piątek, 28 września 2012

Jeśli muzeum to tylko science-fiction i rocka!

-->> zdjęcia

Wybraliśmy się wczoraj z Basią do EMP Museum, czyli muzeum rocka, science-fiction i pop kultury. EMP to w zasadzie antymuzeum - nowoczesne, interaktywne i tematycznie ciekawe. Całość znajduje się w futurystycznym budynku, przez który przebiega trasa miejskiej kolejki nadziemnej (oprócz niej w Seattle ludzi wożą także autobusy, trolejbusy i tramwaje).

Wewnątrz budynku - wystawy, które ponoć zmieniają się cały czas. My trafiliśmy na historię Nirvany, Jimi'ego Hendrixa oraz The Rolling Stones. Do tego wystawa ikon science fiction (rekwizyty z Matrixa, Obcego, Star Treka czy Gwiezdnych Wojen, a także green screen na tle którego można wkomponować się w cyfrową scenę) i wystawa ikon horroru (głównie rekwizyty, ale także budka krzyku, gdzie trzeba krzyczeć, co budka uwiecznia na zdjęciu i wyświetla jako fragment wystawy!). Przy wejściu do EMP znakomicie nagłośnione kino, gdzie puszczają m. in. fragmenty koncertów Hendrixa. Tuż obok rzeźba z setek instrumentów, cudna! Na najwyższym piętrze raj dla muzykalnych: budki z instrumentami (gitary, perkusje, klawisze, miksery i mikrofony), gdzie z pomocą komputerów można "nauczyć się" grać. Można nawet zaprosić ludzi z sąsiednich budek na wspólne jam session. Obok wytłumione pokoiki, gdzie wali się w prawdziwe zestawy perkusyjne, albo szarpie za struny gitary podpiętej do wzmacniaczy Marshalla.

Na koniec spaceru w EMP wybraliśmy się na wirtualną scenę, gdzie najpierw wybiera się piosenkę spośród kilku dostępnych, a potem całą grupą udaje się zespół na scenie (udaje się, choć gra się na prawdziwym sprzęcie). Po zakończeniu utworu wychodzi się z salki i można kupić swoje własne DVD albo plakat ze zdjęciem zrobionym podczas występu. Zagraliśmy z Basią Wild Thing, a nasz zespół nazwaliśmy sentymentalnie - Delusion. Plakatu nie wzięliśmy i trochę żal, bo dobrze wyszedłem za garami!

Jeszcze jedno... Choć muzeum ufundował Paul Allen, ten od Microsoftu, to muzyki na wystawie słucha się z obudowanych iPodów.


Dziś pochodziliśmy trochę po naszym osiedlu, Capitol Hill. Mieszkamy odrobinę na wschód od ścisłego centrum. Dzielnica jest na wzgórzu, więc obfituje w ładne widoki. Niższe poziomy to niewysokie apartamentowce, a wyżej duże amerykańskie domy z zielonymi, zadbanymi podjazdami i drewnianymi werandami. Obok domów wiewiórki, dużo ich tutaj, biegają beztrosko po drzewach. Basia wzdycha do tutejszego budownictwa i obawiam się że kiedyś postawi pierwszy amerykański domek w małopolskim.

PS. Wciąż nie widzieliśmy deszczu!

5 komentarzy:

  1. Małe sprostowanie - to wzdychanie to tylko wskazówka, gdzie mogłabym zamieszkać po opuszczeniu naszego tymczasowego apartamentu;)

    OdpowiedzUsuń
  2. No to już wiem gdzie proszę mnie zaprowadzić jak Was tam odwiedzę!!;)

    OdpowiedzUsuń