Ostatnio trochę zaniedbujemy bloga, ale wraz z piękną pogodą przyszło sporo mniejszych i większych towarzyskich wypadów i generalnie jakoś mniej czasu spędzamy w internetach.
Ale ale, Paweł szykuje już dla Was notkę, a w międzyczasie, przystawka ode mnie.
Dziś zdjęcia z ostatniej, lekko pochmurnej niedzieli, którą spędziliśmy z przyjaciółmi na wyspie Whidbey.
W ogóle to skopiuję patent, który wypatrzyłam na blogu
Etzi Travel i wkleję Wam mapkę dla lepszej orientacji, o!
Jednym z pierwszych skojarzeń, jakie przychodzą mi do głowy, kiedy myslę o Wybrzeżu Północno-Zachodnim (nasz polski język jest piękny, ale wolę nazwę Pacific Northwest), są promy.
Wszyscy fani Grey's Anathomy pewnie mi teraz przytakują;)
Załadowaliśmy się na nasz w przeuroczej mieścinie Mukilteo. Tu też odkryliśmy mały skarb - przytulną i uroczo urządzoną kawiarnię, w której zatrzymaliśmy się na obowiązkowy kubek latte.
 |
Przybijamy do brzegu |
Pierwszym przystankiem była Plaża Double Bluff, którą nasi przyjaciele chcieli zweryfikować pod katem użyteczności do kite-surfingu. Akurat był odpływ, spacerowaliśmy więc po odkrytym brzegu i obserwowaliśmy czaple i ludzi zbierających owoce morza.
 |
Wielkie drzewo. Duży Paweł dla skali |
Znaleźliśmy tą foczkę na brzegu. Wyglądała na chorą i serca nam pękały, bo myśleliśmy, że umiera. Próbowaliśmy dodzwonić się do jakiegoś stowarzyszenia zajmującego się ochroną zwierząt morskich, ale tubylcy powiedzieli nam, że to nie ma sensu. Jeśli ktoś natknie się na samotną foczkę, oznacza to, że jej matka prawdobodobnie poluje i nie wróci do malucha, jeśli w pobliżu będą kręcić się ludzie. Broń Boże nie należy malucha dotykać! Trzeba zostawić go w spokoju i zapewnić mnóstwo przestrzeni, żeby mama foka nie bała się wrócić.
 |
Akrobata |
Drugi, nieplanowany przystanek zrobiliśmy przy Forcie Casey. Fort ten uznawany był za jeden ze strategicznych punktów obrony dostępu do Zatoki Puget i słynął z tzw. "znikających dział" - dział na specjalniej podstawie, która umożliwiała ukrycie go. Dziś to już głównie miejsce pikników i niedzielnych wycieczek. Bo widoki z fortu przepiękne.
A to już po drodze - znaleźliśmy łąkę pełną bielików amerykańskich!
Głównym punktem dnia były odwiedziny Deception Pass - cieśniny oddzielającej wyspy Whidbey i Fidalgo. Nazwa cieśniny oznacza "oszustwo" i została nadana przez Jerzego Vancouvera po tym, kiedy przekonał się, że Widbey nie jest półwyspem a wyspą.
Cieśnina znana jezt z rwących prądów morskich (zwróćcie uwagę na poniższych zdjęciach) i charakterystycznego mostu.
Ciekawostwa - parę scen z horroru The Ring było kręcone w pobliżu;)
I to by było na tyle.
Ostatnio robiłam małe porządki w zdjęciach, w najbliższym czasie może dorzucę trochę Seattle w obrazach:)
Mapki rulez !!! ;p Już w tym miesiącu pojawią się wpisy z Norwegii i Hong Kong'u. Zapraszam.
OdpowiedzUsuń