niedziela, 23 czerwca 2013

Głos z Polski, cz. 2

Ostatnio pisałam o Stanach, dzisiejsza część będzie zaś o tym, dlaczego tak ciężko wyjeżdżać z naszego pięknego kraju na dłużej.
I choć nie będę tu pisać o rzeczach nowych i nieznanych, to pisać o nich trudniej - właśnie ze względu na większy ładunek emocjonalny:)

Polska jaka jest - każdy widzi. Można narzekać na multum spraw - na rząd i polityków, na kryzys, na dziury w drogach, na to, że 'źle się dzieje', na ceny benzyny i chleba, na kiepskie plony, na beznadziejną pogodę, itd. itd. 

Zrobiłam jednak długą subiektywną listę Polski, której bardzo mi brakuje w Stanach i za którą tęsknię.

Po pierwsze i najważniejsze - rodzina. Pokuszę się o porównanie ludzi do roślinek o różnej budowie i z różnymi korzeniami. Niektórych łatwiej 'przesadzić' i lepiej radzą sobie z emigracją, inni przez całe życie tęsknią i myślą o powrocie i na obcej ziemi czują się 'nie tak'. Choć nie dzieje mi się w USA krzywda, a nawet wręcz przeciwnie, należę do tej drugiej grupy. Jestem bardzo zżyta z moimi bliskimi i ciężko było mi od nich wyjechać. Ci, co mnie znają, wiedzą, że moja rodzina jest wyjątkowo duża i wyjątkowo zżyta, moje 'korzenie' trzymają mnie blisko niej mocno. 
Paweł po każdej wizycie w moim domu rodzinnym powtarzał z niedowierzaniem 'u Ciebie zawsze są tłumy!' ;)

Widok z kawowego tarasu
Wiosna

Mogłabym tu pisać całe referaty o tym, jak cudownie wracać do domu i pić z Rodzicami kawę na tarasie, podziwiając przepiękne widoki, ale znów - oczywistych oczywistości rozwijać nie będę.

Mam też to szczęście, że przez całe życie otoczona jestem wspaniałymi przyjaciółmi, których w USA bardzo mi brakuje. Owszem, poznaliśmy sporo nowych osób, z którymi się lubimy i regularnie spotykamy, ale nie da się przecież zastąpić nimi ludzi, z którymi znamy się parę lat lub połowę życia i niejedno przeżyliśmy.

Znacie to uczucie, kiedy znajdujecie  przysmak lub czujecie zapach, którzy przywodzi Wam na myśl jakieś zdarzenie lub okres z dzieciństwa bądź też po prostu jakieś szczęśliwe momenty? Jak Guma Turbo i Kaczor Donald czy ukochane miejsce odwiedzone po 10 latach? Teraz, będąc w PL takie miłe obrazy towarzyszą mi co krok. Zapachy, kolory, widoki, przysmaki, które wiążą się z moim szczęśliwym dzieciństwem i młodością, wygłupami z przyjaciółmi, pierwszymi podróżami, czasami studenckimi i powrotami do domu. Cała gama wspomnień i uczuć.
W Stanach tego nie mam, ale tak naprawdę nie zdawałam sobie sprawy, jak mi tego brakuje, dopóki nie odetchnęłam czerwcowym nagrzanym powietrzem i nie zaczęłam wspominać dni, kiedy powietrze pachniało tak samo:)
Jak widzicie, zrobiło się trochę sentymentalnie, ale nie mogę nie wspomnieć, że tym, czego mi brakuje w USA to moja przeszłość, której reminiscencje towarzyszą mi w Polsce.  

Czas teraz inne, bardziej praktyczne niż emocjonalne aspekty.

Jedzenie. Rany, jakie jest pyszne jedzenie w Polsce! Przez cały ostatni rok w USA nie przytyłam ani grama (sprawdziłam), ale parę tygodni tutaj już czuję :P Wprawdzie w Seattle jest dużo świetnych knajpek, w których można dobrze zjeść, ale wystarczy porównać sklep amerykański i polski i różnicę dosłownie CZUĆ. Amerykańskie pomidory nie pachną a smak mają mdły. Kurczak smakuje jak tektura, chleb to jakiś żart a kiełbasy bałabym się kijem tknąć. A wystarczy odwiedzić tu pierwszy lepszy straganik czy osiedlowy sklepik, żeby dostać ślinotoku od aromatu chleba czy zapachu warzyw.
Inna sprawa, że moja Mama świetnie gotuje, co potęguje doznania kulinarne;)

W Stanach brakuje mi wspomnianych targowisk i straganików, w których można kupić truskawki prosto z krzaczka, jajka od szczęśliwej kury albo rzodkiewki, ciągle ubrudzone ziemią. Poza Pike Place, który ma większe znaczenie turystyczne i jest raczej atrakcją niż miejscem codziennych zakupów, nie widziałam żadnego miejsca, które choć trochę przypominałoby targowisko. Ale nic straconego - od czerwca zaczęły się tzw. "Farmer's Market" czyli coś, co mam nadzieję, będzie odpowiednikiem naszego targu.

Kolejna rzecz, ważna zwłaszcza dla kobiet, to świetna jakość kosmetyków pielęgnacyjnych naturalnych i nie tylko. Nie zdawałam sobie z tego sprawy, dopóki nie zostałam ich pozbawiona. Wiele produktów popularnych u nas, jak np. płyny micelarne, na rynku amerykańskim po prostu nie ma. Jestem już prawie pewna, że będę mieć nadbagaż, takie zapasy gromadzę;)

Z praktycznych rzeczy, uwielbiam to, że polskie ceny zawierają już wszystkie podatki i wiem, że nie będę niemile zaskoczona końcowym rachunkiem;)

Inna sprawa - dzwoniąc do ludzi w Polsce, płacimy jedynie za połączenia wychodzące. W Stanach opłaty naliczane są również za połączenia przychodzące. 500 darmowych sms-ów w umowie dotyczy więc zarówno tych, które wysyłasz jak tych, które do ciebie przychodzą. Co za głupota;)

W Stanach brakuje mi też bardzo szarmanckich mężczyzn otwierających kobietom drzwi i przepuszczających je przodem, pomagających z ciężkimi walizkami i służących pomocą, kiedy tylko trzeba. Heh, już się boję, że wojujące feministki biorą mnie na celownik, ale równouprawnienie równouprawnieniem, ale kobiety trzeba w drzwiach przepuścić:P
Faceci w Stanach wychowywani są inaczej, o czym zresztą długo dyskutowałam z Amerykaninem, zarządcą naszego budynku. A potwierdzenie tej tezy znalazłam podczas lotu do Polski, kiedy to chłop jak dąb siedzący obok mnie przyglądał się jak cielę kobiecie nie radzącej sobie z wrzuceniem bagażu do luku i dopiero po zwróceniu mu uwagi pośpieszył jej z pomocą. Żenada.
Tak więc panowie - dbajcie o kobiety, bo one to doceniają i na pewno będą Wam wdzięczne!
W tym miejscu chciałam pozdrowić mojego drogiego Kuzyna, jednego z ostatnich mężczyzn na ziemi,  który całuje kobiety w rękę na pożegnanie;) 


Każde porównanie, a więc moje również, powinno zostać jakoś podsumowane. Mam wrażenie, że z moich wpisów wynika, iż to Stany sprawiają wrażenie kraju bardziej przyjaznego do wygodnego i mniej stresowego życia. Pewnie tak jest, ale z drugiej strony należy sobie zadać pytanie, co jest ważniejsze - super drogi i małe kolejki w banku czy rodzina i tradycja. Ci, którzy odpowiedzą 'to drugie', to ludzie, dla których emigracją jest tylko tymczasowym etapem i którzy wiedzą /wierzą, że do domu wrócą.


czwartek, 20 czerwca 2013

Głos z Polski, cz. 1

Przed wylotem do Polski Paweł powiedział, żebym koniecznie zrobiła listę tego, czego mi będzie z amerykańskiej codzienności brakować. Z kolei teraz, jak już tu jestem, jedno z pierwszych pytań, jakie każde mi zadaje dotyczy różnic między Polską a Stanami. 
Ciągle jeszcze cieszę się pobytem w domu i kraju rodzinnym, ale po dwóch tygodniach tu spędzonych i na 2 tygodnie (z hakiem) przed powrotem gotowa jestem na małe podsumowanie.

Zacznijmy więc od tego, co takiego ma Seattle i Stany w ogóle, czego mi tutaj brakuje.
Po pierwsze: w tej chwili  - Pawła;) Oczywistych oczywistości jednak wymieniać nie będę;)

Chyba nie zdziwi Was fakt, że przy okazji obecnych upałów, kolejną rzeczą, o której wspomnę jest darmowa woda (z dolewkami) w każdej knajpie. Fakt faktem, że w Stanach ludzie piją kranówkę i w większości przypadków to kranówka jest serwowana do picia, ale nie smakuje ona źle. Ot, woda. Za to płacenie 4zł za 0,3l butelkę wody uważam za zdzierstwo.

Paweł obstawiał, że najbardziej przeszkadzać mi będzie brak możliwości płacenia kartą w każdym miejscu i każdym nawet najmniejszym sklepie oraz konieczność noszenia ze sobą gotówki. Powiem tak:  lubię mieć pieniądze w portfelu, znacznie bardziej niż plastikowe karty;) Chyba mi zostało po graniu  
w Eurobiznes;) Choć szukanie bankomatów i planowanie wydatków z góry jest trochę uciążliwe, nie jest to dla mnie problem. Bezgotówkowy system jest jednak wygodniejszy, widzę jego plusy i na dłuższą metę pewnie by mi tego brakowało. Zwłaszcza, że w moich rodzinnych okolicach bankomatów praktycznie nie ma, więc mogłabym być odcięta od pieniędzy;)

Kolejna rzecz, bardzo rzucająca się w oczy, to serdeczność w kontaktach międzyludzkich. Mentalność Polaka i Amerykanina jest zupełnie inna. Każdy o tym wie, więc nie będę się powtarzać. Nie jest w końcu tajemnicą, że w kraju, w którym żyje się łatwiej, łatwiej też być szczęśliwym. Amerykanie są uśmiechnięci, otwarci, często zagadują do obcych i generalnie łatwo im przychodzi nawiązywanie kontaktu z innymi. Są tez uprzejmi, czasem aż do przesady. Owszem, jest to powierzchowne, ale sprawia, że codzienne interakcje w sklepach, komunikacji miejskiej, na ulicach są po prostu przyjemniejsze. Do dziś pamiętam zdziwienie, jakie mnie ogarnęło, kiedy jadąc autobusem byłam świadkiem narodzin ogólnoautobusowej dyskusji między nieznajomymi.
A w Polsce jest inaczej. Ludzie się rzadko odzywają na ulicy do obcych, raczej prują przed siebie i myślą tylko o swoich sprawach. A jeśli już otworzą buzię, to w większości (wiem, że generalizuję!) przypadków po to, żeby wyrazić opinię o osobie, która jeździ jak baran albo zajęła nasze miejsce w tramwaju albo ma dziwny kolor włosów albo tak nieprzyzwoicie krótką spódnicę, że cud, że jeszcze grom z jasnego nieba w nią nie uderzył. Nie daj Boże, że ktoś np. śpiewa sobie coś lub nuci, wtedy go już mają za wariata. No, może trochę koloryzuję, ale wiecie, o co chodzi;)
Oczywiście, że jest MASA przypadków, kiedy ludzie okazują sobie życzliwość i aż serce rośnie, kiedy na to patrzę, ale gdybym miała porównać procentową ilość zrzędzenia, marudzenia i krytykowania, to zdecydowanie przodujemy przed Amerykanami.

Następna na liście jest biurokracja. Z niej uczyniono wręcz już sztukę:P Przykład: żeby w ogóle otrzymać możliwość zamknięcia mojej własnej lokaty bankowej musiałam 2 razy zadzwonić na infolinię (20 minut), 2 razy jechać do oddziału banku w sąsiednim mieście i w końcu - pojechać do Krakowa. Biurokracja to po braku darmowej wody druga rzecz, która mi mocno dała w kość;)  Nie znam osoby, która nie miałaby w zanadrzu co najmniej jednej podobnej historii. Tymczasem w Stanach wygoda obywatela przy załatwianiu wszelkich spraw (od urzędowych po korzystanie z biblioteki) to priorytet. Da się? Da się.

Stosunek cen do zarobków. Jeśli dziwicie się, że Amerykanie codziennie biegają z kawą w kubeczkach kawiarnianych i zastanawiacie się, skąd mają na to pieniądze, pomyślcie, że dla nich kawa w Starbucksie to wydatek rzędu 3,75zł. Jako miłośniczka kawy musiałam zacząć od tego przykładu, ale chyba dość wyraźnie pokazującego, jak drogie jest w Polsce życie. A kawa przecież nie jest niezbędna do życia (podobno;))! Podobnie ma się rzecz z cenami benzyny, samochodów, elektroniki, itd itd.

Kolejną rzeczą na liście są drogi. Ktoś zaskoczony?;) Uśmiałam się, kiedy będąc jeszcze w Stanach, czytałam o wyścigu Gumball i o tych wszystkich super samochodach, które po przejechaniu setek kilometrów przegrały z naszymi dziurami. Paweł zjechał ostatnio pół Kalifornii, więc może potwierdzić, że nie da się porównać komfortu i bezpieczeństwa jazdy w PL i na szerokich i utrzymanych w dobrym stanie amerykańskich szosach.
Kolejna ciekawostka - w Stanach dość często spotyka się znaki z sugerowaną prędkością. Super rzecz. Wiesz, ile masz jechać, żeby nie stwarzać  zagrożenia, ale nikt nie każde Ci wlec się 40km/h, jeśli akurat droga jest pusta i jedziesz po prostej. Oczywiście, każdy kij ma dwa końce - zawsze znajdą się brawurowi kierowcy, którzy jeżdżą szybciej niż ich Anioł Stróż, ale nie potrzeba lecieć daleko, żeby się na takich napatoczyć.

Myślę, że posta tego zamknę słowem: możliwości. Z naszym wykształceniem znalezienie pracy w Polsce to żaden problem. Jednak, to w końcu Stany są głównym ośrodkiem rozwoju technologii (Dolina Krzemowa to już symbol) i znalezienie pracy w Stanach oznacza nieraz możliwość zetknięcia się z rozwiązaniami i skalą rozwiązań niedostępną w Polsce.
Jest też inny aspekt owych możliwości, o którym chcę wspomnieć. W Stanach nikogo nie dziwi, że ludzie po trzydziestce czy nawet starsi, zapisują się na studia i  przekwalifikowują się o 180 stopni. Są branże, w których wyścig szczurów trwa w najlepsze, ale są też takie, w których pracodawcy nie obchodzi to, ile masz lat tylko czy jesteś dobry. Uważam, że to świetne. Jeśli ktoś, mając 19 lat wybrał studia, które nie przyniosły mu satysfakcjonującej kariery, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby poszedł do szkoły medycznej i został lekarzem. Jest to spore uproszczenie, ale ukazuję ideę.

Kończąc, podkreślam, że zdaję sobie sprawę z wszystkich wad i minusów życia w Stanach i to nie jest tak, że próbuję tym postem udowodnić czy przekonywać o wyższości Stanów nad Polską. Nie. To jest tylko moja subiektywna lista aspektów, które mile powitałabym w naszym pięknym kraju nad Wisłą.

W kolejnym poście o tym, co takiego ma Polska, za co dałabym się pokroić w Seattle;)
A na deser zdjęcie Seattle wykonane z lotu ptaka, które bardzo mi się podoba. Niestety nie widać na nim naszego mieszkania.

Źródło: http://www.wykop.pl/ramka/1557793/27-niesamowitych-zdjec-miast-z-lotu-ptaka/






czwartek, 6 czerwca 2013

Podróż drogami Kalifornii

Obiecałem Basi, że gdzieś pojedziemy gdy już będzie pewna, że ma wizę w kieszeni i obietnicy dotrzymałem. W zeszłym tygodniu wybraliśmy się na urlop, do Kalifornii. Dlaczego akurat tam? Bo blisko, ma znane na całym świecie miasta (San Francisco, Los Angeles), jest krzemowa dolina, słoneczna pogoda, Hollywood, Arnold Schwarzenegger itd. Nie ma chyba drugiego stanu w którym tyle by się działo i w którym tyle można zobaczyć.

Plan prezentował się następująco - dolecieć, wynająć auto i przejechać stan z południa na północ, z uwzględnieniem największych atrakcji.

Wyjazd zaczęliśmy w San Diego. San Diego jest położone bardzo blisko granicy z Meksykiem, wysunięte daleko na południe, a więc ciepłe. Urzekło mnie swoim miksem zieleni i pustyni, najprzyjemniejsze miasto w całej Kalifornii.

W samym centrum San Diego znajduje się wielki Park Balboa, a w nim mnóstwo atrakcji w tym skwery, fontanny, masa urzekającej architektury i wielkie zoo z misiami koala i sławnymi na cały świat pandami. Znaleźliśmy też międzynarodowe domki, w których zapewne odbywają się gry, zabawy i festyny. Był tam i domek polski, polski akcent wyjazdu, niestety zamknięty. Przy okazji załapaliśmy się na nasz pierwszy prawdziwy amerykański protest: bojkot Monsanto i ich flirtu z genetycznie modyfikowaną żywnością.



Drugi dzień spędziliśmy w okolicznym oceanarium zwanym SeaWorld. Dużo wody, słońca, śmiechu i mnóstwo ludzi. Oceanarium nie jest chyba najdokładniejszym z określeń, bowiem SeaWorld to nie rybki pływające za szybką, a raczej wielkie wesołe miasteczko, po tej stronie oceanu zwane "theme park" - parkiem tematycznym. SeaWorld to głównie pokazy tresowanych zwierząt odbywające się na specjalnie w tym celu skonstruowanych niedużych stadionach: psy i koty (wiem, niezbyt oceaniczne), delfiny, lwy morskie. Najsławniejsze są tu orki, przez Amerykanów zwane wielorybami-mordercami. Symbolem SeaWorld jest największa z orek, Shamu (czyt. szamu). Nam znacznie bardziej podobały się inne pokazy, a to z tego względu, że orkom zdarzały się wpadki w postaci zjadanych trenerów. Trenerzy orek trzymają się więc dziś na dystans, a pokaz nie porywa. Przed wyjściem zdołaliśmy jeszcze wsiąść na roller coaster, który spada z ogromną prędkością z dużej wysokości. Wgniata w siedzenie i przytyka!



Z San Diego żegnaliśmy się witając ocean. Znaleźliśmy dzikie foki, śmierdziuchy, oblegające jedną z plaż. Znaleźliśmy też wojskowy cmentarz, przygotowany do święta Memorial Day, które miało nadejść nazajutrz.



Następne w kolejce - Los Angeles. Miasto nudne, mało przyjemne. Żeby uzasadnić postój w Los Angeles postanowiliśmy spędzić cały dzień w parku rozrywki. Do wyboru był Disneyland bądź Universal Studios i wybraliśmy to drugie, bardziej nam bliskie, kinowe. Mają tam podróż po działkach studia przez plany filmowe, wzbogacaną o sztuczne powodzie, pożary i walkę nowego King Konga z dinozaurami w prawdziwym 3D. Ciężko to opisać, ale nie mylić z tego kinem - to trochę tak jakby znaleźć się w filmie, a nie go oglądać. W parku jest mnóstwo atrakcji, ale wspomnę jeszcze jedynie dwie. Jedna to dom strachów. Poszliśmy z Basią z ciekawości i więcej nie pójdziemy, mało nie padliśmy trupem ze strachu.

Gwiazdą wieczoru została bez wątpienia ich najnowsza atrakcja: Transformers The Ride 3D. Kolejka górską przyszłości, nie da się tego opisać. Taki King Kong na sterydach, a do tego w otoczce znanych wszystkim i uwielbianych Transformers. Jeśli chciałeś kiedyś pędzić przez miasto z prędkością setek kilometrów na godzinę, zobaczyć jak tuż przed tobą Optimus Prime walczy z Megatronem, poczuć jak tuż przed twarzą wybucha ci jego rakieta czy spaść z wysooookiego dachu prosto w ręce Bumblee to już wiesz gdzie tego szukać. Warte nawet 80 minut stania w kolejce.



Mimo wątpliwych walorów, nie mogliśmy tak po prostu zignorować symboli LA. Wieczorem wybraliśmy się więc na sławny Walk of Fame, pooglądać chodnikowe gwiazdy i odbite w cemencie dłonie Marilyn Monroe. Wybraliśmy się też do Griffith Observatory, z którego znakomicie widać sławne "Hollywood" dumnie prężące się na okolicznej górze.



Potem przyszła pora na dobrych kilka godzin jazdy na północ sławną autostradą numer 1, ciągnącą się wzdłuż oceanu. Po drodze zahaczyliśmy zamek Hearsta, gazetowego magnata, obrzydliwie bogatego gościa, który wymarzył sobie wielką posiadłość na górze, tuż przy oceania. Dziś muzeum, bardzo przyjemne i ciekawe zresztą. Podjechaliśmy też obejrzeć malutki wodospad, który wpada prosto do oceanu, a raczej na plażę tuż obok.



Wiele godzin później dotarliśmy w końcu do Yosemite (czyt. josemiti). Yosemite to sławna na cały świat dolina wyrzeźbiona przez lodowiec. Ogromne skały a w środku przepaść, zagospodarowany park narodowy. Połaziliśmy, naoglądaliśmy się wodospadów i zieleni. I zwierząt! Spotkaliśmy tony wiewiórek, jeleni, a nawet najprawdziwszego niedźwiedzia! Straszyli nas jeszczę pumą, ale pumy na szczęście nie widzieliśmy. Przespacerowaliśmy się też tuż obok kilku wodospadów. Woda spadała i bryzgała na wszystkie strony. Choć nie było jej widać, zmokliśmy jakby padało.



Na koniec zostawiliśmy San Francisco - miasto kochane przez wielu, uważane za najbardziej atrakcyjne w Stanach. W moich oczach przegrało z San Diego, bo ma charakter miasta wielkiego i cierpi na wiele chorób charakterystycznych dla takich molochów. Ruch, tłok, bezdomni i ćpuny w centrum, turyści... Mimo tego San Francisco zobaczyć trzeba, bo urzeka charakterystycznymi domkami, dobrym jedzeniem i setkami wzgórz, wniesień, a także najbardziej krętą uliczką świata. Warto też wybrać się do Alcatraz i zobaczyć więzienie, legendarne zresztą, od środka. Posłuchać o buncie więźniów i bohaterskich strażnikach czy o sławnej ucieczce z 1962 r. Zapomniałbym o Chinatown, które też warto zwiedzić. Prawie jak Chiny! Chyba.



I tak dobrnęliśmy do końca. Zabrakło mi tylko parku wielkich sekwoi i Doliny Śmierci. Niestety brakło czasu mimo pełnych dziewięciu dni pobytu, wypełnionych atrakcjami po brzegi. Było super! Jeśli ktoś potrzebuje więcej szczegółów, Basia pewnie wrzuci je na swojego GeoBloga jak tylko zadomowi się w Polsce. Ja tymczasem spadam planować kolejny wyjazd, a plan już mam. Mniej metropolitalny, niecny...!