poniedziałek, 24 września 2012

Magiczne początki

Dolecieliśmy! Jest 21, czyli 6 rano czasu polskiego. Mam praktycznie całą noc nieprzespaną a nie odczuwam senności. Cóż, każdy przeżywa jetlag (9 godzin różnicy) na swój własny sposób... Basia i Robert już dawno śpią.

Siedzę w naszym bardzo przytulnym i znakomicie usytuowany apartamencie. Sprzed budynku mamy niesamowity widok na Space Needle z amerykańska flagą w tle. USA pełną gębą.

Jakieś 0,5 km stąd jest wielki sklep. Jeszcze nie widziałem tyle jedzenia w jednym miejscu. Oczywiście setki pizz i hot dogów do mikrofali, ale także mielona kawa (samoobsługowa), gotowe sałatki, kurczaki, przekąski, półki pełne win, płatków, pieczywa, jedzenia asian czy szerzej - international. Polski hipermarket ale zamiast półek ze sprzętem ogrodniczym jest jedzenie, jedzenie, jedzenie. Założę się, że Basia zakocha się w tym miejscu gdy ją tam jutro zabiorę.

Wszystko to na ulicy Broadway, którą przemierza mnóstwo tubylców. Dookoła świecące knajpki i restauracje wszystkich stron świata. I bezdomni z psami okupujący róg jednej z ulic.

Przyjechaliśmy prosto na mecz footballowy grany przez Seattle! Właśnie oglądam w telewizji. Seattle wygrało jednym punktem w ostatniej sekundzie (dosłownie). Wszyscy mówią że takiego zakończenia meczu nie było od dziesiątek lat, a na dodatek że był niesprawiedliwy, że Seattle powinno przegrać, że błąd sędziowski. Fani footballu o meczu mówić bedą jeszcze długo, a my przyjechaliśmy właśnie dzisiaj.

I niech to bedą dobre dobrego początki. Bo Seattle zapowiada się naprawdę dobrze.


Widok w dół ulicy

6 komentarzy:

  1. Daję suba i pozdro, liczę na rewanż

    OdpowiedzUsuń
  2. a tak myślałam, jak tam dolecieliście.. :) btw. amerykański klimat tego posta czuć aż we Wrocławiu!

    OdpowiedzUsuń
  3. wrzuciłam pierwsze foto! Reszta później:) Teraz świeci słońce i jest cieplutko, na zdjęciu niestety tego nie widać;)

    OdpowiedzUsuń
  4. rany, ale zazdroszczę :c

    OdpowiedzUsuń