niedziela, 11 maja 2014

Było, minęło. Marzec i kwiecień.

Jak widać, trochę nie nadążam. Nie chcę, aby ten cykl stał się kolejnym po moich kawowych wpisach, który umrze śmiercią naturalną. Oto więc dwa wiosenne miesiące w pigułce.

Marzec:
Miesiąc upłynął pod znakiem oczekiwania na wyjazd do Japonii i pobytu tam. Nie zapominajmy oczywiście o urodzinach Pawła, które wypadają w połowie miesiąca. Miałam być już wtedy w Tokyo, zorganizowałam więc mini urodzinowe przyjęcie z tortem niespodzianką w naszym nowym ulubionym piwnym klubie, który mamy tuż pod nosem.

O Japonii mogliście już przeczytać trochę w dwóch postach Pawła, jeśli interesuje Was więcej szczegółów, to rzućcie okiem na geobloga. Mam nadzieje uda mi się go w miarę szybko uzupełnić.
Na zachętę totalnie amatorski filmik z 4 ostatnich dni naszej wycieczki:


I reszta marcowych zdjęć:


Tak, dobrze widzicie - pączki! Zupełnie niespodziewanie znalazłam je w pracy w Tłusty Czwartek ;)



Wielkanocne dekoracje rozwieszone były już od lutego. Wiadomo, że nic tak nie pozwala poczuć atmosfery świąt jak wielkie zakupy tuż przed...

Kwiecień:

Tak dla odmiany, kwiecień również upłynął mi pod znakiem przygotowań do wyjazdu. Tym razem do Polski, yay!
Zanim jednak to nastąpiło, musiałam przejść przez piekło szukania idealnej ślubnej kreacji i butów;)
[edit: nie, nie na mój ślub:)]

W połowie miesiąca poszliśmy też z Pawłem na rewelacyjny koncert Dream Theather, który odbył się w sali koncertowej McCaw Hall. Okazuje się, że Seattle ma parę naprawdę świetnych obiektów muzycznych!
Co do samego koncertu, do Paweł pewnie mógłby powiedzieć więcej, gdyż on ten zespół zna doskonale i uwielbia. ja po prostu spędziłam 3h słuchając naprawdę dobrej i ambitnej muzyki. Polecam!



Tuż przed moim wyjazdem zorganizowaliśmy w pracy konkurs malowania pisanek, jako, że towarzystwo amerykańskie nie miało jeszcze przyjemności tego w życiu robić. Wygrałam! (no dobra, ex aequo z kolegą).



W końcu, 20 kwietnia poleciałam do Polski. Nie muszę pisać, że było rewelacyjnie. Do domu zawsze wraca się cudownie. Dziękuje wszystkim, którzy znaleźli czas, żeby się ze mną spotkać i byli na tyle tolerancyjni, że nie kręcili nosem na mój zawalony grafik:)



A to widok z tarasu biura w Krakowie, z którego pracowałam (bo jak już się wczoraj żaliłam, urlopu nie mogłam wziąć, ale na szczęście manager nie widział problemu w pracowaniu zdalnym)


W międzyczasie Paweł balował bez żony na głowie i zaliczył swoje pierwsze karaoke, hihi.

5 komentarzy:

  1. Czyli z tego co rozumiem zdazylas wyjsc za mąż podczas urlopu? Gratuluje i witaj w klubie szczesliwych mezatek! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczęśliwą mężatką jestem juz od prawie dwóch lat:) tym razem to moja przyjaciółka dołączyła do elitarnego grona żon;)

      Usuń
    2. No to gratuluje przyjaciolce :D Hehe, myslalam, ze pisalas o swojej sukni i butach :D

      Usuń
  2. Może i zakupy przedślubne były katorgą, ale za to jaki piękny był efekt końcowy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, o mały włos przyćmiłabym pannę młodą;)

      Usuń