piątek, 22 marca 2013

Drugi dzien wiosny w Seattle

Pogoda dzis nawet nie wiosenna, ale letnia!
A ze dochodza mnie sluchy, iz w Polsce szykuja sie biale swieta, mam dla Was troche zdjec z dzisiejszego spaceru po slonecznej okolicy Queen Anne.
(a pelnowymiarowe >>tutaj )


to jest pokrowiec na motor:)
Dla wszystkich znajomych programistow;)

środa, 20 marca 2013

"Wałkowanie Ameryki" Marka Wałkuskiego

W dniu wylotu do Stanów dostałam od Moniki i Wojtka (jeszcze raz dziękuję!) ksiązkę "Wałkowanie Ameryki" autorstwa korespondenta Polskiego Radia - Marka Wałkuskiego. 
Gorąco, gorąco polecam wszystkim! Nie tylko tym, którzy myślą o wyjezdzie do USA, ale każdemu, kto jest choć odrobinę ciekaw skąd się bierze pewność obywateli Stanow, ze USA to najlepszy kraj na świecie;)
Książka ta to zbiór ciekawych informacji o mentalności, zwyczajach, stylu życia i 'duchu' Ameryki.  

Jeszcze raz - polecam i dla zachęty pozwolę sobie zacytować fragment opisu z portalu lubimyczytac.pl

Światowe supermocarstwo czy kolos na glinianych nogach? Ostoja wolności i demokracji czy dżungla, w której ludzie sami wymierzają sprawiedliwość? Przystań dla imigrantów czy miejsce, gdzie przybysze z zagranicy są obywatelami drugiej kategorii? Neutralne światopoglądowo państwo czy kraj fanatyków religijnych? Jakie naprawdę są Stany Zjednoczone? I jacy są Amerykanie? Inteligentni, życzliwi, otwarci, bezpośredni i optymistyczni? A może niedouczeni, zarozumiali, ograniczeni, nietolerancyjni i aroganccy? Otwarci na świat czy zaściankowi? Pewni siebie czy zakompleksieni?

Oddajemy w ręce Czytelnika książkę Marka Wałkuskiego, dziennikarza radiowej "Trójki" i wieloletniego korespondenta Polskiego Radia w Waszyngtonie. W charakterystyczny dla siebie, dowcipny i przenikliwy sposób autor opowiada o życiu w Stanach Zjednoczonych i specyfice tego wielkiego kraju, z jego ogromną powierzchnią, liczbą mieszkańców, różnorodnością kulturową, kontrastami społecznymi i wyzwaniami, jakie Ameryka stawia przed przybyszem z Europy.

Zamiast łatwego krytykowania Stanów Zjednoczonych Marek Wałkuski stara się, aby czytelnik zrozumiał Amerykę. Pisze ciekawie, ale nie ogranicza się do samych ciekawostek. Przełamuje stereotypy na temat Amerykanów i ich kraju. Patrzy na USA z życzliwością i nie wierzy w ogłaszany przez wielu "mędrców" schyłek Ameryki.


(zrodlo: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/150999/walkowanie-ameryki, grafika:  http://empik.com )


PS. Mam pracę:) Skonczyłam dziś wypełniać wszystkie formularze niezbędne do złożenia aplikacji o moją wizę. Teraz pozostaje mi trzymać kciuki:)

piątek, 8 marca 2013

Poszukiwanie pracy w USA

Temat dzisiejszego posta to zarazem powód, dla którego milczałam ostatnimi czasy. Szukanie pracy i przygotowywania do rozmów pochłonęły całą moją energię i uwagę.
Dziś jest piątek, pogoda przecudowna (siedzę przy otwartym balkonie w bluzce z krótkim rękawem - zazdrośćcie!:)) i w końcu poczułam odrobinę luzu i się relaksuję. Jest to dobra okazja, żeby napisać Wam o kolejnych różnicach między Polską a USA, tym razem w kontekście procesu rekrutacyjnego.

Uwaga - wszelkie informacje i wskazówki związane są z moją branżą -  IT.  Nie mam pojęcia, czy cokolwiek z tego, co tu piszę może się przydać komukolwiek niezwiązanemu ze światem komputerowców:) *

Na początku powinniście wiedzieć, że rejon Seattle to drugie, zaraz za Doliną Krzemową, centrum amerykańskiego świata IT. Główną siedzibę ma tu Amazon, rzut beretem stąd - w Redmond jest  Microsoft. Poza tym Google, Facebook, Ebay, Adobe, Nintendo, Cisco, Hula, Expedia, Netflix i masa innych. Gospodarka nakręcana jest przez nerdów z całego świata, którzy przyjeżdzają tu pracować, zarabiać i wydawać swoje dolary. Nic więc dziwnego, że Seattle to jedno z droższych miast w USA, skoro spory procent mieszkanców zarabia krocie w branży IT.

Przed wyjazdem miałam sporo obaw wynikających z braku wizy pracowniczej. Mówiłam sobie jednak, że przecież znalezienie pracy tu nie powinno być trudne. Wybór pracodawców wielki, a kto by nie chciał zatrudnić takiej bystrej programistki?

Niestety, przyszło mi się rozczarować. Bo choć potencjalnych miejsc pracy jest sporo, większość z nich dostępna jest tylko dla osób już posiadających pozwolenie o pracę.  Niewiele firm ma czas, pieniądze i ochotę bawić się w sponsorowanie wiz. Zwłaszcza, że w najgorszym wypadku od złożenia oferty do momentu rozpoczęcia pracy może minąć rok - w zależności od tego, w którym momencie roku wizowego zaczyna się cała procedura.

Myślę, że powinnam wyjaśnić, o co w ogóle chodzi z tymi wizami.  Wiza, która umożliwia pracę na terenie USA m.in. w branży IT to wiza H1B.  Co roku wydawanych jest niewiele ponad 65 tys. wiz tego typu, jest to wielkość nieprzekraczalna. Aby ją dostać, trzeba najpierw znaleźć pracodawcę, który zechce Cię zatrudnić i ją zasponsorować (oraz zająć się  wszystkimi formalnościami - a papierkowej roboty jest masa!). Firmy mogą aplikować o wizy dla przyszłych pracowników od 1 kwietnia każdego roku.  W praktyce więc najlepiej zacząć szukać pracy około stycznia/lutego. 

 Z szukaniem pracy trzeba się jednak spieszyć. 2 lata temu pula wiz H1B wyczerpala się w listopadzie, rok temu w czerwcu, a z każdej strony słyszę, że w tym roku może to być nawet maj! 
Jeśli już jesteś szczęśliwcem, który znalazł sponsora i wiesz, że załapiesz się na wizę, pracę i tak możesz zacząć 1 października - dopiero wtedy Twoje pozwolenie na pracę nabiera ważności.

Z praktycznego punktu widzenia znaczy to mniej więcej tyle, że:
  • Jeśli nie znajdziesz sponsora przed kwietniem, szansa na to, że zaczniesz pracować w tym roku, jest praktycznie zerowa. Twoje wakacje przedłużają się  o rok.
  • Nie każdy pracodawca ma ochotę zatrudniać pracownika dostępnego dopiero za 6-8 m-cy i jeszcze za to placić.
Nie zdziwi Wam pewnie więc fakt, że wiele firm nawet nie chce rozmawiać z kandydatami nie posiadającymi pozwolenia na pracę, a sponsorami wiz są głównie giganci, których stać na wynajęcie zewnętrznych firm przeprowadzających procedury wizowe.

Nie wiem, ile CV (tu nazywanych 'resume') wysłałam i ile rozmów telefonicznych odbyłam. Większość z nich kończyła się w momencie, gdy okazywało się, że nie mam wizy H1B - wtedy entuzjazm moich rozmówców umierał w momencie;)

Udało mi się na szczęście zainteresować też parę firm, którym mój brak wizy nie przeszkadzał. 

Jako ciekawostkę dodam, że udało mi się to nawet pomimo mojego 'skrajnie europejskiego CV' - bo tak zostało ono określone przez pomocnego rekrutera z Amazon. Pochodzi on z Wielkiej Brytanii i powiedział mi któregoś dnia, że dla niego moje CV jest super, ale od razu widać, że nie jestem stąd - za dużo mam technicznych informacji a za mało chwalenia się, jakie super były te projekty w których uczestniczyłam.

Jeśli więc przygotowujecie CV dla amerykańskiego pracodawcy pamiętajcie, żeby:
  • nie używać wypasionego formatowania czy grafik - każda większa firma ma własny system formatowania i Twoje super CV rozjedzie się w nim kompletnie!
  • broń Boże, nie dodawać zdjęcia! Ja oczywiście dałam, bo w PL to jest standard. Pawła manager powiedział, że pracodawcy tego nie lubią, bo jest to podstawa do procesowania się w razie nieotrzymania oferty pracy (Nie dostałaś pracy? Oskarż firmę o dyskryminację farbowanych blondynek z niebieskimi oczami!)
  • pisząc o swoim doświadczeniu, dodaj informacje o zespole w jakim pracowałeś, o tym, co udało Ci się uzyskać, co wniosłeś do produktu. Napisz koniecznie, dlaczego Twoj produkt był taki super
  • musisz się umieć sprzedać. Długie godziny spędziłam, przerabiając CV na amerykanski styl pt. "patrzcie jaka jestem mądra i ile super rzeczy zrobiłam", ale Amerykanie tacy właśnie są. Dumni z siebie, dumni ze swoich osiągnieć. "JA" jest na pierwszym miejscu. Nawet jeśli jesteś członkiem zespołu pracującego nad czymś, mów "JA zrobiłam/łem", zamiast "zrobiliśmy"
Mimo wszystkim rażących błędów - zdjęcia, pięknego formatowania z gwiazdkami oznaczającymi poziom zaawansowania, niewychwalaniu siebie pod niebiosa, moje CV zadziałało:)

Obecnie rekrutuje się do czterech firm: Google, Amazon, Tableau Software i Microsoft. Wprawdzie nie mam zbyt wiele doświadczenia zawodowego, ale za to spore w odbywaniu rozmów o pracę;) W Polsce informatyk po AGH ( i nie tylko) nie ma żadnego problemu ze znalezieniem miejsca, w którym może się rozwijać. Wybór zazwyczaj jest wielki, dlatego starałam się chodzić na rozmowy w wiele różnych miejsc, zanim podejmowałam decyzję.
Każde ze spotkań wyglądało podobnie - zazwyczaj trwało około dwóch godzin, podczas których padało parę pytań o projekty, w których brałam udział, uczelnię, temat pracy magisterskiej. W niektórych firmach pierwszym etapem była rozmowa z HR i odpowiadanie na masę ogłupiających pytań, których osobiście nie cierpię, a dopiero później był czas na techniczną rozmowę.
Techniczna rozmowa była odpytywaniem z języka programowania i z technologii, które znasz. Do tego jakieś ogólne pytania o podstawy informatyki, wzorce projektowe. Pytania, czasami bardzo szczegółowe, były zorientowane na narzędzia i frameworki. Sprowadzały się do weryfikacji Twojej znajomości  wszystkich pięknych rzeczy wymienionych w CV. Bardzo rzadko trzeba było pisać kod, a częściej odpowiadać na wyrywkowe pytania o losowe zagadnienia czy rozwiązywać 'testy wiedzy o...'.

Wydawało mi się, że ma to sens - w końcu skoro aplikujesz na stanowisko 'Programista Java', to Jave powinieneś mieć w jednym paluszku, prawda?
Tu podejście jest inne. 
Zamiast wałkować cię na lewo i prawo z Javy i powiązanych technologii, rekruterzy sprawdzają, czy potrafisz myśleć i jak potrafisz myśleć. A jeśli przy okazji umiesz Jave - to fantastycznie! Ważniejsze jednak jest to, czy myślisz efektywnie, czy potrafisz dostosowywać się do zmiennych warunków, czy potrafisz zaprojektować i napisać coś, co będzie działać tak samo dobrze dla jednego użytkownika i miliona użytkowników (temat skali i skalowalności jest tu niezmiernie ważny, ale nikt nie oczekuje, ze od razu po studiach będziesz w stanie zrobić cuda - liczy się to, jak podchodzisz do zadania).
Początkowo broniłam polskiej metody. Prawdopodobnie dlatego, że algorytmika nie jest moją mocną stroną, a żeby dostać pracę w USA, trzeba być w tym naprawdę dobrym. Musiałam cofnąć się do pierwszego roku studiów i odkurzyć wszystkie algorytmy i struktury danych, o których z przyjemnością zapomniałam.

Teraz przyznaję, że ten system na sens. Pracodawca chce bystrych pracowników, potrafiących abstrahować, szukać rozwiązań lepszych i efektywniejszych. Technologie są tylko narzędziem, których mądra osoba nauczy się w mig.

To jest pierwsza duża różnica między Polską i USA. Polscy rekruterzy ciągle skupiają się bardziej na technologiach i wiedzy o narzędziach, tu ludzie wychodzą z założenia, że możesz sobie takie rzeczy po prostu zguglać. Ale jak nie potrafisz wymyślić rozwiązania dla podanego problemu lub nie wiesz, kiedy użyć drzewa binarnego a kiedy hashmapy, to lepiej się na oczy tu nie pokazuj!


Kolejną różnicą jest czas, jaki należy poświęcić na rekrutację. Jak wspomniałam,  w PL wystarczy zazwyczaj jedno spotkanie, po których dostaniesz ofertę lub odmowę.
Tu proces jest wieloetapowy i ciągnie się jak flaki z olejem. Rekrutację zaczęłam od Google na początku lutego, udało mi się dotrzeć do ostatniego etapu, który będzie dopiero w poniedziałek. Ponad miesiąc! A potem jeszcze czekanie na informację - masakra. W międzyczasie przewija się reszta firm, skutkiem czego od dłuższego czasu jestem w stanie ciągłego stresu rekrutacyjnego.

Jak to wygląda? W zależności o firmy rekrutacja składa się z 3-4 etapów. Pierwszym jest  rozmowa z rekruterem: o doświadczeniu, o oczekiwaniach, o pozwoleniu na pracę. Później pada parę pytań, które mają, że się tak wyrażę, oddzielić plewy od ziarna. Przeważnie są to pytania techniczne, ale nie zawsze. Moim zdaniem konkurencję na najgłupsze pytania bezsprzecznie wygrywa Misrosoft: "zaprojektuj najlepszy na świecie toster", "Jakbyś przeniósł górę Fiji?".
Jeśli jesteście ciekawi, poszukajcie sobie pytań, jakich się można spodziewać w MS. Gwarantuję ubaw po pachy. Mnie się akurat udało i dostałam pytanie techniczne, ale ile się udenerwowałam, przygotowując do rozmowy, to moje.

Po rozmowie z HR zazwyczaj przychodzi czas na tzw. 'phone screen' czyli techniczne pogadanki przez telefon. I znów- co firma, to obyczaj. W Tableau miałam tylko jedną, a Amazon  dwie. Każda rozmowa trwa około godziny, podczas której rozmawiasz już z deweloperem (deweloperem-programistą, a nie takim, co buduje domy). Jesteś proszony o pisanie kodu (na komputerze we współdzielonym edytorze) albo tylko odpowiadanie na pytania. 
To najbardziej stresujący dla mnie etap. Nie lubię rozmawiać przez telefon, po angielsku zwłaszcza. A jednoczesne gadanie przez telefon po angielsku i pisanie kodu (myślę po polsku), jest szczytem moich intelektualnych osiągnięć:P


Jeśli sprawdzisz się na phone-screenach, dostajesz zaproszenie na 'on-site', czyli rekrutacyjny maraton w siedzibie firmy. Firma sponsoruje bilet, hotel i wyżywienie, jeśli więc chcielibyście nas odwiedzić, ale nie macie kasy na bilet, przyjedźcie na on-site!  Nie mam pojęcia, jak się to opłaca firmom. Odsetek osób, które dostają umowę jest niewielki, a koszty transportu, noclegu i wyżywienia całkiem spore.
W moim przypadku sprawa jets prosta - jestem na miejscu, więc mogę liczyć jedynie na zwrot kosztów parkingu lub biletu komunikacji miejskiej.

On-site trwa między 4-6h, podczas których masz minimum 4 spotkania z różnymi osobami - deweloperami, managerami, rekruterami. Zazwyczaj zakończony jest lunchem, na który zaprasza cię manager zespołu, do którego się rekrutujesz. Ale niech cię nie zwiedzie luźna atmosfera, lunch to ciągle część rozmowy o pracę! Przez parę h starasz się dać z siebie wszystko, jesteś bombardowany pytaniami i ciągłymi 'a co, jeśli ...'. Pytania na on-site są znacznie trudniejsze niż podczas poprzedich etapów.
Wymagające i niezwykle męczące doświadczenie, ale w pewien sposób przynosi frajdę.

Zazwyczaj jest to ostatni etap, po którm czekasz na decyzję. Co dosyć dziwne, nigdy nie możesz być pewien wyniku. Jak mówiłam, rekruterzy zwracają uwagę na sposób myślenia i podejście do problemu. Po pierwszej wizycie w Google wydawało mi się, że to koniec. Spartaczyłam i pod koniec rozmowy nie miałam działającego rozwiązania, co oczywiście zostało mi wytknięte przez rekrutera. Byłam jednak w stanie znaleźć błąd i wytłumaczyć, jak go naprawić. Mimo wszystko byłam pewna, że nie przejdę dalej, a jednak. Na żadnej rozmowie nie wypadłam idealnie. Ważne jest, żeby umieć dyskutować, żeby współpracować z rekruterem, ale też umieć zareagować na błąd. Z drugiej strony czytałam też wiele historii osób, które bez zająknięcia przeszły przez wszystkie zadania a nie dostały oferty.

Jednym słowem - dopóki nie dostaniesz oferty lub odmowy, nie możesz zakładać (nie)powodzenia.

U mnie ciągle walka trwa. Mam nadzieję, że będę mogła niebawem pochwalić się jakimiś wynikami. Zmęczenie daje mi się już we znaki, więc trzymajcie kciuki:)


Gdyby też ktoś przygotowywał się do rozmowy o pracę w USA, chętnie doradzę, skąd i czego warto się uczyć.







* Ci, którzy czytają posta a nie mają wiedzy informatycznej, niech proszę wybaczą wszystkie obco- i dziwnie brzmiące terminy;)