środa, 28 listopada 2012

O dziękczynieniu - Thanksgiving


Święto Dziękczynienia jest jednym z tych zupełnie u nas nieznanych, natomiast bardzo popularnych w Stanach. Analizując statystyki linii lotniczych (ilość sprzedanych biletów i ich ceny), można zaryzykować stwierdzenie, że zjedzenie indyka w gronie rodziny jest dla przeciętnego Amerykanina ważniejsze niż wspólne celebrowanie Bożego Narodzenia.

Skąd w ogóle ta tradycja? Nie ma pewności, co do jej pochodzenia, daty ani miejsca obchodów pierwszego Święta Dziękczynienia. Najbardziej popularna wersja opowiada o pielgrzymach, którzy na początku XVII w. uciekali z Anglii przed prześladowaniami na tle religijnym. Przybyli oni do Ziemi Obiecanej, do kolonii Plymouth na statku Mayflower około roku 1620. Wielu z nich zmarło w trakcie podróży, jeszcze więcej z głodu i zimna podczas srogiej zimy.
Ale rdzenni mieszkańcy Ameryki, Indianie, nie patrzyli bezradnie na trudną sytuację przybyłych. Jak tylko mogli, wspierali pielgrzymów - żywnością, skórami, radami. Rok później przybysze stanęli już na nogi. Po wyjątkowo udanych żniwach postanowili zorganizować dziękczynną ucztę, na którą zaprosili pomocnych Indian.

Jak łatwo się domyślić, Thanksgiving ma pozytywny wydźwięk tylko dla jednej ze stron tej historii. Z tego, co usłyszałam, dla wielu Indian dzień ten jest ich własnym Memorial Day, obchodzonym w poważnym i uroczystym a nie radosnym nastroju.  (Nic dziwnego)

A jak to się stało, że tradycja, która narodziła się w jakimś zapomnianym zakątku, stała się świętem państwowym? Idea dziękczynienia szybko rozprzestrzeniła się po całych Stanach,  nie było jednak ustalonego dnia obchodów.
W czasie wojny secesyjnej Lincoln stwierdził, że ustanowienie jednej, wspólnej daty, zjednoczy Amerykanów i umocni ich poczucie wspólnoty. Uczynił tym samym zadość prośbom pisarki Sarah Josepha Hale, która przez 40 lat prowadziła kampanię na rzecz ustanowienia Święta Dziękczynienia
świętem narodowym. Udało się. Od 1863 r. Thanksgiving obchodzone jest w całym kraju w ten sam dzień - zazwyczaj ostatni czwartek listopada (choć spostrzegawczy czytelnik może zauważyć, że w tym roku święto wypadło w przedostatni czwartek miesiąca).

Tyle o historii. Czas przejść do 'tu u teraz'.
Co można znaleźć na stole Amerykanina zasiadającego do świątecznej uczty? Oczywiście indyka! To najbardziej oczywiste skojarzenie. Do mięsa podać trzeba specjalny, słodki gatunek ziemniaka.
Poza tym grzechem byłoby nie upiec/kupić dyniowego ciasta i nie zagryzać go, popijając winem lub cydrem.

My świąteczny czwartek spędziliśmy u przyjaciół Adama. Nasi gospodarze są niesamowicie przyjemnymi ludźmi! Żeby odmalować Wam obraz święta, opowiem o nich co nieco. Marsha i Tony mieszkają W Kent w niedużym domu z ogrodem. Marsha jest chemikiem, pracuje dla Boeing a Tony jest na służbie w AirForce. Uwielbiają produkować rzeczy. Hodują warzywa i owoce, robią przetwory, alkohole (przywitali nas przepysznym dyniowym piwem własnej produkcji!), mydła czy sery (Tony ma włoskie korzenie, jest więc ekspertem od serów i jak sam powiedział - mógłby kłaść ser na ser, żeby było jeszcze smaczniej;)). Bardzo przyjacielscy, 'swoi' i z poczuciem humoru. No i dobre jedzenie robią - czego chcieć więcej?
Spędziliśmy wieczór jedząc, pijąc (znakomite piwa, mniam mniam! Seattle i okolice słyną z małych i dobrych browarów), trzymając się za brzuchy i rozmawiając.
Dla nas sporą 'ciekawostką' był fakt, że Tony jest w wojsku od 17 roku życia i łącznie 6 lat spędził, tułając się 'od wojny do wojny' - Kuwejt, Afganistan, Irak.

A co było do jedzenia?
Oczywiście indyk, który już się dopiekał, kiedy dojeżdżaliśmy. Zapamiętajcie sobie - nie staniecie się prawdziwymi Amerykanami, dopóki nie kupicie specjalnego termometru do mierzenia temperatury pieczonego indyka!
Jako, że większość gości była pochodzenia polskiego (Paweł, Robert, Adam i ja, poza Marshą i Tonym była jeszcze siostra Marshy, Ashley), nie zabrakło polskich potraw!
Adam przygotował bigos, jajka z majonezem (specjalność firmowa:P) i kabanosy z pikantnymi buraczkami, a ja dzień wcześniej przez 8h robiłam pierogi;) 150 tym razem!
Poza tym była zapiekanka chlebowo-ananasowo-serowa (grzanki obsypane ananasem z puszki i serem, zapieczone), wspomniane słodkie ziemniaki, specjalny sos do indyka, żurawina, zielona sałata z boczkiem polana ciepłym sosem, którego nie umiem opisać, zielona fasolka, coś w rodzaju prażonej bułki tartej z dodatkami (dobre!),  ciasto dyniowe i sernik (zupełnie inny niż w Polsce).
Całkiem sporo;) Nie muszę mówić, że każdy dostał wałówkę na drogę;)

Nasze pierwsze Święto Dziękczynienia w życiu było bardzo udane, bez dwóch zdań. Na
wskroś amerykańskie, mimo polskich potraw i polskich gości, zupełnie nowe, było nie lada atrakcją;) Czułam się trochę, jak w amerykańskim filmie. Co by nie mówić, do tej pory obrazki takie jak indyk na stole i mowa dziękczynna biesiadników trzymających się za ręce, widzieliśmy tylko w TV.

Na tym zakończę mojego posta. Lecz to jeszcze nie koniec:) Bo tym, co kojarzy się ze Świętem Dziękczynienia, jest również Black Friday.
O tym w następnym odcinku!


Zapomnieliśmy aparatu, więc tym razem tylko parę zdjęć z telefonu.

środa, 21 listopada 2012

O złamanym palcu i kosztach opieki medycznej w USA

Zgadza się. Chodziłem po domu, przywaliłem stopą w futrynę i złamałem jeden z palców u nogi. 25 lat czekałem na pierwszą złamaną kość, nie z jakimś szczególnym utęsknieniem...

Złamany palec to uraz z którym najczęściej nie robi się nic. Z drugiej strony bywają sytuacje, gdy zrośnie się źle i trzeba go wtedy jeszcze raz złamać i porządnie nastawić. W związku z tą ponurą perspektywą, gdy po kilku dniach nie zauważyłem żadnej poprawy, udałem się do lekarza.

Wydaje mi się, że jest to dobra chwila, aby spróbować opisać jak wygląda tzw. sprywatyzowana służba zdrowia. Oprócz suchych faktów przedstawię trochę liczb.

Większość osób w USA ubezpiecza się sama, gdzie chce, podobnie jak my w Polsce robimy z samochodem. Jakiś procent jest ubezpieczany przez państwo (inwalidzi czy osoby po 65 roku życia), a reszta po prostu nie ma ubezpieczenia.

Ci opłacani przez państwo to głównie tzw. Medicare. Przeznacza się na to część składek na ubezpieczenie społeczne. Haracz odlicza się wszystkim co miesiąc z wypłaty, jak w Polsce.

Ci którzy ubezpieczają się sami mogą wybrać jednego z wielu ubezpieczycieli. Agencje ubezpieczeniowe sprzedają pakiety zdrowotne jak każdy inny produkt: klient decyduje jaki zakres ubezpieczenia chce dostać. Im zakres większy, tym cena wyższa. Ciekawe są również tzw. portfele zdrowotne. Działa to jak konto bankowe, ale pieniądze z niego można wydawać tylko na opiekę medyczną. Do takiego portfela trafia część wypłaty, najczęściej przed podatkami, a więc można w ten sposób obniżyć swój podatek dochodowy, zwłaszcza gdy człowiek spodziewa się regularnych wydatków na zdrowie.

Co do nieubezpieczonych, to albo ich nie stać, albo nie podlegają, bo np. przebywają w kraju nielegalnie. Na szczęście nie jest tak, że pozbawieni opieki padają jak muchy i zalegają na ulicach. Po pierwsze i najważniejsze: żaden szpital w USA nie może odmówić pomocy w razie zagrożenia życia. Po drugie, są kliniki i przychodnie które obsługują takich pacjentów, najczęściej dostosowując cenę do ich dochodów. Często za tą samą usługę ubezpieczony zapłaci dużo więcej niż nieubezpieczony.

Choć znam zasady tylko jednego pakietu medycznego, swojego, to większość spośród nich opiera się na podobnym schemacie. Nic mi nie wiadomo na temat tajemnicy służbowej dotyczącej tzw. benefitów, ale na wszelki wypadek będę posługiwał się liczbami orientacyjnymi.

Po pierwsze płaci się comiesięczną składkę. Osoba samotna, ubezpieczająca tylko siebie płaci pięciokrotnie mniej niż ktoś wciągający do ubezpieczenia także żonę lub dzieci. Składka samotnika to 30$.

Do tego płaci się za korzystanie z opieki medycznej, czyli za wizyty u lekarza, operacje, badania, za leki. W ciągu roku, ubezpieczony najpierw płaci za wszystko 100% z własnej kieszeni. Dzieje się tak aż do osiągnięcia tzw. deductible w wysokości, np. 1000$. Dopiero potem do płacenia włącza się ubezpieczyciel. Przez następne 2000$ za 90% każdej usługi płaci agencja, a za pozostałe 10% ubezpieczony. Po osiągnięciu limitu pałeczkę przejmuje ubezpieczyciel i do końca roku płaci już za wszystko. W cenę ubezpieczenia wliczona jest prewencja (wizyty u lekarza i badania czy ginekolog) oraz okulista (badania, okulary, soczewki, ale z limitem rocznym). Opcjonalnie, można zaopatrzyć się w ubezpieczenie stomatologiczne. Firma ubezpieczeniowa dopłaca wtedy do każdej wizyty u dentysty ale są limity roczne, a nawet limity na całe życie.

Na podsumowanie rachunek z mojej wizyty u doktora. Za spojrzenie na palec, za potwierdzenie (bez rentgenu), że palec najpewniej złamany, za rady, które Basia wcześniej znalazła mi na Google i za badanie przedwstępne (temperatura, ciśnienie, ważenie, mierzenie): 134$ (cena dokładna). Tyle zapłaciłem ja, rachunek wystawiony ubezpieczycielowi wyniósł 257$.

EDIT: Uważny czytelnik, Miriam, zapytała czemu nie zapłaciłem całej kwoty (257$) skoro jestem w okresie przed deductible. Bardzo dobre pytanie, już odpowiadam! Otóż, placówka medyczna (szpital, przychodnia) wysyła rachunki ubezpieczycielowi. Sęk w tym, że wystawiony rachunek (257$) to jedno, a rynkowa cena usługi (134$) to drugie. Ubezpieczyciel zna statystyczny koszt wszystkich zabiegów w danym rejonie i nie chce płacić więcej niż powinien.

Sytuacja numer jeden: placówka medyczna ma umowę z ubezpieczycielem. Po co? Choćby dlatego, że ubezpieczyciel będzie polecał ją klientom. Klienci najczęściej płacą mniej w placówkach zrzeszonych. W moim przypadku przychodnia miała podpisany kontrakt. Choć rachunek wyniósł 257$, z kontraktu wynika, że za taką usługę ubezpieczyciel zapłaci 134$ i taki koszt przeszedł na mnie.

Druga sytuacja jest wtedy kiedy placówka nie ma umowy z ubezpieczycielem i wystawi kosmiczny rachunek. Może się zdarzyć, że ubezpieczyciel na podstawie swojej wiedzy zaprotestuje, ale nie wiem czy to się zdarza i jak wygląda proces.

Generalnie wynika z tego, że są jakieś metody trzymania rynkowych cen w ryzach. Ale nie działają zbyt dobrze. Uważa się, że koszty opieki zdrowotnej w USA są grubo przesadzone. Poniżej kilka przykładów (ceny średnie z 2011 roku):
  • rezonans magnetyczny: 1080$
  • tomografia: 500$
  • dzień w szpitalu: 4000$
  • średni koszt całego pobytu w szpitalu: 15000$
  • cesarskie cięcie (za pobyt w szpitalu i procedurę): 14300$
No i 134$ za wizytę u lekarza w 2012, na moim przykładzie. :)
--> Porównanie międzynarodowe 2012

Przynajmniej szpitale nie bankrutują. :)

poniedziałek, 12 listopada 2012

niedziela, 4 listopada 2012

Picie w USA



Amerykanie pasjonują się nie tylko tym co jedzą (wrócę do tego innym razem), ale też tym co piją, w tym alkoholem. W Polsce alkohol pije się często, najczęściej dla "fazy", czasem dla "ceremonii" (z jakiejś okazji). W USA ludzie wydają się pić rzadziej i raczej jako dodatek a nie danie główne, nie praktykuje się picia dla samego picia. Takie podejście do procentów powoduje lawinę różnic, postaram się o nich opowiedzieć.

Kiedy traktujesz alkohol jak coś z działu "jedzenie", to zaczynasz eksperymentować ze smakiem zamiast się upijać. Ludzie pytają się często jakie piwo lubię, a w odpowiedzi nie oczekują marki - oczekują rodzaju. Padają określenia takie jak lager, ale, stout albo "piwo belgijskie". Do tego wynalazki takie jak cider, piwo dymione czy piwa ziołowe. Stojąc przy piwnej lodówce w sklepie czuję się zagubiony. Idąc do sklepu w Polsce bierze się Tyskie albo Lecha i maszeruje do kasy. Tutaj lodówka z piwem będzie najczęściej większa i znacznie bardziej urozmaicona. Zwykle wybieram po prostu to, co ma ładną etykietkę.

Wydaje się, że polski naród z wielką dumą chwali się swoim piwem niewiele o piwie wiedząc. Ilu w Polsce traktuje wyspecjalizowane piwne bary serwujące dziesiątki gatunków jako coś więcej niż atrakcję turystyczną? Ale... Nie tylko piwem tu żyją. Mnóstwo wina (wina to i w Polsce pod dostatkiem), whisky. Nie wspominam wódki. Nie po to uciekałem przed nią z Polski, żeby o niej pisać. Alkohol, zarówno w knajpach jak i sklepach, jest w przystępnej cenie. Ostrzę powoli zęby na dwa litry Jacka Danielsa. :)

Po grzecznym wstępie pora na akapit o tych, co upijają się po polsku - amerykańskich studentach. Dla takich jak oni też znajdą się atrakcje. Najbardziej w pamięć zapadły mi tzw. sake bombs. Widzieliśmy je w akcji w japońskiej restauracji z sushi. Nasi znajomi zabrali nas tam na wieczorny wypad do centrum z miasta. Przyszłoby Wam do głowy, żeby pić w susharni? Sake bomb to shot z sake (japońska wódka z ryżu) + piwo. Napełniasz kufel piwem, a potem napełniasz kieliszek do shotów sake. Na kuflu kładziesz dwie pałeczki (te do jedzenia), a na nich shota. Pałeczki rozstawia się na tyle szeroko, żeby kieliszek prawie wpadał do kufla. Po takim przygotowaniu wali się obiema pięściami w stół aż shot wpadnie do kufla. Całość zaczyna się wtedy bardzo pienić i zwyczajowo spija się to jednym haustem. Ciekawe czy da się w Polsce kupić takie tylko robione z wódki? Podejrzewam, że efekt będzie taki sam, polecam sprawdzić na jakiejś domówce. :)

Amerykańscy studenci spijają się kreatywnie, grając w alkoholowe gierki. Jak już mówiłem, nie pije się dla samego picia, trzeba robić coś oprócz. Nasz Anthony opowiedział mi o grze w "pstryknij kufel" (flip cup). Tutaj mała dygresja: w USA często pije się z plastikowych kufli a nie z puszki czy butelki. Co więcej, na imprezie podpisuje się swój kufel żeby nikt inny z niego nie pił. Robert był zszokowany, jak zobaczył tubylców maziających po kubkach flamastrami. :) Wracając do gry... "Pstryknij kufel" to dwie drużyny w dwóch rzędach przy stole. Na stole kufle napełnione piwem. Pierwsza osoba w rzędzie wypija jak najszybciej całe piwo, a potem ustawia kubek na skraju stołu i pstrykając go palcem próbuje sprawić, żeby ten obrócił się i wylądował drugą stroną na blacie. Potem do roboty bierze się druga osoba w drużynie. Pierwsza drużyna, w której każdy wypił swój kufel wygrywa. Widać już chyba tendencję do picia alkoholu na kufle a nie na łyki. :)

Inna gra, w którą udało nam się zagrać pewnego wieczoru u Adama, to "puchar króla" (king's cup). Na stole kładzie się pusty kufel. Grający siadają dookoła stołu z własnymi kuflami wypełnionymi ulubionym alkoholem. Dookoła centralnego kufla rozsypuje się karty tak, żeby tworzyły nieprzerwany okrąg. W swojej turze gracz wyciąga jedną z kart. Jeżeli przerwie okrąg, pije (jednostka nie jest określona - pije się tyle na ile ma się ochotę). Oczywiście im dłużej się gra, tym trudniej wyjąć kartę bez przerywania okręgu, ale to jeszcze nie koniec. Po wyjęciu karty patrzy się na jej symbol i wykonuje pewną akcję zgodnie z poniższą listą:

  • 2 - is for you, czyli gracz wskazuje kto ma się napić,
  • 3 - is for me, czyli gracz pije,
  • 4 - to the floor. Pije ten kto ostatni dotknie podłogi,
  • 5 - is for guys, czyli piją faceci,
  • 6 - is for chicks, czyli piją kobiety,
  • 7 - to the heaven. Pije ten kto jako ostatni podniesie rękę,
  • 8 - is for mate. Gracz wybiera towarzysza z którym będzie pił już do końca gry, co oznacza że zawsze gdy pije gracz, towarzysz robi to samo,
  • 9 - bust a rhyme. Gracz wybiera słowo, a potem wszyscy dookoła, jeden po drugim, mówią słowo które rymuje się z tym pierwszym. Ten komu zabraknie rymu pije,
  • 10 - is for categories. Gracz wybiera kategorię (np. marka samochodu) i wszyscy dookoła stołu wymieniają rzeczy z wybranej kategorii. Ten komu zabraknie pomysłu pije,
  • J - introduces a new rule. Gracz wprowadza nową zasadę, która obowiązuje już do końca gry. Nie wiedzieć czemu, popularną zasadą jest zdejmowanie ludzika z kufla. Przed każdym piciem wykonuje się ruch jakby zdejmowało się miniaturowego człowieka ze skraju kufla, a kto zapomnie, pije podwójnie. Inny przykład to faceci tańczący Gangnam Style przed każdym piciem (i znów kto zapomnie pije podwójnie). BTW. Gangnam Style to koreańska popowa piosenka, która jest tutaj teraz bardzo popularna (posłuchaj),
  • Q - questions. Gracz może w dowolnym momencie zadać pytanie innemu. Jeżeli tamten odpowie, będzie pił. Taki pytający przyczajony tygrys, ukryty smok,
  • K - rulemaster. Po pierwsze wprowadza się nową regułę, jak opisałem już wyżej. Po drugie gracz dolewa swojego alkoholu do kubka na środku stołu, gdzie z każdym wyciągniętym królem miksują się różne napitki (piwo, wino, whisky z colą...). Czwarty król kończy grę a osoba która go wyciągnie spija cały kubek ze środka stołu,
  • A - waterfall. Wszyscy, włącznie z graczem piją. Pije się dopóki gracz nie odstawi kufla. Dopiero wtedy kolejny przy stole może odstawić kufel. A potem kolejny i kolejny... W efekcie ci najdalej od aktualnego gracza kończą najpóźniej, stąd nazwa - wodospad.

I tyle, cała gra w pigułce. Polecamy na nudną imprezę bez gier planszowych! :P Grając nie mogłem odpędzić się od jednej myśli. W king's cup aby pić trzeba przegrywać! Picie w tej grze jest konsekwencją zrobienia czegoś źle, co jest strasznie nienaturalne i wbrew polskiej naturze. :) Myślę, że w polskiej grze piłoby się w nagrodę, a tutejsze podejście to kolejny efekt braku picia dla samego picia.

Co z jazdą po piwie czyli tzw. DUI (driving under influence)? Prowadzenie po alkoholu, tak w Polsce tępione, tutaj jest narodową tradycją. 0.8 promila, tyle można mieć we krwi legalnie. Dla porównania, w Polsce jedynie 0.2. Tu nikogo nie dziwi wsiadanie do auta po jednym czy dwóch piwach, coś co u mnie wciąż jeszcze wzbudza uczucie niepokoju. Jadąc na imprezę wyznacza się kierowcę, ale nie musi on rezygnować z alkoholu - po prostu pije mniej.

Ostatnią różnicą którą wspomnę są knajpy i kluby. Praktycznie wszystkie bez wyjątku są zamykane między pierwszą a drugą w nocy, niezależnie od tego czy jest weekend, czy środek tygodnia. Przyczyną jest prawo (stanowe?), które zabrania sprzedaży alkoholu w godzinach nocnych. Widocznie prowadzenie knajpy bez alkoholu po północy jest nierentowne.

czwartek, 1 listopada 2012

Najswiezsze wiesci prosto z Lower Queen Anne!


W nowym mieszkaniu nie mamy jeszcze internetu, okoliczności sprzyjają więc uzupełnianiu bloga.
Tak, przeprowadziliśmy się! Proces ten był bardzo bolesny (dosłownie i w przenośni), ale w koncu mamy go za sobą. Wczoraj(30.10) spędziliśmy pierwszy wieczór i noc na swoim!

Przeprowadzka i rzeczy z nią związane zajmowały większość naszego czasu: codziennie czatowaliśmy na oferty ładnych mebli w dobrej cenie, przeglądaliśmy katalogi Ikei czy innych sklepów, robiliśmy listę zakupów, kombinowaliśmy z najlepszą opcją wypożyczenia samochodu, itp.
Gorączka trwała od czwartkowego popołudnia, kiedy to podpisaliśmy umowę. Dostaliśmy klucze i pozostało już 'tylko' umeblować nasze gniazdko. Na pierwszy ogień poszedł salon. Wypatrzyliśmy ładne meble na craigslist i amazon for sale (serwisy z ogłoszeniami) i Pawel z Anthonym pojechali po nie w czwartkowy wieczór wypożyczonym vanem. Zipcar, czyli system do wynajmowania samochodów mógłby być tematem na osobnego posta. W każdym razie, byłam mocno zdziwiona, kiedy zobaczyłam, że żeby otworzyć samochód wystarczy wpisać specjalny pin w telefonie (nie ma w ogóle kluczyków), a żeby aktywować usługę, należy przyłożyć telefon z kodem do czytnika przy
wycieraczce wynajmowanego auta. Ciekawe;)

Nie będę tu opisywać wszystkich przygód i przeszkód na naszej drodze do własnego mieszkania, jak np. tego, że człowiek, od którego odkupiliśme meble, zatrzasnął drzwi od zewnątrz i nie dało się wejść do jego domu, albo że nowa sofa była tak szeroka, że wnosiliśmy ją przez chaszcze i balkon.
Żeby ten post nie był za nudny, nie będę też rozpisywać się o sobotniej wyprawie do Ikei kolejnym wypożyczonym vanem (Paweł pierwszy raz jechał automatem;)), spędzonych tam 6 godzinach, koszykach przepełnionych zakupami i wielkim rachunkiem do zapłacenia. Nie będę też się rozwodzić nad tym, że w wanie były miejsca dla 2 pasażerów, dlatego zostałam nielegalnie podrzucona na przystanek w części towarowej samochodu, a następnie, po 20 minutach czekania w deszczu na autobus, spędziłam w nim kolejną godzinę. W tym czasie panowie wypakowywali swoje zakupy.
....
( ciąg dalszy - 1.11.2012 )
Ostatecznie, mieszkanie na Capitol Hill opuściliśmy we wtorek. Do tego czasu wysprzątaliśmy i wymyliśmy co się dało, poskręcaliśmy meble i zdążyliśmy posprzeczać się o ich układ;) Finalny efekt jest bardzo zadowalający. Mamy dużo miejsca dla gości, piękny widok z balkonu i ... kolibry! Wczoraj widziałam pierwszego, nie miałam pojęcia, że żyją w Seattle!

Cóż jeszcze mogę powiedzieć? Jest nam tu dobrze:) I choć ciągle nie skompletowaliśmy wszystkiego, korzystamy z dobrodziejstw amazon.com i powoli gromadzimy dobytek:)
Oczywiście - zdjęcia!
(większość robiona telefonem, więc wybaczcie kiepską jakość)

Na fotografiach również japoński ogród w Seattle, który mnie zachwycił i nasze last-minute Halloween. W ferworze przeprowadzki zupełnie nie myśleliśmy o obchodzeniu tego, jakże popularnego tu, święta. Ale że dostałam wczoraj darmową dynię, grzechem byłoby jej nie zmaltretować!

PS. Internetu ciągle raczej nie mamy niż mamy. Powinno się to zmienić w poniedziałek.
PS.2. Nie do wiary, że jesteśmy tu już ponad miesiąc!