środa, 28 listopada 2012

O dziękczynieniu - Thanksgiving


Święto Dziękczynienia jest jednym z tych zupełnie u nas nieznanych, natomiast bardzo popularnych w Stanach. Analizując statystyki linii lotniczych (ilość sprzedanych biletów i ich ceny), można zaryzykować stwierdzenie, że zjedzenie indyka w gronie rodziny jest dla przeciętnego Amerykanina ważniejsze niż wspólne celebrowanie Bożego Narodzenia.

Skąd w ogóle ta tradycja? Nie ma pewności, co do jej pochodzenia, daty ani miejsca obchodów pierwszego Święta Dziękczynienia. Najbardziej popularna wersja opowiada o pielgrzymach, którzy na początku XVII w. uciekali z Anglii przed prześladowaniami na tle religijnym. Przybyli oni do Ziemi Obiecanej, do kolonii Plymouth na statku Mayflower około roku 1620. Wielu z nich zmarło w trakcie podróży, jeszcze więcej z głodu i zimna podczas srogiej zimy.
Ale rdzenni mieszkańcy Ameryki, Indianie, nie patrzyli bezradnie na trudną sytuację przybyłych. Jak tylko mogli, wspierali pielgrzymów - żywnością, skórami, radami. Rok później przybysze stanęli już na nogi. Po wyjątkowo udanych żniwach postanowili zorganizować dziękczynną ucztę, na którą zaprosili pomocnych Indian.

Jak łatwo się domyślić, Thanksgiving ma pozytywny wydźwięk tylko dla jednej ze stron tej historii. Z tego, co usłyszałam, dla wielu Indian dzień ten jest ich własnym Memorial Day, obchodzonym w poważnym i uroczystym a nie radosnym nastroju.  (Nic dziwnego)

A jak to się stało, że tradycja, która narodziła się w jakimś zapomnianym zakątku, stała się świętem państwowym? Idea dziękczynienia szybko rozprzestrzeniła się po całych Stanach,  nie było jednak ustalonego dnia obchodów.
W czasie wojny secesyjnej Lincoln stwierdził, że ustanowienie jednej, wspólnej daty, zjednoczy Amerykanów i umocni ich poczucie wspólnoty. Uczynił tym samym zadość prośbom pisarki Sarah Josepha Hale, która przez 40 lat prowadziła kampanię na rzecz ustanowienia Święta Dziękczynienia
świętem narodowym. Udało się. Od 1863 r. Thanksgiving obchodzone jest w całym kraju w ten sam dzień - zazwyczaj ostatni czwartek listopada (choć spostrzegawczy czytelnik może zauważyć, że w tym roku święto wypadło w przedostatni czwartek miesiąca).

Tyle o historii. Czas przejść do 'tu u teraz'.
Co można znaleźć na stole Amerykanina zasiadającego do świątecznej uczty? Oczywiście indyka! To najbardziej oczywiste skojarzenie. Do mięsa podać trzeba specjalny, słodki gatunek ziemniaka.
Poza tym grzechem byłoby nie upiec/kupić dyniowego ciasta i nie zagryzać go, popijając winem lub cydrem.

My świąteczny czwartek spędziliśmy u przyjaciół Adama. Nasi gospodarze są niesamowicie przyjemnymi ludźmi! Żeby odmalować Wam obraz święta, opowiem o nich co nieco. Marsha i Tony mieszkają W Kent w niedużym domu z ogrodem. Marsha jest chemikiem, pracuje dla Boeing a Tony jest na służbie w AirForce. Uwielbiają produkować rzeczy. Hodują warzywa i owoce, robią przetwory, alkohole (przywitali nas przepysznym dyniowym piwem własnej produkcji!), mydła czy sery (Tony ma włoskie korzenie, jest więc ekspertem od serów i jak sam powiedział - mógłby kłaść ser na ser, żeby było jeszcze smaczniej;)). Bardzo przyjacielscy, 'swoi' i z poczuciem humoru. No i dobre jedzenie robią - czego chcieć więcej?
Spędziliśmy wieczór jedząc, pijąc (znakomite piwa, mniam mniam! Seattle i okolice słyną z małych i dobrych browarów), trzymając się za brzuchy i rozmawiając.
Dla nas sporą 'ciekawostką' był fakt, że Tony jest w wojsku od 17 roku życia i łącznie 6 lat spędził, tułając się 'od wojny do wojny' - Kuwejt, Afganistan, Irak.

A co było do jedzenia?
Oczywiście indyk, który już się dopiekał, kiedy dojeżdżaliśmy. Zapamiętajcie sobie - nie staniecie się prawdziwymi Amerykanami, dopóki nie kupicie specjalnego termometru do mierzenia temperatury pieczonego indyka!
Jako, że większość gości była pochodzenia polskiego (Paweł, Robert, Adam i ja, poza Marshą i Tonym była jeszcze siostra Marshy, Ashley), nie zabrakło polskich potraw!
Adam przygotował bigos, jajka z majonezem (specjalność firmowa:P) i kabanosy z pikantnymi buraczkami, a ja dzień wcześniej przez 8h robiłam pierogi;) 150 tym razem!
Poza tym była zapiekanka chlebowo-ananasowo-serowa (grzanki obsypane ananasem z puszki i serem, zapieczone), wspomniane słodkie ziemniaki, specjalny sos do indyka, żurawina, zielona sałata z boczkiem polana ciepłym sosem, którego nie umiem opisać, zielona fasolka, coś w rodzaju prażonej bułki tartej z dodatkami (dobre!),  ciasto dyniowe i sernik (zupełnie inny niż w Polsce).
Całkiem sporo;) Nie muszę mówić, że każdy dostał wałówkę na drogę;)

Nasze pierwsze Święto Dziękczynienia w życiu było bardzo udane, bez dwóch zdań. Na
wskroś amerykańskie, mimo polskich potraw i polskich gości, zupełnie nowe, było nie lada atrakcją;) Czułam się trochę, jak w amerykańskim filmie. Co by nie mówić, do tej pory obrazki takie jak indyk na stole i mowa dziękczynna biesiadników trzymających się za ręce, widzieliśmy tylko w TV.

Na tym zakończę mojego posta. Lecz to jeszcze nie koniec:) Bo tym, co kojarzy się ze Świętem Dziękczynienia, jest również Black Friday.
O tym w następnym odcinku!


Zapomnieliśmy aparatu, więc tym razem tylko parę zdjęć z telefonu.

4 komentarze:

  1. Mmmm, artykuł tak ocieka pysznymi daniami, że nie mogę się powstrzymać i idę coś zjeść :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajna opowieść, spoko, że zawierasz w tym tez rys historyczny, nie wiedziałem, że osadnicy z Mayflower kumplowali się z Indianami;)

    Tylko jedno: nie chcę się czepiać, ale "sweet patato" to chyba nie całkiem "słodki gatunek ziemniaka" a zupełnie inna roślina, znana u nas jako "batat", nie?;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam pojecia, nigdy nie jadlam batata! Natomiast nasi gospodarze powiedziec nam, ze sweet potato to po prostu inny garnek ziemniaka. Ale mozesz miec racje:)

      Usuń
    2. Moj telefon robi mi psikusy. Jeszcze raz: "natomiast nasi gospodarze powiedzieli nam, ze sweet potato to po prostu inny gatunek ziemniaka"

      Usuń