
Salony manicure (nail spa, nail salon) są w 90% prowadzone przez Azjatki, które obsługują taśmowo po 10 klientów na raz (5 na manicure, 5 na pedicure). Tanie, jak na warunki amerykańskie, mam wrażenie, że stawiają na ilość a nie jakość, nierzadko pracując na starym (lampy LED, które parzą!) albo niesterylnym sprzęcie (daję słowo, że widziałam panią, która użyła tego samego pumeksu na pedicure 2 osób). 
Nie twierdzę, że wszystkie salony uprawiają takie praktyki i że wszystkie są złe, ale jakoś i komfort usług nijak się mają do tych, które otrzymywałam w Polsce. A cena przeważnie jest SPORO wyższa.

Ostatnio przypomniała mi się wizyta w salonie w Stalowej Woli i rozmowa z panią kosmetyczką, która polecała mi nowy typ manicure niedawno wymyślony w Stanach. Ambitna dziewczyna zapisała się na szkolenie i sprowadziła sypki lakier zza granicy. Tymczasem w Stanach w salonach nadal królują stare dobre lakiery tradycyjne albo żelowe.
Nieraz żartowałyśmy sobie z koleżankami, że specjalistki z Polski zrobiłyby tu oszałamiającą karierę.

Ciekawostka: Niedaleko we Fremont gabinet ma pani manicurzystka, która ponoć szkoliła się w Europie i przyjęła europejski model prowadzenia gabinetu (jedna klientka na raz). Słono każe sobie płacić;)

Podobnie zresztą ma się rzecz z salonami kosmetycznymi.  Do tej pory nie znalazłam jeszcze specjalistki, której ufam i do której wróciłam. No, może poza salonami do regulacji brwi metodą nitkową, jak na razie wrażenia super!

Dodam, że nigdy nie wybieram salonów losowo. Zawsze szukam opinii i recenzji i porównuję miejsca, które wyglądają obiecująco. W którymś momencie zaczęłam zastanawiać się, jakim cudem niektóre z nich mają tak wysokie oceny? "Kupione" pozytywne recenzje? A może po prostu polskie salony, po których czuję się jak bogini przyzwyczaiły mnie do innych standardów?:)

Ciekawa jestem, czy inne dziewczyny i panie mają podobne doświadczenia, a jeśli nie, koniecznie chcę dostać namiary na Wasze kosmetyczki;)

A poniżej zdjęcie z Yelpa typowego salonu mani/pedi:

zdjęcie z Yelp


niedziela, 26 marca 2017

O Seattle CityPASS - czyli jak taniej zwiedzić Seattle?

Seattle CityPASS to bardzo ciekawa opcja dla turystów, którzy chcą odwiedzić najpopularniejsze atrakcje w mieście i zaoszczędzić nieco $ na wejściówkach.
Jeśli jeszcze tego nie wiecie, Seattle to drogie miasto nie tylko dla mieszkańców, ale też (a może zwłaszcza) dla turystów. Wejście na Space Needle kosztuje $22 (dla dorosłego), do muzeum EMP, teraz zwanego Museum od Pop Culture - MoPOP - $25, do zoo $21. Drożyzna, prawda? Bilety dla dzieci są nieco tańsze, ale zniżek studenckich nie ma.



W ramach Seattle CityPASS, który kosztuje $79 dla dorosłego i $59 dla dziecka, zobaczyć można 5 atrakcji:
   1. Space Needle ($22)
   2. Seattle Aquarium ($25)
   3. Wycieczkę po zatoce Puget Sound z firmą Argosy Cruises ($27)
   4. MoPOP ($25) albo Woodland Park Zoo ($21)
   5. Ogród ze szkła Chihuly Garden And Glass ($22) albo Pacific Science Center ($22).

Patrząc na ceny pojedynczych biletów (w nawiasach), na zakupie passu zaoszczędzić można ponad $40 od dorosłej osoby.

Z 4. i 5. do wyboru jest tylko jedna opcja, ale posiadacze CityPASS na pozostałe atrakcje dostają zniżki.

CityPASS można kupić w każdej z wyżej wymienionych atrakcji. To książeczka, w której znajdują się bilety (nie wyrywajcie ich!) i kupony zniżkowe do restauracji czy sklepów. City Pass ważny jest 9 dni od pierwszego użycia.

Moim zdaniem jest to świetne rozwiązanie dla kogoś, kto ma czas tylko na "Seattle classics" albo nie chce bawić się w planowanie podróży i woli zdać się na sprawdzone żelazne punkty programu.
My zaopatrujemy w nie wszystkich naszych gości i często też dołączamy. Space Needle czy wycieczka z Argosy Cruises nie potrafią się znudzić:)

PS. Niestety nikt nie zapłacił mi za reklamowanie passu :D

niedziela, 12 marca 2017

Polonia w Seattle

Kiedy przyjechaliśmy do Seattle ponad 4 lata temu (sic!) moim pierwszym odruchem było szukanie kontaktu z tutejszą Polonią. Bez pracy, bez przyjaciół, w obcym mieście i z nadmiarem czasu wolnego łaknęłam kontaktu z wszystkim, co choćby trochę pachniało Polską ;)

W owym czasie większość Polek i Polaków, o których istnieniu wiedziałam, mieszkała na Eastside, po drugiej stronie jeziora Washington. Jako, że nie mieliśmy auta  (i hej, ciągle nie mamy i da się żyć!), godzinne podróże w jedną stronę na Eastside nie bardzo wchodziły w grę.
Zapisałam się na lekcje angielskiego, poznałam dużo dziewczyn nie-Polek i poza wizytami w Domu Polskim i polskim sklepie moje kontakty z Polonią ograniczały się z grubsza do małżeństwa z Pawłem.

No ale proszę Państwa, najwyraźniej przespałam gdzieś ostatnie 2 lata, bo okazuje się, że Polonia w Seattle się nam w tym czasie ładnie rozrosła i po tej stronie jeziora!

Żródło: http://www.polskatradycja.pl/folklor/regiony/lowicki.html

W tym miejscu chciałam gorąco pozdrowić Asię i wszystkich gości jej urodzinowej imprezy. Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam w jednym pomieszczeniu z tyloma Polakami! :)

Pomyślałam więc, że przygotuję listę miejsc/stron do odwiedzenia dla tych, którzy rozważają przyjazd do Seattle i którzy szukają kontaktu z Polonią:

  • Dom Polski - http://www.polishhome.org/ (strona mało reprezentacyjna, ale informacji masa!).
    Jeśli nie interesują Cię zajęcia dla dzieci czy warsztaty lepienia pierogów, to w piątki i niedziele funkcjonuje tu restauracja z najlepszą po tej stronie Atlantyku ogórkową i grzechu wartymi pierogami.
    Dom Polski to serce Polonii w Seattle, jeśli więc szukasz okazji do wolontariatu albo kontaktu, możesz zacząć tu. Albo...
  • Na facebookowej grupie Polki na Eastside i w Seattle. Gorąco polecam dołączyć, to kopalnia wiedzy i rewelacyjny sposób na poznanie dziewczyn w okolicy oraz innych grup polonijnych, które mogą Cię intresować (dla rodziców, młodych przedsiębiorców, etc). Znajdziesz tu wszystko, serio ;)
  • Polski kościół
  • Polski sklep "George's Sausage and Delicatessen", w którym, zanim przeszliśmy na częściowy wegetarianizm, zaopatrywałam się w najlepszą na świecie domowej roboty kiełbaskę, mniam mniam (i śledziki, i ser biały, i słodycze...)
  • Jeśli zatęsknisz za Polskim (albo europejskim piwem) zajdź do Euro Pubu. W tutejszych sklepach dostaniesz Żywiec, no ale szanujmy się trochę;) 
  • Sebi's Bistro - restauracja, do której wybieramy się od wieków, bo ma świetne recenzje i do której mam nadzieje w końcu dotrzemy :)
  • Nie zapominajmy o dwóch najważniejszych eventach: Festiwalu Polskim, który odbywa się w lecie w Seattle Center oraz Festiwalu Polskich Filmów (zazwyczaj w październiku). 
Jeśli o czymś zapomniałam, to proszę krzyczeć. [EDIT: Patrzcie w komentarzach!]

Chciałabym na koniec dodać jeden komentarz od siebie. Myślę, że gdybym teraz przyjechała do Seattle i wkręciła w towarzystwo Polonijne zupełnie nie miałabym ochoty szukać znajomości z nikim innym, bo tyle tu super ludzi. 4 lata temu tak nie było (a może po prostu nie wiedziałam, jak tych ludzi znaleźć?). Musiałam wyjść poza strefę komfortu i szukać przyjaciół z innych krajów i kręgów kulturowych. Otwarło mi to oczy (i kubki smakowe;)) na różnorodność regionu, w których mieszkam. I choć bywało ciężko, bo mało kto moją miłości do zup i ziemniaków rozumiał, to nie żałuję :)

PS. Tak, tak, żyjemy! Bardzo dziękujemy za wszystkie miłe słowa wsparcia i poparcia i zachęty do pisania bloga. Pisać zawsze lubiłam, tylko ostatnio trochę gorzej ze znalezieniem na to czasu.  A i tyle nowych interesujących blogów o tematyce około-Seattlowskiej się pojawiło, że mam kompleksy!