wtorek, 24 grudnia 2013

Amerykańscy bogowie - o religii w Stanach, cz. 1

Święta Bożego Narodzenia. Moje ulubione! Czas spotkań z rodziną, dzielenia się opłatkiem, wspólnej wieczerzy  z obowiązkowym wolnym miejscem przy stole dla zbłąkanego wędrowca (a co, jeśli któregoś dnia się pojawi?), świeczki Caritasu, sianka pod obrusem, kolęd śpiewanych na parę głosów, pasterki. Dla chrześcijan Boże Narodzenie to jedno z dwóch najważniejszych świąt - Bóg się rodzi, moc truchleje, radujmy się!

Nie muszę chyba mówić, że życie w kraju zróżnicowanym religijnie jest trochę inne niż tam, gdzie ciągle ok. 90% społeczeństwa deklaruje się wierzyć w tego samego Boga i kościół (mówię o Polsce, nie znam danych statystycznych, więc poprawcie mnie, jeśli się mylę).

Jak to wygląda w Stanach?
Zacznijmy od najprostszych rzeczy: święta kościelne. Boże Narodzenie, drugi dzień Świąt, za chwilę Trzech Króli, Wielkanoc, Boże Ciało, Wniebowzięcie NMP, i tak dalej - W Polsce są to dni wolne od pracy. Nawet jeśli jesteś buddystą czy ateistą, świętujesz razem z katolikami.

W kraju, w którym ludzie wierzą w Boga, bogów i bożków, w latającego potwora spaghetti i sekciarskich guru świąt kościelnych nie obchodzi się w skali całego państwa a jedynie w ramach wspólnoty wyznaniowej.
Jedynym wyjątkiem jest Boże Narodzenie (woohoo, środa wolna od pracy dla każdego!). Ale niech Was nie zmyli świąteczna atmosfera w każdym amerykańskim mieście i miasteczku. Bo tak naprawdę bogiem, jaki napędza ten świąteczny kramik, jest zielony, amerykański dolar. Ciężarówki coca-coli, świąteczne dekoracje w każdym sklepie, wyprzedaże zachęcające do zakupów - oto świąteczny duch!

Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta!
Apropos sklepów i zakupów - nie wiem, jak jest w innych miastach, ale w Seattle są one zawsze otwarte - czy w Boże Narodzenie, czy w Święto Dziękczynienia, choćby tylko do 15, ale zawsze!

Nie znaczy to oczywiście, że Bożego Narodzenia się tu nie "obchodzi" - ludzie spotykają się, by wspólnie zjeść obiad i wymienić się prezentami. W kulturze amerykańskiej Boże Narodzenie znacznie ustępuje jednak Świętu Dziękczynienia pod względem popularności. Bardzo możliwe, że powodem jest właśnie ten jeden, jedyny dzień wolny - za mało czasu, żeby lecieć na drugi koniec kraju i nacieszyć się rodziną, podczas gdy po Thanksgiving większość ludzi ma już wolny piątek i długi weekend.

Świętowanie też zależy w dużym stopniu od Twojego wyznania - dla katolika wspomniany wcześniej wspólny obiad ma zapewne nieco inny wymiar niż dla Hindusa, który o Jezusie mógł nawet nie słyszeć a po prostu poddaje się amerykańskiej tradycji wspólnego posiłku.

Planuję następna notkę, w której powiem coś więcej o religiach Stanów, ale na koniec chciałam jeszcze powiedzieć, jakie w takim razie mamy plany na Święta w Seattle.
24 grudnia to jak w PL normalny dzień pracy - chyba, że pracodawca jest łaskawy i da trochę wolnego;) Ja mam dziś wolne, ale Paweł siedzi teraz obok mnie i "pracuje" z domu;)
W Seattle kościołów jest do wyboru do koloru (o tym w następnym odcinku), ale tak się szczęśliwie złożyło, że bardzo blisko, pod samym Space Needle jest kościół katolicki. Niestety nie będzie tam pasterki - takie cuda to tylko w polskim kościele (który też jest w Seattle).
Mimo, że tutaj to dość egzotyczna tradycja, nie wyobrażam sobie Świat bez kolacji wigilijnej. Rok temu odbywała się u nas, w tym roku idziemy do znajomych i będzie nas tam dwanaścioro, różnych narodowości i wyznań.
so presents. much sparkling. wow.
Po powrocie otworzymy stertę prezentów, która czeka na nas od powrotu Pawła z Polski (nie wiem, jak to się stało, że wytrzymaliśmy i nie otwarliśmy ich wcześniej), a jutro...?
Ciężko powiedzieć, Paweł jest on call, nosi swój pager i trzyma kciuki, żeby nie zaczął piszczeć. Ja też trzymam kciuki a przy tym trochę zgrzytam zębami, że jesteśmy na Święta uwiązani. Wygląda więc na to, że Boże Narodzenie spędzimy, modląc się o święty spokój:)

A w czwartek do pracy i byle do weekendu:)

I tym optymistycznym akcentem ... nie zakończę notki :)
Bo na koniec chcemy jeszcze złożyć najlepsze życzenia wszystkim, do których nie dotarliśmy mailowo, pocztą tradycyjną, przez Skype czy fejsbuka, naszym Rodzinom, Przyjaciółom i Czytelnikom (jak się okazuje trochę Was jest, dziękujemy!).
Wspaniałych Świąt, spędzanych w gronie najbliższych, dużo radości i szczęścia w Nowym Roku.
Do szybkiego zobaczenia!


Życzymy my!


sobota, 21 grudnia 2013

Smakowanie kina. Dosłownie! Czyli o jednym z fajniejszych miejsc w Seattle

O Siff Cinema chciałam opowiedzieć już od jakiegoś czasu i oto ów czas nadszedł:)

'Siff' to skrót od Seattle International Film Festiwal, ale za pojęciem tym kryje się dużo więcej - nie tylko organizacja wspomnianego festiwalu, ale również prowadzenie dwóch niezależnych kin i działalności edukacyjnej dla filmoznawców i amatorów niezależnego kina.

Seattle International Film Festiwal jest w czołówce największych filmowych festiwali w Stanach. Rok rocznie ponad 160 tys. widzów przyjeżdża obejrzeć ok. 400 filmów (krótko i długometrażonych) z całego świata. Jako ciekawostkę dodam, że przeciętny mieszkaniec Seattle ogląda w ciągu roku więcej filmów niż mieszkaniec jakiegokolwiek innego miasta w USA*, wybór Seattle na filmową stolicę wydaje się być więc całkiem uzasadniony.
W 2014 roku festiwal obchodzić będzie swoje 40-ste urodziny, zapowiada się hucznie:)

Szczęśliwie się złożyło, że rzut beretem od naszego mieszkania znajdują się dwa kina sygnowane przez Siff: Siff Uptown i Siff Seattle Center. Uwielbiam je! Ci z Was, którzy znają i lubią krakowski ARS również zakochaliby się w nich bez pamięci - są to staromodne, pachnące (?) popkornem i dosyć kameralne miejsca, jedyne, w których znakomita większość projekcji to niezależne filmy.
Poza Siff w ciągu roku organizowanych jest też mnóstwo innych festiwali: kina polskiego (w tym roku przyjechał na niego Małaszyński, przyprawiając o palpitacje serca sporą część żeńskiej Polonii w Seattle - a przynajmniej takie mnie doszły słuchy:P), francuskiego, filmów latinoamerykańskich, wszystkie filmy DeNiro, Hitchcocka, maraton filmów z Terminatorem, itp. itd. Dla każdego coś miłego!


A dziś, żeby obudzić w sobie świątecznego ducha wybraliśmy się na niezwyczajny pokaz filmu "Willy Wonka" (oryginał z 1971r.). Dlaczego niezwyczajny? Po pierwsze - dawno nie widziałam takich tłumów ludzi dorosłych, na filmie dla dzieci:) Po drugie - a to już jest główny powód, seans ten to było tzw. "Smell-o-vision", czyli nie tylko mieliśmy film oglądać, ale i czuć.

Przy wejściu każdy widz dostał czerwoną siateczkę z tajemniczą zawartością, która została omówiona przed rozpoczęciem filmu. Dowiedzieliśmy się kiedy i z czego powinniśmy korzystać;)
Był tam między innymi: lizak do zjedzenia podczas pierwszej sceny w sklepie ze słodyczami; guma balonowa, którą mieliśmy zacząć żuć, gdy pojawiła się bohaterka-amatorka gumy do żucia; pasek zapachowy pachnący tytoniem, do powąchania, kiedy dziadek Charliego obiecuje rzucić palenie; przyrząd do puszczania baniek, który miał pójść w ruch podczas sceny z lataniem wśród baniek mydlanych i petarda-konfetii - do wystrzelenia w finałowej scenie. Choć to wszystko brzmi bardzo sucho, efekt był znakomity!

Na pewno nie bez znaczenia był fakt, że żadnego z filmów z Willym Wonka nie widziałam. Oryginał jest naprawdę świetny. Już samo to powodowało, że miałam niezły ubaw. A to jeszcze nic! Okazało się, że film ten to prawdziwy klasyk! Kiedy tylko aktorzy zaczynali śpiewać piosenki całe kino dołączało się do nich. Byliśmy więc otoczeni grupą dorosłych Amerykanów, śpiewających na cały głos o  Loompa Loompach czy Candy Man'ie,  puszczających bańki mydlane, ciamkających cukierki (jedna z instrukcji brzmiała "teraz zjedz imbirowego cukierka i chuchnij na swojego sąsiada") i puszczających petardy.
G-E-N-I-A-L-N-E.

PS. To nie jedyne z tego typu wydarzeń w Siff Cinema, np. w Boże Narodzenie odbędzie się śpiewanie ze Skrzypkiem na Dachu,  jakiś czas temu podczas maratonu z Terminatorem widzowie dostawali pistoleciki na gumowe kulki - po to, żeby wesprzeć Arniego w walce o przetrwanie ludzkości.


* Info ze strony siff. Wierzę im:)

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Proste jak drut

Paweł z tej strony, mój pierwszy post od dłuższego czasu. Chciałbym wrócić na chwilę do tematyki różnic między Ameryką a rodzimą Europą, bo to interesuje mnie najbardziej. Porozmawiajmy więc o topografii. Zdaję sobie sprawę, że nie brzmi zachęcająco, ale postaram się żeby było ciekawe!

Ameryka jest kanciasta. Możecie nie zdawać sobie z tego sprawy, choć nocną panoramę tutejszych miast widzieliście setki razy w filmach. W miastach USA dominują kąty proste, czyli prostopadłe krzyżówki i równoległe ulice. Tak zapamiętałem starą jak świat grę GTA 2, choć grając nie zdawałem sobie sprawy z tego, że toporność map gry oddaje po prostu tutejsze realia.



Seattle



Kraków



W zestawieniu z makaronem Krakowa, regularność Seattle kłuje w oczy. Nasz znajomy z USA, Adam, powiedział kiedyś że w Seattle jeździ się trudno i można się zgubić bo zdarzają się ukośne ulice. Wyobraźcie go sobie nawigującego przez zakamarki Nowej Huty.

Nie będę analizował przyczyn tych różnic, bo mało mnie interesują, chciałbym natomiast wspomnieć o konsekwencjach prostopadłości miasta. Po pierwsze, sensu nabiera słynna jednostka przecznicy (zwana tutaj "block"). Ludzie wskażą ci drogę wyznaczając kierunek i podając liczbę przecznic. Jedna przecznica to blisko, 10 to już kawałek drogi. Z naszego ulubionego Queen Anne do centrum miasta spaceruje się w zasadzie wzdłuż jednej ulicy, przez około 30 minut i jest to mniej więcej najkrótsza droga.

Ulice tu rzadko szczycą się wymyślnymi nazwami. Najczęściej nazywają je "Pierwszą", "Drugą", "Trzecią", "Piątą", a na przedmieściach "Trzysta pierwszą" czy "Trzysta piętnastą"... Numeracja ma swój ład i porządek. Najniższe numery to centrum miasta. Oddalając się od centrum, numery rosną. Nieodłączną częścią nazw ulic jest kierunek świata, a więc ulice na północ od centrum to ulice "Północne" lub "Północno Wschodnie". Spacerując po Seattle można więc wylądować na "Północno Wschodniej Ulicy Trzysta Piętnastej" (315 Ave NE) czy "Południowej Ulicy Czterdziestej Drugiej" (42 Ave S). Co więcej, stojąc na 42 S, wiemy że tuż obok będą ulice 43 S, 44 S itd. Czasem dzięki topornemu rozkładowi ulic, drogę uda się odnaleźć i bez mapy. Są tu oczywiście ulice nazwane na cześć, np. Mercer czy Terry Avenue, ale im dalej od centrum, tym ich mniej, a więcej bezpłciowych numerów. Tak jakby w miarę rozwoju miasta wyczerpały się pomysły.

Żyjąc w Stanach należy posiadać podstawową wiedzę na temat orientacji w terenie. Znak zakazu parkowania potrafi oznajmić, że "na zachód od znaku" parkować nie można i biada temu kto nie potrafi rozróżnić zachodu od wschodu. Autostrady cechują się tu podobną regularnością jak ulice w miastach. Z północy na południe biegną autostrady o numerach nieparzystych (np. nasze I-5, czyli Międzystanowa 5) a ze wschodu na zachód autostrady parzyste. Wjeżdżając na I-5 należy wiedzieć czy kierujemy się na południe czy północ, w przeciwnym razie wybierzemy złą rampę i zamiast do Kanady, ruszymy do Kalifornii.

Eleganckie ułożenie ulic względem kierunków świata ułatwia orientację w terenie. Że wyspa Bainbridge jest na zachód od miasta widać z okna wychodzącego na zachód i nie ma o czym gadać. Ciekawą konsekwencją są wschody i zachody słońca. Biuro Amazona mam na wschód od mieszkania, zmierzając do pracy kieruję się więc na wschód, prosto jak strzelił. Wynikiem tego jest słońce, które co rano świeci mi prosto w oczy. Dokładnie to samo dzieje się, gdy pod wieczór wracam z pracy, na zachód. A kiedy nie ma chmur, słońce świeci tu wyjątkowo mocno, jakby chciało pokazać na co je stać w te nieliczne dni gdy chmury dają szansę.

Tematyka spacerowania na małą skalę wyczerpana. Za jakiś czas powrócę do tematu i porozmawiamy o większej skali - Stanach i tym co amerykańskie jak nic, samochodach.


Zdjęcia zaczerpnięte z Internetu.

sobota, 14 grudnia 2013

Ciekawostki kulinarno-spożywcze odc.4: Spray cheese

O  "serze w sprayu" usłyszałam, kiedy zapytałam znajomych o najbardziej amerykański prezent, jaki mogłabym komuś dać.  O dziwo, była to jedna z pierwszych propozycji, jakie padły tego wieczora, ale ja i tak nie mogłam uwierzyć, że takie cudo naprawdę istnieje (ser w sprayu?!). "Amerykanie kochają ser (dowód dla ludzi o mocnych nerwach: KLIK!)  i fast food, spray cheese jest więc idealnym rozwiązaniem" - powiedział mi jednak z poważną miną kolega.

Z tej miłości urodził się "Easy Cheese" nazywany również "spray cheese". Po otwarciu mojej pierwszej 
(i ostatniej) puszki przekonałam się, że druga nazwa jest myląca - nie jest to ser w spreju, ale wyrób seropodobny pod ciśnieniem - coś jak bita śmietana;)

Tak czy siak - plus dla Amerykanów za fantazję;) Ser dostępny jest w smakach: cheddar, amerykańskim  i cheddar + bekon.  Jako ciekawostkę dodam, że Easy Cheese znalazł się w "Encyclopedia of bad taste", książce zawierającej listę najbardziej kiczowatych rzeczy, ludzi i miejsc amerykańskiej kultury.


sobota, 30 listopada 2013

Friendsgiving, Black Friday i cała reszta

W tym roku Święto Dziękczynienia spędzałam bez Pawła, który sobie siedzi właśnie w Polsce i po raz pierwszy od ponad roku może nacieszyć się rodziną, przyjaciółmi i dobrym polskim jedzeniem. 

Ci z Was, którzy śledzą tego bloga może pamiętają, że nasze pierwsze Thanksgiving w Stanach było wzorcowo amerykańskie - indyk, wspólna dziękczynna modlitwa i jedzenie do upadłego. W tym roku było inaczej, ale równie przyjemnie:) 
Na wspólny obiad dostałam zaproszenie od Kerry, Amerykanki tajwańskiego pochodzenia, o której już parę razy wspominałam przy różnych okazjach. Znakomita większość jej przyjaciół to Azjaci i prawie wszyscy goście na naszym dziękczynnym obiedzie mieli azjatyckie korzenie. 
Rozglądając się wokół siebie po raz nie wiem który myślałam, że to, co tak lubię w Stanach to różnorodność. Było nas tam 10 osób,  urodzonych na Tajwanie, w Chinach, Singapurze, Indiach, Polsce, może nawet w Ameryce (?); część ludzi wychowała się tu, inni przybyli niedawno. 
W takim multi-kulti gronie świętowaliśmy najważniejsze amerykańskie święto, tym razem bez indyka, ale z pierogami i schabowym!



Nie da się oczywiście nie wspomnieć o Black Friday czyli dniu, w którym ludzie tracą rozum i zamieniają się w zombie myślących tylko o przecenach. 
Znalezione w internecie + twórczość własna

Black Friday to dzień, który rozpoczyna świąteczna prezentową gorączkę. Wszyscy wstrzymują się z zakupami aż do owego magicznego dnia przecen. W tym roku Czarny Piątek wypadł wyjątkowo późno, żeby więc dać małego kopa gospodarce, która przecież napędzana jest legendarnym wręcz zamiłowaniem do zakupów, najwięksi sprzedawcy otwierają swoje sklepy już w czwartek i to nawet o godz. 17! 
Z roku na rok markety otwiera się coraz wcześniej. Zamiast tradycyjnego otwierania bram i radosnego tratowania się nawzajem o północy już po całym dniu spędzonym w gronie rodziny, zachęca się Amerykanów do krótszego celebrowania Święta Dziękczynienia, przerywania obiadu w połowie i pędzenia do centr handlowych na polowanie na przecenione szczoteczki do zębów i kolejną konsolę do gier.

W mediach dużo uwagi poświęca się problemowi pracowników sieci takich jak Wallmart czy Best Buy, którzy nie  tylko nie mają wolnego w Thanksgiving, ale również muszą pracować trzy razy ciężej. I tylko jakoś nikt nie zauważa faktu, że dopóki będą klienci gotowi zrezygnować ze świętowania i stać w kolejkach od wczesnego czwartkowego popołudnia, dopóty sytuacja pracowników się nie polepszy. 

W zeszłym roku bojkotowałam Black Friday (dużo bardziej odpowiada mi idea Cyber Monday, czyli taki Black Friday on-line, bez kolejek i ofiar śmiertelnych), ale w tym roku postanowiłam dać mu szansę. W piątkowe południe ruszyłam do Downtown i prawie natychmiast pożałowałam.  Ludzi było co najmniej tyle, co na papieżu w Krakowie, sparaliżowana komunikacja, masa policjantów, którzy kierowali ruchem i ... ogrom świątecznych dekoracji! W nocy z czwartku na piątek Ameryka stroi się w świąteczne szaty, w sklepach zaczynają puszczać kolędy i piosenki z dzwoneczkami, na każdym rogu spotkać można św. Mikołaja, który za drobna opłata pozwoli Twojemu dziecku zrobić sobie z nim zdjęcie. Uwielbiam Boże Narodzenie, no ale heloł!
Wracając do mojego Black Friday, to była to męka. Prawda - promocje są świetne,  ale tłumy ludzi wzbudzają moją agresję. Przyznać muszę, że ludzie mimo wszystko zachowywali się kulturalnie i starali się nie tracić rozumu w tym szaleństwie. Tylko jeden pan był lekko podenerwowany, kiedy zepsuły się ruchome schody i ludzie kierowani byli do windy oddalonej o całe 15 m. Ów jegomość ze świętym oburzeniem krzyczał, że "Takie rzeczy to mogą się dziać w Związku Radzieckim (!), ale nie w A-M-E-R-Y-C-E!". Zabawne:]

Summa summarum, zaliczyłam mój pierwszy i raczej ostatni Black Friday. Domyślam się jednak, że dla osób lubiących zakupy, Czarny Piątek jest jak wizyta w Disneylandzie;)

Na koniec parę czarnopiątkowych zdjęć;)

Choinki na Pike Place!

Dekoracje świąteczne


Może nie widać tego aż tak wyraźnie, ale wszystkie drzewa są przepięknie przystrojone lampkami =)

TŁUMY!

Polski akcent:) Ciekawa jestem, czy w PL te miski są tańsze;)


sobota, 9 listopada 2013

Pierwsze wrażenia po miesiącu w Google

Październik minął jak z bicza trzasnął. Trochę trwało, zanim się odnalazłam w nowej rutynie i przypomniałam sobie, jak szybko czas leci i jak krótki jest dzień, kiedy się chodzi do pracy;)
Do tego posta zbierałam się już parę razy, a więc teraz albo nigdy:P

Pracuję w Google od miesiąca i choć ciągle więcej rzeczy nie wiem niż wiem (i tak już prawdopodobnie zostanie), to paroma obserwacjami mogę się już podzielić.

Wszystkie opinie dotyczące Google  prezentowane przeze mnie na tym blogu są moimi własnymi.

Jak już pisałam w poprzednim poście, należę do zespołu rozwijającego Google Maps na urządzenia mobilne z Androidem. Dopiero się wdrażam, ale już wiem, że będę się zajmować rozpoznawaniem mowy i obsługiwaniem instrukcji głosowych, czyli mówiąc prosto tym, żeby Twój telefon rozumiał, co do niego mówisz podczas korzystania z map;)

Zespół mam świetny, co bardzo mnie cieszy, bo w końcu to ze swoim zespołem najwięcej czasu spędzamy i najmocniej się identyfikujemy. Moi koledzy i koleżanka (yay!) są nie tylko niesamowicie mądrzy i chętni do pomocy, ale też super zabawni, co jest tak samo ważne;)

Jeśli chodzi o samą firmę, to co mnie najbardziej urzekło, to zaangażowanie każdego pracownika w to, co się w Google dzieje i jak się to przekłada na wspólny sukces (bo sukces firmy to sukces pracowników). Na cotygodniowych spotkaniach, na których zawsze jest choć jeden z dwójki założycieli firmy, każdy pracownik może zadań pytanie lub poddać w dyskusję jakąś decyzję zarządu (spotkania są transmitowane we wszystkich biurach Google, które znajdują się w sensownych strefach czasowych). Rozmawia się też o nowych produktach, konkretnych rozwiązaniach. Nie pracowałam nigdy wcześniej dla wielkich korporacji, ale wydaje mi się to dość unikatowe. To, jak również i fakt, że poza super tajnymi projektami, Google nie ma przed pracownikami żadnych tajemnic (a i te super tajne też ponoć wyciekają prędzej czy później:P). 

Zastanawiam się, o czym powinnam napisać i w zasadzie nie wiem, bo ciężko mi zdecydować, co Was może interesować. Pewnie 99% dobrych rzeczy, które słyszeliście o Google jest prawdą. Prawdą jest to, że praca dla tej firmy ma być dobrą zabawą - i jest. Nie tylko dlatego, że w świetnej atmosferze robisz produkty używane przez miliony ludzi każdego dnia, ale też możesz pracować nad kosmicznymi ideami, które z czasem nabierają kształtu i które nigdzie indziej nie zostałyby rozwijane (jak Google Glass czy samosterujące samochody). 

Gadżeciarą nie jestem, ale Google Glass chce!

Prawdą jest to, że Google bardzo dba o swoich pracowników - darmowe jedzenie, masaże, pokoje gier, długaśna lista benefitów, której nawet w połowie jeszcze nie przejrzałam, to wszystko, żeby pracownik miał się dobrze.

Prawda jest też to, że Google robi masę dobrego. Możecie być pewni, że w każdej chwili jakiś zespół pracuje nad czymś, co ma pomoc jakiejś grupie ludzi pokrzywdzonej czy to przez biedę, wojny, kataklizmy czy reżimy.  
Zdaję sobie sprawę, że zaczynam brzmieć jak akwizytor usiłujący coś sprzedać, ale zapewniam Was, że taka jest prawda - bardzo dużo uwagi poświęca się na to, w jaki sposób Google może wykorzystać swoje zasoby i pozycje, żeby komuś pomóc. I za to też uwielbiam tą firmę - jest tu masa wizjonerów, ludzi ultra-mądrych i kreatywnych, którzy swoją energię pożytkują, tworząc niesamowite projekty dla dobra ogółu.

Jak się pewnie możecie domyślić, praca w takim miejscu, wśród tylu genialnych umysłów może też być trochę przytłaczająca:) Zdecydowanie jest, zwłaszcza dla nowych pracowników, na szczęście Googlersi zdają sobie z tego sprawę. Dużą wagę przywiązuje się do w miarę bezbolesnego wdrożenia świeżaków, choć zderzenie z ilością wiedzy, nowych technologii i rozwiązań jest bolesne. Okazuję się, że impostor syndrome, o którym kiedyś wspominałam TU jest częstym problemem i dokłada się wielu starań, żeby Nooglerzy nie zostali całkiem przytłoczeni. Z bardzo dużą wyrozumiałością się do nas, nowych pracowników podchodzi. Jestem pewna, że gdyby nie to, że mogę spokojnie pracować w swoim, na razie BARDZO wolnym tempie z zapewnieniami managera, że to jest ok i że minął miesiące, zanim przyspieszę, zjadłby mnie stres i obawa, że jak nie dziś, to jutro na pewno mnie wywalą.
Kolejny przykład - w moim zespole mam samych native speakerów. Kiedy zaczynają dyskutować o jakichś konceptach dość szybko zaczynam się gubić w slangu i akronimach, które z uwielbieniem używają. Czasem jest to tak zniechęcające, że mam ochotę wyjść na środek i zacząć krzyczeć po polsku, żeby zrozumieli jak to jest nic nie rozumieć:P Mój angielski jest dobry, ale w Google pracuje masa ludzi, których znajomość języka jest bardzo słaba. Wyobrażam sobie, jak stresujące jest to dla nich, skoro jest i dla mnie. I tu firma ma rozwiązanie  w postaci darmowych lekcji angielskiego. Już się zapisałam;)

Mogłabym jeszcze mnożyć podobne przykłady, ale po pierwsze: ten post zaczyna się niebezpiecznie rozrastać, więc pora kończyć, żeby Was  nie zanudzić, a po drugie: tytułu najlepszego pracodawcy nie dostaje się za nic, więc to mówi samo za siebie;)
Jeśli jednak  macie jakieś pytanie, pytajcie, a chętnie odpowiem:)




sobota, 12 października 2013

Noogler Orientation

Pisze ta notkę z lotniska. Minął tydzień w Mountain View, moje pierwsze 5 dni w Google. Jak było?  W wielkim skrócie - super.

Na początku chce zaznaczyć, ze wszystkie opinie prezentowane przeze mnie są moimi własnymi, nie firmy.

Od czego wiec zacząć?  Może od tego, ze jestem padnięta!  Ilość wiadomości i wrażeń,  jakie dostarczono wszystkim Nooglerom* jest naprawdę przytłaczająca. Sesje zaczęliśmy w poniedziałek o 8 rano** w budynku z uroczym Androidem - Nooglerem przed głównym wejściem. Założyliśmy konta w systemie, zrobiono nam zdjęcia do identyfikatora, a następnie poszliśmy na szybkie śniadanie do pobliskiej kawiarni, z pełnymi brzuchami zaś prosto do sali wykładowej, w której czekał już na nas nowy i pachnący laptop i T-shirt.

Nie mogę i nie będę wdawać się w szczegóły szkoleń.  Większość z nich była naprawdę interesująca, np. o tym, jak działa search czy o wewnętrznej architekturze systemu. W Google ufa się pracownikom i już od pierwszego dnia odkrywa przed nimi tajemnice firmowe. Mozgi nam spuchły od liczb;)

Android Noogler. Kolorowa czapka ze śmigłem to symbol Nooglera;]

W porze lunchu każdego Nooglera odebrać miał manager/mentor. Moj czeka na mnie w Seattle, ale tymczasowym gospodarzem został PM z biura w Kalifornii. Facet był tak miły  ze specjalnie dla mnie przyniósł Google Glasses, pomyślał, ze może chciałabym się  pobawić. Super, nie?;) Resztę popołudnia spędziłam w budynku zespołu Google Maps, poznając kolegów z zespołu w Kalifornii i próbując odnaleźć się w labiryncie korytarzy;)

Każdy dzień wyglądał podobnie - z mojego tymczasowego mieszkania dojeżdżałam GBusem na kampus i najpierw szlam na śniadanie. Później zajęcia, przerwa na było i znów zajęcia.  Nie znaczy to, ze było nudno, oj nie;)  W międzyczasie spora frajdę czerpałam z poznawania kampusu. To miejsce jest jak z bajki, przypomina jedna wielka wyspę skarbów:) Co krok znajdowałam coś interesującego, zakręconego  ciekawego lub dziwnego, jak np. szkielet T-rexa, którego obsiadły flamingi.



 Każdy budynek, a jest ich bardzo dużo,  ma unikalny wystrój i przeważnie coś charakterystycznego, np.: przed budynkiem zespołu mapowego stoi dobrze wszystkim znany z Google Maps czerwony 'balonik' do oznaczania lokalizacji. Moim faworytem jest budynek Androida, nie tylko ze względu na kolekcje figurek na zewnątrz.  Środek jest jeszcze bardziej ciekawy - tuz przy wyjściu stoi wielki metalowy obcy (ci, którzy byli na FMF rok temu będą kojarzyć ten styl;)), a już sekcja dostępna tylko dla pracowników ma świetny wystrój i sporo motywów androidowo-robotowych. No i pokój gier rządzi, grałam w Pacmana przy oryginalnym stole do gier, ha!




Drugim ulubionym elementem krajobrazu są GBike's, czyli urocze kolorowe rowery w rożnych kształtach i wariantach (widziałam nawet kogoś na monocyklu!) . Ludzie śmigający miedzy rożnymi punktami kampusu na kolorowych rowerach to bardzo pozytywny widok! 


Jedzenie jest jednym  z ważniejszych tematów w Googlu. Serio:] Zacznę od zapoznania Was z dwiema zasadami - zasada 150 i zasada 15. Ta pierwsza mówi  ze Googler nigdy nie znajduje się dalej niż 150 stop od jedzenia a druga, ze przeciętnie w przeciągu 3-mcy każdy nowy pracownik tyje 15 fontów.  Związek miedzy 1 a 2 nieprzypadkowy:P
Jednym z pierwszych linków  jakie dostaliśmy na szkoleniu zawierał menu i godziny otwarcia kawiarni, jedyna wskazówką  jaka dostałam od mojego managera z Seattle było 'próbuj jedzenia w jak największej ilości miejsc';) 
A miejsca są świetne! Po pierwsze, jest ich masa. Masz ochotę na japońską kuchnie - idź do Cafe Atom! Może chińszczyzna?  - Sprawdź menu w Jia. Nie możesz zdecydować czy chcesz hinduskie, amerykańskie czy może meksykańskie jedzenie - idziesz do Charlie's, masz ochotę na wypasiona kanapkę - odwiedź Go!, a może smoothie? - idź to Slice, itp. itd. 


Co mi się jednak najbardziej podobało i urzekało każdego dnia, to kultura firmy. Wszyscy są niesłychanie mili, pomocni i tryskający energia. Cały kampus wydaja się nią buzować. Widać  ze ludzie tu pracujący są szczęśliwi, sami tez przyznają ze do tego bardzo rozpieszczeni;) A jeśli im już coś nie pasuje, maja okazje osobiście powiedzieć o tym założycielom Google'a na cotygodniowym spotkaniu. Tradycja jest, ze co tydzień pojawia się co najmniej jeden z nich, przez 15 lat działania firmy nie było wyjątku. W tym tygodniu miałam okazje uczestniczyć na tgif, na którym byli oboje i Larry i Siergiej:) 
Choć brzmi to naiwnie i pewnie kręcicie głowami z politowaniem, ale niesłychanie duży nacisk kładziony jest na dobra atmosferę pracy i to po prostu czuć i widać.


Jak wiec widzicie, jestem kompletnie zauroczona moim nowym miejscem pracy. Podoba mi się, ze jestem częścią czegoś dużego i ze moj pracodawca ma jasne zasady,  których się trzyma i które definiuje jako kluczowe dla dalszego działania. Każdy pracownik pracuje na wizerunek firmy i dlatego tak duża wagę poświęca się np. na szkolenia o bezpieczeństwie danych użytkowników.

I ostatnia obserwacja. Kampus Googla w Mountain View to państwo w państwie,  w którym Twoim paszportem, dowodem osobistym i karta kredytowa jest identyfikator. Doszłam do takiego wniosku, kiedy któregoś z kolei dnia zaczęłam się zastanawiać, gdzie właściwie jest mój portfel? Codziennie jestem zawożona do pracy, w której mnie karmią  poją,  uczą,  zrobią masaż, obetną włosy,  zaszczepia przeciwko grypie (i tak dalej i tak dalej) a na koniec dnia odwiozą z powrotem do domu. Przez tydzień nie wyciągałam portfela!

*Noogler = New Googler, czyli swiezak;)
**Gdybym miała na imię np. Zosia mogłabym pospać dłużej i zacząć szkolenie od sesji południowej  bo ze względu na ilość nowych pracowników zaczynających prace tego samego dnia(niech żyją wizy!) podzielili nas na dwie grupy.



czwartek, 3 października 2013

The final countdown

Nie, nie zaczęłam jeszcze pracy. Tyle osób pyta mnie o pierwsze wrażenia, że poczuwam się do wyjaśnień:)

Moja wiza ważna jest od 1 października, który w tym roku wypadł we wtorek. Pracę zaczyna się tu od poniedziałku, w związku  z tym, do paru miesięcy czekania dostałam jeszcze jeden tydzień:)

Godzina zero zbliża się wielkimi krokami i aż nie mogę uwierzyć, że zacznę pracować dla Google. Pierwszy tydzień spędzę w Mountain View na szkoleniu. W najbliższą niedzielę wylatuję z deszczowego Seattle do słonecznej i gorącej Kalifornii (muszę wygrzebać znów letnie ciuchy!). Zapowiada się super! Zobaczę kampus głównej siedziby, pojeżdżę kolorowymi googlowymi rowerami i pojem dużo dobrego jedzenia. No i poznam wszystkie firmowe tajemnice;)

Miałam być w teamie Google Cloud, ale ostatecznie wylądowałam w Google Maps Mobile. Dzięki mnie nie będziecie więc błądzić:D W zeszły poniedziałek spotkałam z moim managerem i kolegami z zespołu, wszyscy bardzo mili i przyjaźni. I zgadnijcie co! Po raz pierwszy w historii będę mieć koleżankę w zespole! Łałałiła!:D

znalezione w internecie

poniedziałek, 30 września 2013

1000 filiżanek kawy. 4: Najpierwszy Starbucks na świecie!

Dzisiejszy post dedykowany jest Magdzie B. vel Megi vel Blondi, która jest największą fanką kawy z zielonym logo, jaką znam. Megi, dzięki za cierpliwość:D

Kiedy trójka przyjaciół postanowiła w 1971 r. otworzyć swoja własną palarnię i sklep z kawą, na pewno nie przypuszczali, że rozrosną się na ponad 60 krajów, a ich marka stanie się  rozpoznawalna na całym świecie.
Spójrzcie na poniższą ikonę reprezentującą najbardziej znane firmy z każdego stanu. Ktoś mógłby pomyśleć, że Waszyngton reprezentowany będzie przez Amazon czy Microsoft, ale nie, jest to założony tu w Seattle Starbucks;)



znalezione w internecie


Pierwszy sklep otwarty został w 1971 r. przy Western Avenue, ale w 1976 r. przeniesiono go w pobliże Pike Place Market i z jakiegoś powodu to ta lokalizacja (zdecydowanie bardziej trendy;)) funkcjonuje jako pierwszy Starbaks. 

Miałam parę podejść do tego posta, za każdym razem nie byłam zadowolona ze zdjęć i niestety tak samo jest tym razem. Powód jest prosty - choć w Seattle Starbucksów jest bez liku (bardzo często parę stoi obok siebie), to w tym jednym zawsze, zawsze są tłumy! Zdecydowanie nie jestem typem, który pcha się wszędzie z aparatem i jakąś ogromną fanką  ich kawy też nie jestem, więc nie będę już tam wracać i pójdę na łatwiznę, prezentując Wam zdjęcia znalezione w sieci. Megi, chcesz więcej fot, to sama sobie zrób, zapraszamy :D



I to moje, żeby nie było, że oszukuję!






piątek, 27 września 2013

Na gorąco

Właśnie wróciliśmy z koncertu Anathemy. Zaczęłam ich słuchać jeszcze jako nastolatka, nawet się nie będę przyznawać, ile lat temu. Oczywiście nie mogłam przepuścić okazji, żeby zobaczyć ich na żywo tym razem w Seattle!

Jak zwykle dali świetny show, tu nie było niespodzianki. I Paweł i ja byliśmy zachwyceni wokalem i energią braci Cavanagh & Co. Co zaskoczyło, to cena biletu - 17$ to przy polskich 90-100zł, które płaciliśmy w Krakowie to praktycznie darmocha, oraz miejsce - Studio Seven to malutki klub, bardzo kameralny, scena była dosłownie na wyciągnięcie ręki. Byłam w ekstazie mając Dana i Vincenta tak blisko;) Ostatnia miła niespodzianka to perkusista z Lizbony, na którym z przyjemnością można było zawiesić oko;)

Po raz kolejny pluję sobie w brodę, że nie wzięłam aparatu, chyba muszę sobie wypracować ten nawyk. Ale parę fot z telefonu oczywiście jest.




Nie wiedzieliśmy nawet, że to ich pierwsza trasa w USA, jeśli więc ktoś z Was ma jeszcze okazję ich gdzieś usłyszeć na żywo - gorąco polecam!


wtorek, 24 września 2013

365 dni i nocy

Dokładnie rok temu - 24 września przylecieliśmy do Stanów. Aż ciężko uwierzyć, że tyle czasu minęło! 

Mimo ciągłej tęsknoty za Polską, za rodziną i przyjaciółmi, mimo wszystkich wad Ameryki i amerykańskiego stylu życia, mimo mojego przymusowego etatu kury domowej, który odbijał się też na Pawle - to był naprawdę dobry rok i grzechem byłoby nie powiedzieć tego głośno!:) 
Poznaliśmy super ludzi, odwiedziliśmy miejsca, o których nam się nie śniło, czerpiemy garściami wszystko, co dobre z mieszanki kulturowej w jakiej żyjemy i codziennie cieszymy się z możliwości, jakie się przed nami rozpościerają. 
Paweł bardzo lubi swoją pracę, rozwija się i awansuje, a ja - cóż ....

wpis z mojego geobloga z 11.11.2012:)
.... wypełniłam plan w 100%:)

Tak, to był dobry rok!


piątek, 20 września 2013

1000 filiżanek kawy. 3: Bedlam Coffee

Odkryłam to miejsce przypadkiem. Gdzieś w internecie wyczytałam, że serwują tu 'Nutella Mocca'. Czy może być coś lepszego niż połączenie nutelli i kawy?;) W menu wyróżniały się też kawa lawendowa i różana, kuszące:)
Umówiłam się tam z Priscillą, dziewczyną Anthonego, która niedawno przeprowadziła się do Seattle. Aż nie do wiary, że ja jestem tu już prawie rok!

A samo miejsce świetne. Wystrój niebanalny i oryginalny, pod tym względem Bedlam jest w czołówce wszystkich kawiarni, jakie odwiedziłam w życiu. Jest rockowo, z pazurem, inaczej. Trochę graciarnia, ale urządzona ze smakiem. Nazwa zobowiązuje;)
Zdecydowanie must see.
Zapomniałabym o najważniejszym - kawa pyszna!

(żałuję, że wzięłam mały aparat, bo zdjęcia mogłyby być lepsze. Tak, tak, wiem, że 'złej baletnicy przeszkadza rąbek u spódnicy, ale stać mnie na więcej)


czwartek, 19 września 2013

O jedzeniu w Stanach, jego jakości i ogólnie o tym dlaczego jest do bani:]

Uwielbiam jeść, wie to każdy kto mnie zna i może się tego domyślić każdy, kto mnie spotka;) 
Mimo tego, że spożywanie pokarmów jest jednym z moich hobby, jem aby żyć a nie odwrotnie. Dużą wagę ( :] ) przywiązuję do jakości produktów i ich pochodzenia, zwłaszcza odkąd przyleciałam do Stanów.



To, co zastałam po przyjeździe tutaj to JAKAŚ MASAKRA PO PROSTU.

Pierwsze spostrzeżenie - nigdy mi się nie zdarzyło, żeby w jakimkolwiek super czy hipermarkecie w PL parę alejek było poświęcone jedynie ciasteczkom i batonikom. To już chyba mówi samo za siebie...

Kolejna rzecz - trudno na sklepowych półkach znaleźć coś, co nie zostało wcześniej przetworzone. Żywność w puszkach, słoikach, pudełkach, gotowa do zjedzenia po 5-cio minutowym podgrzaniu w mikrofalówce to fundament amerykańskiej diety. Najlepiej dodać do tego jeszcze litr coli, w końcu to tylko 1$ więcej.



"Dlaczego warzywa i owoce są tak drogie?" pytam siebie przy każdej wizycie w sklepie.  Za jedną paprykę zapłacisz min. 1$, czyli tyle, co za wspomnianą wcześniej colę. Duży kalafior to z kolei równowartość mrożonego dania typu 'makaron z sosem'. Ach, no i nie mówię o warzywach organic, tylko takich 'zwyczajnych'. 
Zdrowe odżywianie to przywilej dostępny jedynie tym, którzy nieźle zarabiają. Na targowiskach nie spotkasz tych, którzy, jak u nas, przychodzą tu z oszczędności, bo za kilogram ziemniaków zapłacą 50 gr mniej. Świat stanął na głowie, na podstawowe jarzyny, które w mniej rozwiniętych krajach kosztują grosze i rosną na większości działek, tu nie każdego jest stać.
Dziwicie się, że społeczeństwo amerykańskie jest takie otłuszczone? Ja już przestałam, na takiej diecie nie ma mowy o utrzymaniu zdrowej sylwetki.



Czwarte spostrzeżenie - dlaczego marchewka mięknie i rozpuszcza się, zamiast gnić...? Jak do tej pory żadne warzywo mi jeszcze nie spleśniało. Wszystkie... wymiękły. Chyba lepiej się nad tym nie zastanawiać.

Mam dla Was jeszcze jedną ciekawostkę, o której też już chyba gdzieś wspominałam. Jajka. W Polsce wszystkie jajka sklepowe muszą mieć przydzielane klasy informujące o tym, w jakich warunkach hodowane są nioski, czym karmione i generalnie mówiące o tym, jak szczęśliwa była kura znosząca to jajo. W Stanach jajka klasyfikuje się na podstawie ... czystości skorupki. Serio. 

Jeśli nie macie jeszcze dość, to swego czasu czytałam trochę więcej o tym, co można znaleźć w tutejszym jedzeniu. Oto przykład substancji zakazanych w UE (ze względu na szkodliwość, rakotwórczość, itp), które w Stanach spotykane są co krok:
  • Arszenik. Tak jest, ta trucizna. Karmi się nim kurczaki, żeby szybciej rosły i bardziej tyły na tej samej diecie. Ale oficjalny powód jest taki, że arszenik zabija pasożyty w drobiu, szkoda tylko, że skutkiem ubocznym jest kupowanie rakotwórczego mięsa. 
  • Bromian potasu, czyli ulepszacz wykorzystywany do wypieku większych i pulchniejszych chlebów. Może powodować uszkodzenia nerek czy systemu nerwowego, raka.
    Niech żyje domowy chleb na zakwasie!
  • Sztuczne (wyprodukowane przez człowieka) hormony wzrostu rBGH i rBST wstrzykiwane krowom, żeby produkowały więcej mleka. U ludzi powodują raka piersi, prostaty i jelita grubego.
  • BVO (Brominated vegetable oil) czyli olej z bromem. Opatentowany jako substancja ognio-odporna, dzisiaj może być znaleziona w cytrusowych  napojach energetycznych i nie tylko (Fanta, Mountain Dew, dawniej również Cola). BVO może powodować wady wrodzone u noworodków, utratę słuchu, pamięci i inne uszkodzenia systemu nerwowego.
Które z europejskich produktów są zakazane w Stanach?
  • Kinder jajo, bo dziecko może się zakrztusić zabawką i zrobić sobie krzywdę
  • Niepasteryzowane mleko i produkty mleczne - nie we wszystkich stanach, niektóre wprowadzają limity na ilość mleka prosto od krowy, które można kupować
Nie zrozumcie mnie źle, Stany wypadają dużo gorzej w tym porównaniu, ale jestem przekonana, że w europejskim jedzeniu też można znaleźć dużo za dużo syfu. Tu jest go jednak szczyptę więcej;]


Na koniec ciśnie się pytanie - czy możliwe jest zdrowe odżywianie się w Stanach? Na pewno tak. Wymaga jednak więcej wysiłku, czasu i pieniędzy.