wtorek, 1 kwietnia 2014

Kwitnąca Wiśnia, cz. I. Tradycyjnie (fotorelacja).

Dziś trochę o naszych podróżach... Kilka dni temu wróciliśmy z krótkiej wizyty w Japonii, oficjalnie zwanej tam Nippon. Kraju, który odwiedzić chciałem od dawna. Bo anime, j-rock, mechy i wszystkie inne odjechane dziwactwa! Niezapomniana wycieczka - pełna kontrastów, ludzi, dobrego jedzenia. Wycieczka egzotyczna, na kilometr pachnąca dalekim wschodem.

Fascynujące jak Japończycy godzą tradycję z technologią. Bo z jednej strony cały ten ceremoniał... Niskie ukłony, zakaz butów na matach tatami, pieniądze podawane wyłącznie w obu dłoniach, san, kun i sama (więcej tu). A przecież są jeszcze szybkie pociągi i metro, elektronika i neony Akihabary, sex roboty i wspólne picie po pracy aż do rana w niezliczonych, zadymionych izakaya. Dysonansu nie ma, jedno płynnie przechodzi w drugie. Jako, że kraj tak inny, poświęcę mu trzy wpisy. Na początek to, co pachnie historią.

Niesamowite ogrody Kyoto! Kto nie słyszał o japońskich ogrodach? Zarówno te zielone, pełne wodnych oczek, drzew i kwiatów, jak i te szare, pełne kamieni, zen. Naukowcy rozwiązali ponoć tajemnicę ogrodów kamiennych - fascynują nie dzięki kamieniom a przestrzeniom między nimi. Ciekawe kto za te badania zapłacił. Po niezliczonych ogrodach w Kyoto można chodzić tydzień. O ile się ma pieniądze, bo wejście do nich najczęściej jest płatne ($5).












Miłość do zwierzęcia często nie zna granic.



W ogrodach Nary jak gdyby nigdy nic biegają sobie jelonki. Okoliczne sklepy sprzedają specjalne krakersy do dokarmiania tychże. Ponoć mogą gryźć, ale nie jestem sobie w stanie tego wyobrazić, takie toto leniwe.





Załapaliśmy się na kwitnące wiśnie (sakura) w Tokio, ale pogoda nie dopisała, więc różowych fotek nie ma. Jest fotka biała.



Ogrodom najczęściej towarzyszą świątynie. Czasem ze szczerego złota. Albo zamki. Na szczęście wliczone w cenę ogrodu.





W tym największym na świecie budynku z drewna znajduje się równie ogromny Budda, odlany z metalu.



W świątyniach za drobną opłatą wywiesza się swoje modlitwy. Zaraz po tym jak się człowiek ukłoni, zaklaska i znów ukłoni przed "ołtarzem". Niektóre z tych deseczek skłaniają do refleksji.







Z nieznanej nam przyczyny, niektóre ołtarzyki ubiera się w śliniaczki.



Sługami boga zbiorów ryżu, Inari, są lisy. Ponoć w ramach rytuału inicjacji wyznawcy dowiadują się jak robi lis (tak robi). Inari to jeden z nielicznych bogów podążających za duchem czasu. Porzucił zbiory ryżu na rzecz ogólnie rozumianego biznesu. Tysiące japońskich firm płacą grube pieniądze, żeby umieścić swoje pomarańczowe wrota w Fushimi Inari-taisha. Co by się im dobrze wiodło.




Mało kto wie, ale w Japonii są Alpy i dużo się jeździ na nartach.




W Japonii wszyscy pozują tak samo, bez względu na wiek i kimono.




W ramach wyjazdu w tak egzotyczne rejony warto liznąć odrobinę kultury wysokiej ($30 od osoby, Gion Corner w Kyoto).





Można też przywieźć do domu trochę kultury niższej.




Ale, ale... Nie ma japońskiej kultury bez gejszy. Gejsze wciąż istnieją, choć w niewielkiej ilości, skupione wokół Kyoto. Gejsza to wykształcona Japonka, która zabawia rozmową, parzeniem herbaty, tańcem, grą na shamisen oraz śliczną twarzą schowaną za białym makijażem. Dziewczyna, która chce się poświęcić takiej karierze szuka sobie okiya, czyli domu, który ją przyjmie, wszystkiego nauczy i zapłaci za drogie kimono. Adeptkę do roli gejszy (geiko) nazywa się maiko. Przyuczanie maiko do zawodu trwa sześć długich lat. Gejsza może wyjść za mąż, co kończy jej karierę, ale źle jej potem nie jest bo mężom takowych najczęściej powodzi się dobrze. Bardzo dobrze.

Podsumujmy kilkoma zdjęciami. Na części prawdziwe maiko, a na pozostałych dziewczyny wymalowane w ramach dość drogiej usługi ($150) urozmaicającej wakacje. Zgadnijcie które są które.







Na koniec pozostawiłem to co urzekło mnie najbardziej. Czyli japoński tradycyjny dom. Oraz japońską gospodę.

Uwielbiam chodzić bez butów! W Japonii robi się to często i nie ma wyboru. Domy, świątynie i niektóre droższe restauracje wyłożone są matami tatami. Do japońskich domów, a już na pewno na maty, nigdy przenigdy nie wchodzi się w butach. Buty trzeba zdjąć. Co więcej, po wysunięciu nogi z buta wchodzimy bezpośrednio na maty, bo inaczej skarpeta zabrudzi się jak but i nigdzie nie wejdziemy. Żeby było trudniej, buty zdejmuje się zwrócone w stronę wyjścia, tyłem, bo jak się ich człowiek nie przygotuje do wyjścia to życie też będzie miał niepoukładane.

Po domu, za wyjątkiem mat, można biegać w kapciach. Na balkon wychodzi się w balkonowych kapciach bo brudny. Do ubikacji zawsze, zawsze, zawsze tylko w specjalnych kapciach. No bo tam się sika to brudno. I broń boże w tych kapciach potem po domu, bo pośmiewisko i horror gospodarza.

Ściany często zastępuje się cienkimi jak papier przesłonkami, czasem pięknie zdobionymi.



Zakończę japońską gospodą czyli ryo-kan. Gospody koniecznie spróbować trzeba. Pobyt wymusza pełne zanurzenie w japońskiej etykiecie kapciowej. Na kolację i śniadanie pyszny posiłek złożony z dziesiątki malutkich dań, zielonej herbaty, zupy miso i ryżu, rzecz jasna. A do tego kąpiel w gorącej wannie, a czasem nawet w gorących źródłach.

Wygląda to tak, że przyjeżdżamy do gospody. Wychodzimy na miasto, wracamy, jemy kolację. W pokoju czeka już futon (takie łóżko na podłodze) i yukata (lekkie kimono, coś jak szlafrok). Rozbieramy się do bielizny, wskakujemy w yukata i maszerujemy do łazienki. W łazience jest przebieralnia, a w zasadzie rozbieralania. Zdejmujemy wszystko, bierzemy tylko mały ręczniczek i wskakujemy do łaźni, gdzie pary pełno bo gotuje się woda. Broń boże do tej wody, bo tragedia. Człowiek brudny więc przed kąpielą należy się umyć. Siadamy na malutkim stołeczku i myjemy się od góry do dołu. Do wyboru zachodni spryskiwacz albo wschodnie wiaderko do oblewania się wodą. Dookoła szorują się inni ludzie. Jak już jesteśmy czyści, pora się wykąpać. Wskakujemy do gorącej wody i zapominamy o bożym świecie. Potem pozostaje już tylko wyjść z łaźni, ubrać się i zawinąć się w futon po czym zasnąć jak dziecie. I jak tu potem cieszyć się hotelem? Bo cena taka sama: $50 do $100 od osoby za noc, w zależności od standardu.



7 komentarzy:

  1. Powtórzę raz jeszcze, uwielbiam Was :)
    PS. Aparacik, z tego co widzę, bardzo dobrze się spisuje ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam serdecznie! Dzięki za podręczne kompendium o Japonii, widzę że u Was kwitnącej wiśni jak na lekarstwo. W koreańskim odpowiedniku ryo-kan, czyli w jimjilbangu cena pobytu z moczeniem, kąpielą i noclegiem to jakieś 20 procent ceny za pokój hotelowy, zdecydowanie taniej widzę niż w Nipponie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to nie ma wyjścia, trzeba się do Korei wybrać:) dzięki za wizytę, podczytuje Waszego bloga i lubię:)

      Usuń
    2. Miło nam , iż dajemy się lubić :)
      Teraz to akurat do Seattle by się należało wybrać, skoro łosoś z Alaski z Copper River zaczął do Was docierać.
      http://www.komonews.com/news/local/Chefs-all-smiles-as-Alaskas-Copper-River-salmon-arrive-in-Seattle-152056785.html?tab=video&c=y

      Usuń
    3. Ileż można tego łososia jeść;)

      Usuń
  3. śliniaczki na posągach - polecam poczytać o JIZO :)

    OdpowiedzUsuń
  4. ooo, dzięki! tajemnica się rozwiązała:)

    OdpowiedzUsuń