wtorek, 2 października 2012

I love Pierogies!

Minął pierwszy tydzień naszego pobytu w Seattle.
Teraz już niektórzy zaczęli chodzić do pracy, a niektórzy mają czas na pisanie bloga i uzupełnianie zaległości;)

Mieszkańcy Seattle lubią aktywnie spędzać czas. Kiedy tylko mają okazję, jeżdżą w góry, pływają kajakami, podróżują, o bieganiu i jeździe rowerem nie wspominając. Dodatkowo, słońce wyciąga z domów ludzi chcących się nim nacieszyć przed nadchodzącymi ośmioma miesiącami  mroku. Zwłaszcza w weekend. Dlatego, gdy w sobotę poszliśmy z Pawłem do Woodland Park Zoo, spotkaliśmy tam prawdopodobnie wszystkie dzieciate pary z Seattle i okolic. Zoo, jak chyba wszystko w tym mieście, jest świetnie zorganizowane. Dzieciaki mogą uczestniczyć w specjalnych pokazach czy pogadankach edukacyjnych o zwierzakach; mogą pogłaskać osiołka, kozę i krowę; mogą wejść do hali, w której utrzymywany jest mikroklimat lasu tropikalnego z jego roślinnością i ptactwem (oraz drapieżnikami - już za szybką;)). My też, ciągle młodzi, spędziliśmy tam ładnych parę godzin.  Ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu, nie mieli tam jednak kapiBARY!
Wielkim minusem jest natomiast jedzenie (co za niespodzianka). Co krok stoją budki z hamburgerami, popcornem i lizakami, nie udało mi się natomiast, choć naprawdę chciałam, znaleźć czegoś zdrowego. W końcu zdecydowaliśmy się na panini, które okazało się być ociekającą tłuszczem bułą na ciepło. Eh.

Wieczorem spotkaliśmy się z Anthonym - znajomym Bożeny i Davida, który pracuje dla Amazon (w sumie tu większość ludzi pracuje albo dla Amazon albo dla Microsoft albo dla Boeinga). Po jakimś czasie dołączyli do nas  kolejni jego znajomi. Tego wieczoru zaskoczyło nas, jak otwarci są tu ludzie. Kiedy idziesz do klubu, niewątpliwie dosiądzie się do Ciebie ktoś, kto chce z Tobą pogadać. Może spędzicie razem tylko godzinę, może cały wieczór, ale niewątpliwie wymienicie się numerami telefonu i zupełnie naturalne będzie dla Was, że następnym razem, gdy będziecie w Downtown, zdzwonicie się znów na kielonek sake. Nie mówię tu tylko o damsko-męskich (czy też, jak u nas na Capitol Hill męsko-męskich:P) znajomościach!
W każdym razie spędziliśmy udany wieczór w towarzystwie zupełnie obcych, ale sympatycznych osób. No, może z małym wyjątkiem, bo nadętych amerykańskich bufonów też tego wieczoru poznaliśmy.

Niedziela, jak zapowiadaliśmy, minęła nam pod znakiem pierwszego Festiwalu Polskiego w Seattle.
Pojechaliśmy tam z Adamem, którego bardzo pozdrawiam, jeśli czyta tego bloga!:D
Jeśli nie będzie miał nic przeciwko, napiszę o nim parę słów przy najbliższej okazji.
Bardzo urzekła mnie tutejsza Polonia. Niektórzy ledwo mówią po polsku, ale ciągle czują się bardzo związani z Polską i polską tradycją. W zasadzie, w tym tłumie ludzi w podkoszulkach i czapeczkach z orzełkami (wariant drugi to t-shirt z napisem 'I love Pierogies' :)) byliśmy chyba najmniej polscy.
Sam festiwal składał się z części artystycznej (muzyka Chopina, tańce ludowe, pokaz mody regionalnej), warsztatów (robienie pierogów i zupy ogórkowej) oraz 'biwaku', na którym można było kupić polskie jedzenie - słodycze, wypieki, pierogi, naleśniki, bigos czy w końcu - piwko. Po raz pierwszy w życiu musiałam pokazać dowód;)
Było to naprawdę ciekawe i sympatyczne wydarzenie. Paradoksalnie, najmocniej zatęskniłam za Polską właśnie tam:)

Ah, a wszyskim, którzy wiedzą o moim planie założenia kiedyś i gdzieś pierogarni - tu jest na to dobre miejsce!;)

Pod wieczór Adam zabrał nas jeszcze nad zatokę. Cieszyliśmy nasze oczy górami skąpanymi w blasku zachodzącego słońca. Niedługo zacznie padać (wszyscy ciągle o tym mówią, normalnie przygotowania jak do wojny!), trzeba więc nałapać takich widoków ile się tylko da.

Zmęczeni i lekko zmarznięci wróciliśmy wieczorem do domu. Następnego dnia chłopaki mieli po raz pierwszy iść do Amazon.

O swoich wrażeniach po pierwszych dniach tam Paweł niewątpliwie Wam napisze.
A jeśli będziecie chcieli poznać szczegóły pasjonującego życia kury domowej - nie omieszkam wspomnieć również o tym.

Tymczasem wrzucam trochę zdjęć :)

PS. Z ciekawostek powiem Wam jeszcze, że znalazłam darmowe kursy angielskiego. 5 dni w tygodniu po 2h - super sprawa! Wczoraj byłam po raz pierwszy na zajęciach, moja grupa liczy 6 kobiet-uczennic i 5 nauczycieli;)


6 komentarzy:

  1. Czy ja dobrze widze milanowskie krowki na koncu swiata? :)))

    Pozdrawiam:*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurcze, niezłe masz oko:D

      Usuń
    2. Misie, coz chcecie z Norge?:) Tylko rozsadnie, bo tam ceny sa piekielne...

      Usuń
    3. Basiu - oczywiscie, ze pamietam o skarpetach. Ale musze znac szczegoly - tylko takie po domu, czy do-butowe :)

      Usuń
    4. Takie po domu! Jak CI się tam podoba?:)

      Usuń