poniedziałek, 12 stycznia 2015

O tym się mówi: "Serial"

Skończyłam przed chwilą ostatni odcinek bijącego rekordy popularności w Stanach podcastu "Serial".
To pierwszy podcast, jakiego w życiu słuchałam. Jeśli mogę wybrać, wolę czytać książki niż słuchać audio, nie da się jednak czytać z zajętymi oczami i rękami:)

Dla tych, którzy nie znają pojęcia, podcast to (przeważnie) odcinkowa seria, którą można ściągnąć z internetu albo odtwarzać online. Coś jak audycja radiowa, którą można odsłuchać w dowolnym momencie.

"Serial" opowiada prawdziwą historię morderstwa 18 letniej dziewczyny z Baltimore w 1999r. Dziennikarka Sarah Koening na prośbę krewnej skazanego za zabójstwo, która ujawnia niejasności powstałe podczas procesu, wraca do sprawy i rozpoczyna swoje prywatne dochodzenie.

źródło: slate.com

Muszę przyznać, że podcast jest świetny.
Realizacja to majstersztyk. Raz: redaktorzy naprawdę przykładają się do detektywistycznej roboty. Drążą temat, ujawniających nowe, nieznane wcześniej szczegóły czy niejasności, wytykają błędy popełnione w trakcie procesu, którego rezultatem było dożywocie dla byłego chłopaka zamordowanej nastolatki.
Dwa: narracja jest żywa i ciekawa. Nie tylko czułam się, jakbym brała udział w dochodzeniu, ale też za każdym razem, kiedy byłam pewna "nie, on tego nie zrobił", pojawił się nowy fakt,  po którym od razu pojawiało się "cholera, on ją zabił".
Tak, wiem, że czyjaś tragedia to nie jest powód do ekscytacji, chcę po prostu podkreślić, że ten podcast to kawał dobrej, dziennikarskiej roboty.

"Smaczku" dodaje też fakt, że Sarah w każdym odcinku rozmawia z oskarżonym. Z ich więziennych rozmów telefonicznych wyłania się obraz inteligentnego i wrażliwego człowieka, który sprawia, że aż ci wstyd, że mogłeś/łaś źle o nim pomyśleć. Oczywiście w internecie huczy od spekulacji, co się tak naprawdę stało i teoria o oskarżonym, będącym czarującym psychopatą też się tam znajdzie.

Serial zakończył się pod koniec 2014, mam więc małe opóźnienie, ale w sieci ciągle wrze - kto zabił, czy zabił. Nowi prawnicy się angażują ze swoimi teoriami, nowi ludzie przerywają milczenie po 15 latach.

W każdym razie - gorąco polecam. Podcast jest w języku angielskim, możecie więc to traktować, jak lekcję języka:)

A co do samych podcastów, to jest to moje małe odkrycie roku. Długo się nie mogłam przemóc (powtórzę, wolę książki), ale teraz aż się ślinię na myśl o tym, ile perełek znajdę w internecie. Znajdziecie podcasty o wszystkim i na każdy temat. Jeśli więc nudzi ci się podczas farbowania włosów, zmywania naczyń albo majsterkowania, daj im szansę.

Tu http://serialpodcast.org/ znajdziecie wszystkie odcinki "Serialu" oraz zdjęcia i inne materiały ze sprawy.
Możecie też ściągnąć aplikację na smartfony, która będzie Wam zarządzać podcastami i ściągać nowe obcinki na życzenie. Niestety wszystkie darmowe aplikacje androidowe jakie próbowałam są takie sobie. Pochwalcie się więc, czego używacie.

Miłego słuchania!

czwartek, 8 stycznia 2015

Nasze wrażenia po pobycie w Chinach

Już ponad miesiąc od naszego powrotu z Chin, ale jakoś nie było wcześniej czasu, żeby się z Wami na spokojnie podzielić wrażeniami.

Zacznę od tego, że ani Pawła ani mnie jakoś nigdy do Chin nie ciągnęło. Co innego Japonia, czy Tajlandia, czy Mongolia. Ale Chiny? Gdyby nie delegacja Pawła, pewnie nie szybko byśmy się tam wybrali. Wiadomo jednak, że jak pojawiła się okazja, trzeba było ją wykorzystać. Dołączyłam do Pawła w Pekinie i już razem ruszyliśmy na 9 dniową podróż po Państwie Środka.

Plac Tiananmen  i wejście do Zakazanego Miasta

Mój pierwszy kontakt z Chinami był bardzo nieprzyjemny. Taksówkarz, który odwoził mnie z lotniska próbował mnie oszukać, co z resztą od razu zauważyłam. Chciałam mu wytłumaczyć, że wiem, że robi mnie w bambuko, ale ani ja po chińsku ani on po angielsku. Zaczął na mnie krzyczeć, po czym widząc, że twardo obstaję przy swojej cenie, wywiózł mnie na jakaś boczną uliczkę i kazał wysiadać z auta. Żeby nie rozwlekać - zestresowana i wkurzona w końcu dotarłam do hotelu. Oczywiście musiałam zapłacić znacznie więcej, ale i tak "tylko" połowę ceny, którą zażyczył sobie ten oszust.

Zakazane Miasto jest wielkie, puste i dosyć niejakie

Nie był to jedyny raz, kiedy kontakt z tubylcami był źródłem frustracji. Podczas wszystkich naszych podróży zawsze szukaliśmy kontaktu z lokalsami, dzięki którym patrzyliśmy na ich kraj z innej, zazwyczaj dużo barwniejszej strony. W Chinach natomiast, poza kolegami z pracy Pawła, wszyscy ludzie, z którymi mieliśmy do czynienia chcieli od nas prędzej czy później pieniądze. Bardzo rozczarowujące.

I smog był całkiem pokaźny tego dnia

Rozczarowanie to też drugie imię Pekinu:P Może po prostu przyjechaliśmy tu w złym momencie, pod koniec listopada, gdy smog jest największy i pogoda kapryśna. Całkiem możliwe.



Pekin to jeden wielki, szary kloc cementu. A przecież Chiny mają taką bogatą historię! Spodziewaliśmy się widzieć jej więcej w stolicy. Z drugiej strony konserwacja zabytków nigdy nie była na szczycie interesów krajów komunistycznych.
Zakazane Miasto zgodnie okrzyknęliśmy najnudniejszą najsławniejszą atrakcją;)

Zakazane Miasto w smogu
pekińskie hutongi, czyli "malownicze atrakcje turystyczne"

Skoro już tyle narzekam, to dodam ostatnią rzecz - chińskie zasady savoir vivru. Najwyraźniej gapienie się na turystów jak na małpy w zoo jest ok. Tak samo jak dłubanie w nosie i kulkowanie znaleziska czy obcinanie paznokci w miejscu publicznym i nie zważanie na to, gdzie one lecą.

pekiński hutong

I haranie, najgorsza rzecz z najgorszych. Wszyscy i wszędzie okrutnie naciągąją się i plują gęsta flegmą gdzie popadnie. Bleee.

Dobra, koniec narzekania. Teraz plusy. Bo tak, oczywiście były plusy!
Nawet Pekin miał ich parę, a konkretnie trzy- sławetną kaczkę po pekińsku, przepiękną Świątynię Nieba i Letni Pałac.

Bardziej przyjemny i znacznie bardziej turystyczny hutong

Oczywiście - Wielki Mur! Sama nie wiem, czy to sentyment przemawia za tym miejscem bardziej niż fakty (No heloł, od przedszkola się słyszało o Wielkim Murze, tam daeeeeeko w egzotycznych Chinach. W życiu nie przypuszczałam, że zobaczę go na własne oczy!).
Z Wielkim Murem też trzeba trochę uważać. Takie np. Badaling, najsławniejsze miejsce wycieczek na Wielki Mur, to jedno wielkie oszustwo. Ani jedna cegiełka nie jest tam autentyczna, cały fragment został odbudowany od nowa i tylko wystylizowany na staroć. Ale kogo to obchodzi, nie? Turyści zadowoleni, bo mają Wielki Mur, rząd zadowolony, bo ma dużo pieniędzy z wejściówek.

Wielki Mur!

Większość Wielkiego Muru rozpadła się i nie nadaje się do zwiedzania. Jeśli jednak chcecie przejść się po autentycznym, nieco rozsypującym się odcinku muru, jedźcie np. do Simatai.

Paweł w Szanghaju

Jedzenie! Pikantna kuchnia bardzo podeszła do gustu zwłaszcza Pawłowi. Jedliśmy bardzo dużo pysznych rzeczy (wspomniałam kaczkę po pekińsku, poza tym wariancje na temat hot potów, oczywiście nudle, żaby i ryby gotowane / grillowane, przeróżne chińskie ciasteczka, etc). Jest tłusto i dość ciężko, ale smacznie!

Ogrody Yu w Szanghaju

Szanghaj - nowoczesne, energiczne, barwne miasto. Przepiękny, europejski Bund i nowoczesny Pudong. Kolorowo ubrani, energiczni ludzie, tak bardzo różni od szarej i smutnej pekińskiej masy.

Szanghaj

Huangshen - jeśli będziecie mieć okazję, koniecznie spędźcie tam 2 dni na łażenie po przepięknych i niesamowicie widowiskowych górach. Zakwasy gwarantowane maszerowania po stromych schodach przez 15 km, ale warto:)

Huangshen <3

To tak w wielkim skrócie. Jeśli macie ochotę na więcej szczegółów i zdjęć, zapraszam na pełną relację tutaj.

Na podsumowanie powiem jeszcze tylko, że mimo wszystkich rzeczy, które tak nam się nie podobały czy nas rozczarowały, chcemy do Chin wrócić. Zdajemy sobie sprawę, jest to kraj specyficzny i  z zupełnie innego kręgu kulturowego. Ustrój polityczny też nie jest bez znaczenia. Ale przecież po to się właśnie podróżuje, żeby swoje horyzonty poszerzać.

Huzhou

 Następnym razem chcielibyśmy odwiedzić część zachodnią i kolejny magiczny i sentymentalny punkt mojego dzieciństwa/życia nastoletniego: Jedwabny Szlak!



Huzhou

Suzhou

Szanghaj

Bund w Szanghaju

jedzonko

turystyczne jedzenie uliczne

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Przychodzi baba do drogerii... - czyli trochę o tym, gdzie kupować

Witam w 2015! Jak tam Wasze postanowienia noworoczne?;)

Przeglądałam dziś zdjęcia z pierwszych miesięcy po przyjeździe do Ameryki i wspominałam sobie te stary czasy,  kiedy wszystko było tu nowe i nieznajome.  Pamiętam, że szczególny problem sprawiały mi na początku zupełnie obce produkty i nazwy sklepów. Dużo czasu spędziłam w internetach, próbując zorientować się, gdzie najlepiej robić zakupy i jak radzić sobie z brakiem dobrze znajomych marek.
Pomyślałam, że napiszę posta, który, mam nadzieję, pomoże komuś trochę szperania po sieci zaoszczędzić.

Dziś zacznę od sklepów spożywczych i drogerii. Jeśli będziecie zainteresowani kolejnymi odcinkami, to dodam.


Spożywcze:
  • Najtańszy jest Safeway. Jedzenie tu jest ogólnie OK, ale mięso, wędliny, ryby i jaja staram się kupować od lokalnych sprzedawców, których produktów w Safeway nie znajdziesz.
  • QFC jest minimalnie droższe, jakościowo nie widzę różnicy.
  • Trader Joe's - sklep z żywnością organiczną, który bardzo lubię. Droższy niż poprzednie dwa, ale jedzenie jest znacznie lepszej jakości. Jeśli chcecie jeść 'organic' i nie przepłacać, idźcie do Trader Joe's. Kupuję tu nie tylko jedzonko, ale też ich naturalne kosmetyki. Amatorzy aloesu może się ucieszą na wieść, że galon czystego soku aloesowego (bez cukru i dodatków) kosztuje tam coś koło $4 (nie pamiętam dokładnie, kupowałam wieki temu).
  • Whole Foods - drogi sklep, w którym znajdziecie same organiczne produkty (żywność i kosmetyki). Nie kupujemy tam, bo daleko i za drogo, ale z tego, co się orientuje, to sklep jest bardzo popularny wśród zamożnych ludzi jedzących "organic".
  • Zupełnie inna kategoria: Costco - czyli coś jak polskie Macro. Żeby móc wejść, trzeba mieć kartę (najtańsza roczna za $55), a produkty sprzedawane są w ilościach hurtowych po niższych cenach.
Jeśli nie mieszkasz w Chicago albo innym 'polskim' mieście i szukasz kaszy jaglanej, Amolu, Michałków czy innych polskich produktów, w większości przypadków nie znajdziesz ich poza polskimi/rosyjskimi/ukraińskimi sklepami. A niektóre produkty, jak np. korzeń selera są tu prawie jak kwiat paproci:P
Opowiem Wam krótką anegdotkę, jak to kupowałam Delicje. Mieliśmy w pracy konkurs na najlepsze ciasto i chciałam upiec coś, czego składnikiem są Delicje właśnie. Pech chciał, że nie było ich w polskim sklepie, musiałam się więc ratować Amazonem. Włos mi się na głowie zjeżył, gdy zobaczyłam, że za jedno pudełko miałabym zapłacić $7, na dodatek nie w tym smaku, jaki potrzebowałam. Ale przecież konkurs wygrać trzeba. Zamówiłam, ciasto zrobiłam, po czym na drugi dzień dowiedziałam się, że można znaleźć w Safeway'u amerykański (chyba) odpowiednik za $2.5. Nosz kurde, ta globalizacja.
Acha, oczywiście przypominam o kartach stałego klienta i kuponach, które pozwolą Wam zaoszczędzić trochę mamony. Bardzo popularna stała się też ostatnio aplikacja Ibotta, dzięki której po zakupie dostaniecie część pieniędzy z powrotem.

Kolejna kwestia to drogerie i kosmetyki. Wiele razy powtarzałam, że Polska to kosmetyczny raj. Asortyment w Stanach jest bardzo ubogi, zwłaszcza jeśli chcemy kupować kosmetyki naturalne. A dermokosmetyki są nie tylko horrendalnie drogie, ale też mają inne składy. No właśnie, nawet, jeśli znajdziecie jakiś europejski produkt, jest duża szansa, że został on dostosowany do rynku amerykańskiego i może mieć czegoś mniej, czegoś więcej i w efekcie raczej szkodzić niż pomagać.
Podstawowe środki czystości znajdziecie w spożywczakach i w drogeriach typu Walgreens, CSV czy Rite Aid. Po kolorówkę rzućcie okiem np. na Ultę i oczywiście nieśmiertelną Sephorę.
Jak wspomniałam, 95% towarów w drogeriach była dla mnie nowa. Zaczęłam więc czytać parę blogów, które pomogły mi mniej więcej rozeznać się, czego warto szukać.
Polecam Wam np. Urban (recenzuje głównie górnopółkowe produkty) czy Nouveau Cheap, kultowy blog kobiety, która wszystkie swoje kosmetyki kupuje 'po taniości' w drogeriach.
A jeśli macie ochotę pójść o krok dalej, spróbujcie Ipsy czy BirchBox, kosmetyczne subskrypcje, które za $10 miesięcznie przyniosą Wam 6 różnych kosmetyków do wypróbowania. Sama dostaje paczuszki Ipsy i jestem bardzo zadowolona.

I to by było na tyle. Mam nadzieję, że się Wam ta wiedza przyda;) Udanych zakupów!

PS. Te amerykańskie Delicje nazywają się "Pims". Nie ma za co i smacznego;)
PS2. No nie mogę się powstrzymać, patrzcie, co znalazłam!

znalezione w internecie