czwartek, 5 czerwca 2014

Było minęło - maj.

Kolejny miesiąc przeleciał jak z bicza trzasnął. W maju nie działo się dużo, ale za to kaliber wydarzeń spory!

Miesiąc zaczęłam jeszcze w Polsce i drugiego dnia maja świadkowałam na ślubie moich przyjaciół Emi i Tomka. Ceremonia była przepiękna, weselicho bardzo udane a para młoda prezentowała się całkiem całkiem!;)
Cudownie było też spotkać się z dawno niewidzianymi przyjaciółkami, we wspólnym gronie po raz pierwszy od ... 3 lat? Tak jakoś wyszło, że rozjechałyśmy się między Polską, UK, Francją i USA.


Tydzień do powrocie do USA, Paweł zabrał mnie na koncert Rodrigo y Gabrieli, meksykańskiego duetu wyczyniającego cuda na gitarach.

W ogóle to notki koncertowe powinien pisać Paweł, bo w przeciwieństwie do mnie, jest bardzo uzdolniony muzycznie i to, co na temat muzyki ma do powiedzenia jest jak poezja (metafora taka, bo ja za poezją to tak średnio przepadam:P). No ale Paweł teraz nie ma weny, więc bardzo mi przykro, ale dostaniecie tylko filmik na youtubie:

 
To, jak oni zasuwają, to nieludzkie jest!
Oprawa graficzna również mnie zachwyciła:



Ostatnią rzeczą, o której wspomnę był długi weekend z okazji Memorial Day. A jak wiadomo, długi weekend to rarytas w Stanach!
Wybraliśmy się większą grupą na Półwysep Olimpijski. W planach były wycieczki górskie, grillowanie i inne atrakcje, jak np. wizyta w wiecznie zielonym lesie Hoh. Oczywiście zgodnie z prawem Murphiego lało przez cały weekend i wypogodziło się dopiero w poniedziałek, kiedy trzeba było wracać do Seattle:]
Mam nadzieję, że kiedyś się w końcu ogarnę i uzupełnię geobloga, a póki co - zdjęcia z wyjazdu.



Wycieczka nad jezioro w Olympic Mountains. To w tle, to jezioro. Ledwo zauważyliśmy, że tam jest:P


Poniżej pięknie zielony mimo (dzięki?) deszczowej pogodzie Rainforest Hoh.







Wiecznie zielony las trzeba oczywiście odwiedzić, kiedy leje. Zaliczone!:P
Hard Rain Cafe to miejsce, które skradło nasze serca od pierwszego ujrzenia nazwy, ale okazało się być wielkim niewypałem.  Plus za poczucie humoru (zdjęcie poniżej, wybaczcie kiepski zoom)!


Uwaga, uwaga, fani zmierzchu! Na kawę zatrzymaliśmy się w Forks, w którym kręcono owego gniota. I oto, co było w menu:


Dowiedzieliśmy się też co nieco o lokalnym savoir vivre:

 A to już ostatni dzień i spacer nad jeziorem Crescent:




I to by było na tyle o długim weekendzie.

Ach, no i jeszcze jedno! Zrobiliśmy przemeblowanie, kupiliśmy sofę i jesteśmy w pełni gotowi na przyjmowanie gości!



3 komentarze:

  1. Pięknie. A ja tam zmierzch lubię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie zanudzil na śmierć, ale jak wszystko w życiu - to kwestia gustu:)

      Usuń