środa, 7 grudnia 2016

5 dni w Nowym Orleanie

Długi weekend z okazji Święta Dziękczynienia spędziliśmy w Nowym Orleanie w słonecznym i ciepłym stanie Luizjana. O Nowym Orleanie słyszał chyba każdy, choćby w piosence "The House of the Rising Sun" Animalsów ;).


 
Katedra Św. Ludwika - jeden z bardziej charakterystycznych budynków miasta

Przed wyjazdem chłonęłam informacje z przewodnika - o wszędobylskiej muzyce; o jazzowych, bluesowych koncertach na żywo, o voodoo, bogatej historii i wspaniałej kuchni, będacych efektami egzotycznej francusko-angielsko-afrykańskiej mieszanki, o Mardi Gras i bezstresowym podejściu do życia (nie na darmo miasto dostało przydomek "Big Easy").  Moje oczekiwania w stosunku do Nowego Orleanu były dość wysokie. Ale zważywszy ile dobrego słyszałam o tym miejscu na prawo i lewo, nie było to zaskakujące.

Jedna z wielu imponujących posiadłości w dzielnicy Treme, w której mieszkaliśmy

Żeby nie przedłużać - Nowy Orlean trochę nas zawiódł. Nie mieliśmy okazji odwiedzić tego miasta przed huraganem Katrina, który doszczętnie je zniszczył w 2005. Niektórzy mówią, że po huraganie miasto nigdy nie odzyskało swojego oryginalnego klimatu, więc tej wersji będę się trzymać. Przede wszystkim w mieście nie czuliśmy się bezpiecznie. Za dnia było lepiej,  ale po zmroku baliśmy się opuścić turystyczne ulice (nasi gospodarze z AirBnb już na początku powiedzieli nam, że w nocy powinniśmy korzystać z Ubera albo taksówek i nie łazić samemy). Żeby nieco oddać klimat - w nocy z soboty na niedzielę podczas naszego pobytu na najbardziej turystycznej ulicy (Bourbon) wywiązała się strzelanina, w której zginęła przypadkowa osoba. No więc tego.

Lekko rozczarowała nas mocno chwalona Dzielnica Francuska i ulica Bourbon. Okej, sama dzielnica (a raczej jej fragmenty) potrafiła oczarować pięknymi kolonialnymi domami, ale Bourbon Street jak dla mnie za bardzo śmierdzi sikami, rzygami i końską kupą, żeby się zachwycać :P

Przepiękne balkony w Dzielnicy Francuskiej

W Nowym Orleanie można pić alkohol na ulicach a Bourbon St ma największe zagęszczenie imprezowiczów na przecznicę.
W końcu  - jedzenie. O kuchni kreolskiej i cajuńskiej słyszałam wiele opinii, zawsze w superlatywach. Po pierwszym romansie z jambalają w seattlowskiej "Toulouse Petit" nie padłam na kolana, ale po prawdziwą jambalaję trzeba przecież do Luizjany pojechać!
Pojechałam, zjadłam i nie urzekła. To samo było z gumbo czy po' boy'em. Meh. Za to beignet (kwadratowe pączki bez nadzienia) dobre, ale umówmy się, że to żadne osiągnięcie, bo ja ze słodyczy to ja zjem prawie wszystko;) No i najgorszy grzech ciężki Noweg Orleanu na koniec - kawa tam jest paskudna! ;)


Zaliczyliśmy wycieczkę po ... cmentarzu, gdzie... znajduje się nagrobek TEGO Nicolasa Cage'a!

Czy wszystko było takie rozczarowujące w Nowym Orleanie?
Otóż nie, wręcz przeciwnie! Duszą Nowego Orleanu jest muzyka a tej jest pełno! Prawie na każdym rogu Dzielnicy Francuskiej natknąć się można na jakiś zespół. Słucha się fantastycznie i nóżka sama chodzi:) Ulica Frenchmen była tym wszystkim, czego oczekiwaliśmy no Bourbon a czego Bourbon nam nie dało. Spokojniejsza, bez dzikich pijanych tłumów, ale ciągle z masą klubów, a w każdym muzyka na żywo. Tyle dobrej muzyki w jednym miejscu nie słyszeliśmy już dawno i dwa pełne wieczory spędziliśmy, przemieszczając się od drzwi do drzwi i słuchając nieznanych nam lokalnych zespołów.

Bardzo podobała się nam wycieczka na pobliskie bagna do Rezerwatu Przyrody Jean Lafitte, gdzie przez 2 godziny pływaliśmy airboatem , podziwiając dziką urodę bagien i wypatrując zwierząt (znaleźliśmy aligatory, ptaki, węże i żółwie!).

Odwiedziliśmy też plantację trzciny cukrowej Oak Alley, w której kręcono "Przeminęło z wiatrem" i "Wywiad z Wampirem" i mieliśmy okazję liznąć trochę wiedzy na ciągle bolesny temat niewolnictwa. W Nowym Orleanie mieszkańcy rasy czarnej stanowią ponad 30% społeczeństwa, mimo to (a może dlatego?) problemy i konflikty na tle rasowym ciągle są na porządku dziennym (Baton Rouge, o którym nie tak dawno temu było głośno po tym, jak policjant zastrzelił czarnego nastolatka znajduje się 120 km on Nowego Orleanu).


Wygląda znajomo? To plantacja z filmy "12 years a slave"
Plantacja Oak Alley i rzeczona aleja dębów

Ta kulturowa różnorodność była jednak kolejną rzeczą, która bardzo mi przypadła do gustu. Seattle zdominowane jest białasów i Azjatów i zmiana otoczenia była bardzo .. odświeżająca (poza tym - optymizm, radosne usposobienie i muzykalność napotkanych ludzi sprawiały, że sama robiłam się bardziej optymistyczna, radosna i prawie muzykalna!).

Podsumowując  - czy polecam Nowy Orlean? Tak, myślę, że warto tam pojechać, nawet jeśli tylko raz w życiu (my nie planujemy powrotu). I myślę też, że to miasto stworzone jest do wycieczek w większym gronie a nie koniecznie na romantyczny wypad we dwoje.

Dajcie znać, jakie były Wasze wrażenia po odwiedzinach Big Easy!

Parowiec Natchez 

PS. Muzeum II wojny światowej przereklamowane, nie polecamy.

5 komentarzy:

  1. Dzięki za opowieści i zdjęcia! Prawie jakbym tam była z Wami ;) :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękny, kolorowy świat!!! Jestem pod wrażeniem. W ogóle amerykańska tradycja i amerykańska kuchnia potrafią inspirować i zachwycać swoją różnorodnością i kolorami. Wszystko tam wydaje się zupełnie inne! Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Muszę Wam powiedzieć, ze uwielbiam Waszego bloga. Czytam go od chwili wprowadzenia się do Seattle, dwa lata temu. Macie niesamowitą lekkość w pisaniu :) ps. Właśnie planuję podrocz do Nowego Orleanu!!! Asia

    OdpowiedzUsuń