czwartek, 5 września 2013

Queen Anne Farmers Market czyli dziś prawdziwych targowisk już nie ma

Jakiś czas temu pisałam o tym, czego mi z polskiej rzeczywistości tutaj brakuje (KLIK). Wymieniłam tam targowiska, na których za małe pieniądze kupić można od babuszki sery domowej roboty, świeże ziemniaki jeszcze pokryte ziemią, pachnące pomidory czy truskawki, itp. 
Parę osób pytało mnie, jak to możliwe, że tu nic takiego nie ma. Ano nie ma, a przynajmniej w Seatttle, bo w Chicago czy innym polskim mieście pewnie coś by się znalazło;)
W Seattle jedyne, co możemy dostać to tzw. Farmers Market. Raz w tygodniu na parę godzin zamyka się jakąś ulicę, na której rozkładają się lokalni producenci żywności, farmerzy, piekarze. Oprócz nich pojawiają się też samochody z jedzeniem ("food truck") i mobilne stanowiska fast-foodowe, bo przecież Amerykanin głodny chodzić nie będzie.
Niestety, w odróżnieniu do polskich przekupek, amerykańscy sprzedawcy każą sobie płacić ciężkie pieniądze za jedzenie 'organic'. Tym samym shopping na targowiskach to kosztowna zabawa, nie dla każdego przeciętnego zjadacza chleba.

W każdy czwartek niedaleko od naszego mieszkania, na szczycie wzgórza Queen Anne odbywa się szumnie reklamowy Queen Anne Farmers Market. W końcu się tam doturlałam z, nie ukrywam, wielkimi oczekiwaniami. Żeby nie przedłużać - zawiodłam się na całego. Nie dość, że drogo, to jakoś tak licho - mało straganów, mały ruch, dużo pobocznych, zbędnych atrakcji, po prostu meeeeh.
Nie to, co w domu!



2 komentarze:

  1. Basia wlasnie wrocilam z placu Bienczyckiego z siatką pomidorow , sliwek od dziadzia przekupnego..rozumiem twoją tęsknotę bo markety sie nie umywaja

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, dokładnie. Ciągle się tylko narzeka na tą Polskę i narzeka, a człowiek sobie sprawy nie zdaje, co tam ma ;)

      Usuń