sobota, 29 sierpnia 2015

Kolorowanki dla dorosłych

Niedawno świętowałam swoje urodziny. Wśród prezentów znalazłam masę rzeczy, które uwielbiam, ale dziś chciałam opowiedzieć o dwóch. Takich, które działają jak wehikuł czasu.

Pierwsza to kredki Progresso, jedno z największych marzeń mojego dzieciństwa. Pamiętam, że zobaczyłam je po raz pierwszy u moich kuzynek, będąc jeszcze w podstawówce i od razu zakochałam się w ich nasyconych kolorach i oryginalnej fakturze. Po 20 latach mam je na własność, dzięki Mamo i Tato!:)


Druga, to wspomniana w tytule kolorowanka dla dorosłych.

Kolorowanki dla dorosłych to koncept dla mnie nowy. Okazuje się jednak, że od dość dawna szturmują listy bestsellerów - w pierwszej 10 najlepiej sprzedających się książek na Amazonie są aż dwie!

Czytałam tu i tam o tym fenomenie; wszyscy zastanawiają się, skąd bierze się ta popularność a potem zgodnie dochodzą do wniosku, że kolorowanie jest bardzo relaksujące i ma działanie terapeutyczne.
Nie chodzi tylko o nostalgię i siedzenie z kredkami w rękach jak za dawnych, dobrych lat, ale o spędzenie paru chwil z dala od telefonu, komputera, malując co tam komu w duszy gra i wyciszając się na parę chwil.
Pod tym podpisać się mogę rękami i nogami. Dawno już nie kładłam się spać tak zrelaksowana jak po parunastu minutach kolorowania (moimi wspaniałymi kredkami Progresso, na na na na!!!!).

Dużo detali i bogate wzornictwo to klucz w projektowaniu malowanek dla nie-dzieci

Nic dziwnego, że malowanki szturmują rynek Amerykanów, którzy są jedną z bardziej zestresowanych nacji.

Jeszcze w  ramach ciekawostki - czytając o malowankach, natknęłam się na artykuł opisujący badania z lat 60, których teza brzmiała mniej więcej: dzieci, które nie miały możliwości bawić się i spędzać czas na dziecięcych aktywnościach częściej wyrastały na psychopatów. Także tego.

Ciekawostka 2: George R. R. Martin najwyraźniej też polubił kolorowanki i zapowiedział powstanie jednej ze świata GoT. Kupcie dużo czerwonej kredki:P

Kolorowanki mają też pobudzać kreatywność, ale tego jeszcze potwierdzić nie jestem w stanie, choć moje zestawienia kolorów można nazwać kreatywnymi:P


Egzemplarz, który posiadam to "Secret Garden - An Inky Treasure Hunt and Coloring Book" i z czystym sumieniem gorąco polecam wszystkim. Jeśli nie dla zabicia stresu, to po prostu jako przyjemną rozrywkę na nadchodzące długie jesienne wieczory:)
I kredki Progresso też!

[Czy jestem ostatnią osobą na świecie, która dowiedziała się o istnieniu kolorowanek dla dorosłych? Jestem dość na bieżąco z nowinkami technicznymi, amerykańskimi ploteczkami czy kolejnymi wtopami Trumpa, bo tymi wiadomościami bombardowana jestem non stop w pracy, autobusie, sklepie, etc. A takie perełki mi umykają!


Myślę sobie, że to głównie przez brak "Wysokich Obcasów", "Zwierciadła" czy innych czasopism, którymi się zaczytywałam w Polsce i w których znajdowałam przeróżne skarby. Może poleci mi ktoś jakiś wartościowy amerykański odpowiednik?
Uprzedzając pytania, wersja elektroniczna wcześniej wspomnianych czasopism mnie nie kręci, po całym dniu pracy nie mogę już patrzeć na żaden ekran.]

wtorek, 11 sierpnia 2015

Wzdłuż wybrzeża Oregonu czyli przepis na niezapomniane 3 dni

[Huh, właśnie zauważyłam, że tego posta piszę już od miesiąca. A tu już wróciliśmy z kolejnego wyjazdu, z którego zdjęciami chcę się podzielić!]

Wszystkich, których nie zanudziły jeszcze nasze zachwyty nad wybrzeżem Oregonu zapraszam na krótką fotorelację z wyjazdu.
4 lipca czyli amerykańskie Święto Niepodległości wypadło w tym roku w sobotę, ale na szczęście dostaliśmy wolne w piątek i długi weekend nie był zagrożony:)


Wyruszyliśmy w czwartek po pracy, żeby jeszcze tego samego dnia dotrzeć do Astorii, uroczego miasta już w Oregonie (Oregon to stan sąsiadujący z naszym Waszyngtonem od południa).
W motelu dostaliśmy świetną broszurkę "Oregon Coast mile by mile". Wyprawę mieliśmy już zaplanowaną, ale w tym mini-przewodniku znaleźliśmy parę perełek. Jak sama nazwa wskazuje, jest to lista ciekawych miejsc wzdłuż wybrzeża. Gdyby tak chcieć zatrzymywać się przy każdym z nich, pewnie trzeba by na podróż tydzień, albo i dwa. My mieliśmy trzy dni;)
W każdym razie, gdziekolwiek byście nie nocowali, postarajcie się dorwać tą gazetkę, bo warto się nią posiłkować.

W piątek zaraz po śniadaniu ruszyliśmy na nasz roadtrip właściwy. Przejechaliśmy przez Astorię, zachwycając się po drodze charakterystycznym mostem Astoria Megler Bridge, łączącym Waszyngton i Oregon. Nie zatrzymywaliśmy się jednak nigdzie, ale uparcie kierowaliśmy na zachód w stronę naszego pierwszego przystanku - Parku Ecola. Znajdujący się tam punkt widokowy to miejsce, w którym zazwyczaj miłość do wybrzeża się zaczyna.

Punkt widokowy w Ecola State Park
 Z jednej strony rozciera się widok na Crescent i Cannon Beach - dwie piękne piaszczyste plaże. Z drugiej, jeśli się przypatrzyć, zobaczyć można wystającą z oceanu skałę a na niej latarnię morską. Myślę sobie o tych, którzy w tej latarni mieszkali, tak daleko od lądu, na kawałku kamienia, o który co chwile rozbijają się z hukiem fale i zastanawiam się, co owych latarników skłoniło do wybrania takiego żywota?

Widzicie latarnię tam w tyle?
Ale ja nie o tym!
Mam dla Was jedną pro-tip: ze wspomnianego punktu widokowego koniecznie przejdźcie się na krótki spacer na Crescent Beach. Jest duuużo mniej popularna od sąsiedniej Cannon Beach, a moim zdaniem dużo piękniejsza! Możliwe, że właśnie z powodu jej niedostępności i braku tłumów (nie da się dojechać autem, szok:P)

Crescent Beach





Cannon Beach jest turystycznym "must see".  Nie wiem czemu, może  z powodu charakterystycznej skały zwanej "Haystack Rock" czyli "Kopcem Siana".

Cannon Beach z Haystack Rock


... ale Crescent Beach podobała mi się bardziej:)

Następny dłuższy przystanek zrobiliśmy przy Cape Maeres, ale po drodze dość często zatrzymywaliśmy się, kiedy tylko zobaczyliśmy coś interesującego. Punkty widokowe leżą prawie co krok. Chyba tak właśnie trzeba podróżować wzdłuż wybrzeża, z planem mniej więcej zarysowanym, ale pozwalając sobie na nieplanowane przystanki.
Acha, kolejny pro tip: praktycznie przez większość czasu nie ma tam zasięgu, więc weźcie to pod uwagę, jeśli polegacie na wyjazdach na dostępności internetu.

Octopus Tree

Na Przylądku Maeres odwiedziliśmy kolejną latarnię morską i "Octopus Tree" czyli drzewo przypominające ośmiornicę. To miejsce warte jest zobaczenia głównie z powodu sąsiedztwa z przeuroczym miasteczkiem Oceanside. Jeśli macie chwilę, koniecznie zajedźcie tam na kawkę. Nam się nie udało:(

Resztę dnia spędziliśmy w korku, zmierzając w stronę naszego hotelu, za to sobota dostarczyła nam super wrażeń. Odwiedziliśmy dwie "diabelskie" atrakcje. Devils Punchbowl to kolejna skalna formacja, przypominająca wielką miskę, do której z hukiem wlewają się wody Pacyfiku (podczas przypływu, bo kiedy jest odpływ jest to po prostu imponująca dziura;))
Devils Punchbowl



Paręnaście mil dalej znajduje się Devils Churn korytarz skalny, o który rozbijają sie fale, tworząc fontanny wody.



Wisienką na torcie była jednak wizyta przy Thors Well i Spouting Horn. Obraz jest wart tysiąca słów, a więc patrzcie:
(Blogger skompresował filmik i jakość nie jest rewelacyjna, ale i tak warto zobaczyć!)

video



Gorąco polecamy:)

Latarni morskich nigdy za wiele - zatrzymaliśmy się więc przy jednej z nich w Yaquina (jeśli dobrze pamiętam, jest to najwyższa latarnia) i ku naszej radości jako bonus udało się nam popodglądać wylegujące się niedaleko i baraszkujące w wodzie foki. Zawiedliśmy się okrutnie, że nie udało się na zobaczyć ani pół wieloryba...








... więc na pocieszenie pojechaliśmy do Sea lion caves czyli jak sama nazwa wskazuje - jaskini lwów morskich. Za ciężkie pieniądze można tam(z zatkanym nosem, bo co jak co ale te zwierzęta najpierw czuć a potem widać) zjechać windą do wykutego w skale korytarza z tarasem otwierającym się na wielką jaskinię wypełnioną lwami morskimi.


Zanim zrobiło się całkiem ciemno i zimno odwiedziliśmy jeszcze wydmy w okolicach miasta Florence. Nie były tak imponujące jak te w Dolinie Śmierci, ale i tak bieganie i zabawa w piachu sprawiła nam sporo frajdy;)



A potem to już tylko musieliśmy dojechać do Eugene, gdzie mieliśmy nocleg i skąd nazajutrz ruszyliśmy w drogę do domu autostradą I-5. Zaliczyliśmy krótki przystanek w Portland na zdecydowanie przereklamowane Voodoo donuts.

Zważywszy na to, jaki dystans pokonaliśmy w ciągu tych trzech dni i ile na dodatek udało się nam zobaczyć, to przyznać muszę, że nasza wycieczka była dość wyczerpująca. Jak jednak wielokrotnie podkreślam, dni wolne od pracy to w Stanach towar luksusowy, więc zawsze staramy się zobaczyć jak najwięcej. I bez wahania poleciłabym taką trasę wszystkim, którzy tak jak i my nie mieli za wiele czasu, a chcieliby zobaczyć przepiękne wybrzeże Oregonu.

Gdybym miała podsumować ten wyjazd w jednym obrazku, zdecydowałabym się na ten:


:)

niedziela, 2 sierpnia 2015

Air Show po raz pierwszy

Jedną z flagowych imprez letnich w Seattle jest Seafair. Jest to trwający ponad miesiąc festiwal, wypełniony przeróżnymi atrakcjami, typu: koncerty muzyczne, zawody sportowe, wyścigi wodolotów. Na czas festiwalu przybijają też do portu okręty wojenne  udostępnione do zwiedzania, a na mieście pojawia się pełno żołnierzy paradujących w mundurach przeróżnych służb. A za nimi, oczywiście, panny sznurem:P
O Seafair napiszemy jeszcze kiedyś pewnie więcej, dziś mamy dla Was zdjęcia z jednej z bardziej popularnych atrakcji, jaką są pokazy lotnicze nad Jeziorem Waszyngtona. W końcu udało się nam wybrać, ha!

(zdjęcia takie różnokolorowe, bo pogoda fikuśna;/ a przyznaję bez bicia, że nie chce mi się pół dnia siedzieć, żeby je wszystkie obrobić. Twin Peaks czeka!)

Na pierwszy ogien solo w wykonaniu Jeta Lear 24



Po nim Breitling Jet Team narobili masę hałasu i dymu = tłum zachwycony.











Był też i F22 - najgłośniejszy, a więc Pawła ulubiony. Muszę przyznać, że człowiek czuje się jakoś nieswojo, kiedy ten potwór leci w jego stronę. Nogi jakoś się rwą do ucieczki:P






Pokaz odbywał się nad jeziorem, najlepsze miejsca widokowe były więc na łódkach. Tu impreza trwała w najlepsze. Muzyka była wystarczająco głośna, żeby ludzie po obu stronach ją słyszeli :P
Brawa dla didżeja za puszczenie sountracka z Top Gun do pokazu Blue Angels! :D



A oto i gwiazdy występu czyli Blue Angels. Piloci, którzy szczycą się tym, że każdego, kto wsiądzie z nimi do samolotu pozbawią przytomności albo doprowadzą do wymiotów;)

Show dali imponujący!



Prawie się dotykali!





A tutaj manewr polegający na tym, że dwa odrzutowce lecą prosto w swoją stronę i w ostatniej sekundzie oba uskakują. Założę się, że wszyscy czekali na BUM!


Można też i do góry nogami, czemu nie.



10 punktów za styl!






No, to tyle. Jeśli ktoś jeszcze nie był i nie widział na żywo, to polecamy.