Rany, rany, kiedy cały miesiąc przeleciał?
(Hm, chyba każde podsumowanie będę tak zaczynać...)
Luty jest krótki, ale zgodnie z zapowiedziami, był bardzo intensywny. Podsumowanie miesiąca muszę oczywiście zacząć od Super Bowl, które po raz pierwszy w historii wygrała lokalna drużyna - Seattle Seahawks. Seattle ma bzika na punkcie futbolu, całe miasto ze Space Needle na czele udekorowane było zielono-niebieskimi barwami i flagami
the 12th Man na długo przed finałem, a po zwycięstwie Seattle przypominało Rio de Janeiro podczas karnawału;)
 |
A to już widok z okna od nas, fajerwerki po zwycięstwie |
|
 |
Uber dzień po zwycięstwie;) |
|
Żeby zrozumieć, jak poważnie ludzie podchodzą do futbolu i jak mocno kibicują Seattlowskiej drużynie,
trzeba tu trochę pomieszkać i poczuć atmosferę, ale pozwólcie, że dam Wam namiastkę;)
KLIK
Parę dni później wyszła nowa wersja Google Maps na Androida.
Wersja 7.6 ma parę rzeczy mojego autorstwa, woohoo!
Luty to był też dla mnie miesiąc podróży. Podczas gdy Paweł ciężko pracował nad swoimi projektami w Seattle (i uwaga, teraz nawet jednym zarządza!), mnie firma wysłała do pracy do Londynu.
Migawki z londyńskiego biura:
Mimo
kumulacji przeciwności losu udało mi się przelecieć na chwilę do Polski i zobaczyć się z całą rodziną (obiad dla 18 osób, to jest to!) i paroma przyjaciółmi. Również w Londynie spotkałam się z dawno niewidzianymi ludźmi, wyjazd w delegację był znakomitą okazją do nadrobienia towarzyskich zaległości:)
Jeśli oglądaliście wiadomości, wiecie, że w Anglii szalały w połowie lutego mocne wiatry i powodzie. Pogoda rzeczywiście nie była spacerowa, ale mimo wszystko ze dwa popołudnia były na tyle słoneczne, że można było wybrać się na przechadzkę czy przejażdżkę London Eye.
 |
 |
 |
Walentynki przy Victoria Station |
|
 |
Pyszne piwo i najlepszy kufel na świecie! |
|
Deszczowe dni upływały głównie na pracy, ale udało mi się też zaliczyć na wskroś brytyjskie "Afternoon tea meeting". Za bardzo snobistyczne*, jak na mój gust, ale ciekawe doświadczenie, którego jednak nie mam zamiaru powtarzać;) Popołudniowe picie herbaty, na którym byłam, to mniej więcej dwugodzinna posiadówka z jedzeniem i herbatą (z mlekiem oczywiście). Nie jedzenie ani nie pyszna herbata urzekły mnie najbardziej, ale wystrój hotelu tworzący tą specyficzną atmosferę królewskiej Brytanii.
W Londynie byłam ostatnio 7 lat temu, dobrze było wrócić, ale mimo wszystko z radością powitałam Seattle. Nie wiedziałam, że delegacje potrafią być tak męczące!
Na lotnisku cierpliwie czekał na mnie Paweł z pięknym bukietem tulipanów. Muszę częściej wyjeżdżać;)
Reszta miesiąca minęła nam dosyć pracowicie i szybko. Weekendowe planszówki to już tradycja, zmienia się tylko ilość graczy - 4 w porywach do 8;)
Ostatnie dni lutego spędziłam z ludźmi z pracy na dwudniowym wyjeździe na narty do Whistler. Jeśli kojarzycie nazwę, to dlatego, że odbywały się tam niektóre konkurencje podczas zimowej olimpiady w 2010 w Vancouver. Dotychczas jedynie odwiedzałam małe, rodzime wyciągi, więc ten wyjazd to było coś!
Mnóstwo szlaków o różnych stopniach trudności, wspaniała pogoda, zapierające dech w piersiach widoki i obite plecy i tyłek - tak podsumowałabym ten wyjazd;)
Bardzo duże wrażenie robi kolejka rozpięta między dwoma szczytami gór, spójrzcie tylko na
zdjęcia w sieci.
I to by było na tyle:) Ciężko mi w to uwierzyć, ale marzec zapowiada się jeszcze bardziej ekscytująco!
Jedziemy spełnić marzenie Pawła:)
* Wszystko zależy od miejsca, do którego na herbatę się idzie. Moje wyjście sponsorowała firma, poszliśmy do bardzo eleganckiego, starego i ekskluzywnego brytyjskiego hotelu, w którym wszyscy byli sztywni, z mili ale z chłodną rezerwą i w którym czułam się zupełnie nie na miejscu;)
Źródła zdjęć:
1. blog.seattlepi.com, autor: Joshua Trujillo
2. http://blog.seattletimes.nwsource.com
3. offthebench.nbcsports.com
4. etsy.com
Ale czad :) świetnie się czyta te wszystkie przygody. Btw. Zaintrygowany jestem marzeniem Pawła ;)
OdpowiedzUsuńWoooooow! ^^
OdpowiedzUsuń