Diwali to obok Holi największe święto hinduizmu. Jest to też powód, dla którego w ogóle w Indiach wylądowaliśmy - koleżanka zaprosiła nas do swojego domu na wspólne świętowanie Festiwalu Światła. Taka okazja nie zdarza się codzień!
Festiwal Światła... wypowiadałam te dwa słowa i przed oczami pojawiał mi się obraz nocnego nieba rozświetlonego tysiącami latarni. Spoiler - moja wyobraźnia wymalowała mi coś, co podchodzi bardziej pod tajski festiwal lampionów, niż Indie. A Indie, jak to Indie, przygotowały mi coś bardziej wybuchowego.
Diwali to święto ku czci Ramy (reinkarnacji boga Visznu) i jego zwycięstwa nad demonem Ravaną, symbolizujące zwycięstwo światła nad mrokiem, dobra nad złem. Celebracje trwają 5 dni, a ukoronowaniem jest Diwali właśnie. W tym roku święto wypadło 27 października.
A kim jest Rama, pytacie? No to posłuchajcie...
Dawno, dawno temu żyli sobie wielki wojownik - książe Rama i jego piękna żonę o imieniu Sita.
Któregoś dnia, zły król - demon Ravana, posiadający dwadzieścia rąk i dziesięć głów postrach całego świata porwał Sitę, chcąc uczynić ją swoją żoną. Sita, wierząc, że jej mąż przybędzie jej na pomoc, zostawiała po sobie ślad, wyrzucając po drodze biżuterię. Rama podążał szlakiem kryształów i spotkał po drodze Hanumana - króla małp. Rama i Hanuman zaprzyjaźnili się i król małp obiecał pomoc nowemu przyjacielowi. Wiadomość o poszukiwaniu Sity dotarła do wszystkich małp na świecie, a przez małpy również do niedźwiedzi. Po długich poszukiwaniach, Hanuman odnalazł Sitę uwięzioną na wyspie. Armia małp i niedźwiedzi nie mogła dostać się na wyspę, zaczęła więc budowę mostu. Wkrótce wszystkie zwierzęta przybyły z pomocą. A kiedy most był gotowy rozpoczęłą się wielka bitwa.
Kiedy Rama zabił złego Ravana magiczną strzałą, cały świat świętował. Rama i Sita rozpoczęli długą podróż do swojej krainy i wszyscy zapalali lampy olejne, żeby wskazać im drogę i ich powitać.
Owe lampy olejne, nazywane diya, to niezbędny element dekoracji i dziś.
Podczas Diwali cześć oddawana jest również bogini szczęścia - Lakszmi, która według wierzeń wędruje wtedy po ziemi i odwiedza domy, które są czyste i oświetlone. Sprzątanie i bielenie budynków oraz ozdobienie ich kolorowymi światłami to podstawowy element przygotowań. A ci liczący na specjalne błogosławieństwo Lakszmi uprawiają hazard w oczekiwaniu na duże wygrane.
Przedświąteczne przygotowania zaobserwowaliśmy już od pierwszego dnia pobytu w Indiach. Większość domów już wtedy ozdobiona była kolorowymi światełkami, a w miastach rozkładano świąteczne dekoracje. Widać też było niecodzienny ruch w cukierniach, produkujących setki kilogramów tradycjnych słodyczy, rozdawanych jako prezenty. Każdego dnia pojawiało się też więcej sprzedawców fajerwerków. Nie do wyobrażenia byłoby Diwali bez fajerwerków.
* Strzelają wszyscy, i mali i duzi.
 |
Degustacja przed Diwali |
 |
Śpieszę donieść, iż degustacja wypadła pomyślnie |
Nasz czas spędzony razem z rodziną Shivani zapamiętamy na długo przez niesamowitą serdeczność i gościnność naszych gospodarzy oraz przez ogromne ilości pysznego jedzenia, które z przyjemnością daliśmy w siebie wepchnąć:)
A samo "świętowanie" Diwali zaczęliśmy około południa. Kiedy my pracowaliśmy nad rangoli (obraz z piasku o różnych kolorach, kolejna tracycyjna dekoracja wymagająca bardzo dużo prezycji!), mama Shivani przygotowywała jedzenie.
 |
Rozpoczynamy pracę nad rangoli! |
 |
Pełne skupienie, żeby nie dmuchnąć i nie rozetrzeć. |
 |
Efekt końcowy |
Zanim zapadł zmrok przebraliśmy się (my w nasze najlepsze backpackerskie ciuchy, rodzina Shivani w przepiękne szaty) i zapaliliśmy olejne lampki, które potem roznieśliśmy po domu i schodach, żeby wskazać Lakszmi drogę.
 |
Mama Shivani z tacą pełną diya |
Zostaliśmy też zaproszeni do wspólnej modlitwy, na koniec której zajada się słodkie i słone smakołyki (hindusi to się umieją modlić!). Kiedy zrobiło się już ciemno zasiedliśmy do stołu, a z zewnątrz zaczął już dobiegać huk fajerwerków. Huk z czasem stawał się coraz głośniejszy, a same fajerwerki coraz mniej widoczne przez niesamowite ilości dymu. Czegoś takiego jeszcze nie widziałam. W końcu było tak głośno, że czułam się jakbym była na wojnie. Uczucie to potęgowały jakieś zabłąkane rakiety, które raz na czas waliły w dach sąsiadów.
My zaczęliśmy spokojniej - od zimnych ogni. A potem pan sąsiad przyniósł 5 siatek fajerwerków i zabawa zaczęła się na całego i u nas;)
 |
Kolorowe domy i pierwsze fajerwerki |
Koło 23 zwinęliśmy się. Oboje z bólem głowy od huku i dymu, ale też z pełnymi brzuchami i wdzięcznością za to, że mogliśmy być częścią hinduskiego domostwa w tak ważnym dniu. W drodze powrotnej nasza taksówka musiała wywijać slalomy między wybuchającymi rakietami. Naprawdę niezapomniane święto India style! ;)
* Fajerwerki to obowiązkowy element Festiwalu Światła. W Indiach wystrzeliwane są w ilościach przyprawiających o ból głowy (ha ha ha ) i pogarszają już i tak fatalną jakość powietrza. W związku z tym prezydent Delhi wprowadził zakaz strzelania fajerwerków podczas Diwali. Mimo, że powietrze w Delhi jest praktycznie trujące, rozporządzenie to nie przyniosło mu sympatyków, a wręcz przeciwnie. Ludzie bojkotują przepisy i odpalają fajerwerki na lewo. W końcu komu potrzebny tlen.
Komentarze
Prześlij komentarz