piątek, 26 września 2014

W USA - koncertowo

Każdy kto zna mnie choć trochę wie, że był czas kiedy sporą część swojego życia spędzałem na koncertach. Dziwny czas. Zdarzało mi się rano wskakiwać w samochód, jechać samemu do Warszawy na koncert, a potem wracać z powrotem do Krakowa tego samego dnia, przez noc. Był dzień kiedy jednego wieczoru zaliczyłem dwa koncerty. Z uporem maniaka prowadzę ewidencję obejrzanych kapel, żeby mieć co wspominać na stare lata: >> klik <<

Dziś nie chodzę już tak często, ale wciąż się zdarza. Któregoś dnia wybrałem się na koncert tu w Stanach i doznałem szoku. Kilka spostrzeżeń...

Koncerty tu są dużo tańsze. Więcej, koncerty w Polsce są obrzydliwie drogie. Dream Theater w Polsce to conajmniej 170 zł. Dream Theater tutaj zaczyna się od $35. Zarabiając w dolarach to trochę tak jak 35 zł, różnica niebagatelna.

Niektóre zespoły popularne w Polsce w USA nie mają publiki. Byliśmy z Basią na koncertach Anathemy i Pain of Salvation, gdzie na sali było może 100 osób. W Polsce Anathema to wielkie wydarzenie, a tutaj kameralny występ gdzie stoi się metr od sceny pośród garstki ludzi. I super! Dla kontrastu spieszę dodać że bywają i koncerty wyprzedane np. Dream Theater czy Children of Bodom.


W klubach nie pije się pod sceną. Każda knajpa ma wyznaczoną sekcję dla pijących, z dala od sceny, i tylko tam można pić alkohol. Jak to w Stanach, do sekcji nie wejdzie się bez dowodu.


W klubach nie ma barierek i ochrony. No dobra, jakaś pewnie jest, ale jej nie widać. Co tylko wzmacnia kameralną atmosferę, bo muzyków ma się dosłownie na wyciągnięcie ręki.

Zadziwiające ile pieniędzy Polacy wydają na koncerty. Bo tutaj mimo niskiej ceny chętnych jest dużo mniej. Szkoda też, że w Stanach, gdzie o broń łatwiej, muzyków stawia się na twarzą w twarz z publicznością, a w Polsce kluby najchętniej zamknęłyby ich w betonowej klatce. Jeszcze jeden paradoks naszego kraju, trochę jak ze stadionami piłkarskimi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz