niedziela, 19 października 2014

Dynia art :)

O tym, że Halloween się zbliża nie da się zapomnieć ani na sekundkę. Witryny sklepowe, reklamy kostiumów, udekorowane domy - wszystko to krzyczy (już od miesiąca:P), żeby się odpowiednio przygotować.
A jak wiadomo, nie ma Halloween bez wydrążonej dyni! ;) W zeszłym roku potraktowaliśmy sprawę po macoszemu, w związku z tym teraz nastawiliśmy się na w pełni amerykańskie doświadczenie i Halloweenowe szaleństwo zaczęliśmy od odwiedzenia dyniowej farmy.

Remlinger farms znajduje się niecałą godzinę drogi na wschód od Seattle. Jest to przeurocza farma i godny podziwu biznes - od późnej wiosny aż do zimy można kupić tu sezonowe specjały (owoce, warzywa, drzewka choinkowe), przetwory czy alkohole. Obecnie króluje tu dynia i parujące kubki jabłkowego cydru, ale już za chwilę, już za momencik zacznie się szał choinkowy:)
Miejsce to jest bardzo przytulne: z sezonowymi dekoracjami witającymi na każdym kroku, ręcznie robionymi ciasteczkami i ciastami, które powodują ślinotok i domową kuchnią serwującą proste, ale treściwe "comfort food".





Z myślą o dzieciakach przygotowany jest też labirynt w kukurydzy, małe zoo i przejażdżka w przyczepie za traktorem na ławce z siana (serio:P).
Ogólnie - idealne miejsce na spędzenie niedzieli;)



My jednak przybyliśmy tam z jedną misją - znalezienie dyni idealnej! Brodziliśmy w błocie między dziesiątkami dyni różnych kształtów i rozmiarów i sporo czasu minęło, zanim Paweł znalazł naszą. Ale udało się:)









"hmm, hmm" - pan inspektor;)


mamy ją!



A wieczorem zaczął się artystyczny szał. Koleżanka zaprosiła nas do siebie i razem z grupą znajomych tworzyliśmy nasze latarnie. Po raz pierwszy widziałam narzędzia specjalnie do tego celu przeznaczone i powiem Wam, że różnica jest niebagatelna, jeśli ma się do dyspozycji zestaw wyspecjalizowanych pilników a nie tylko ogromny nóż kuchenny, jak to było w naszym przypadku 2 lata temu;)

TADAM, oto rezultaty!


Już pewnie wiecie, która moja:)



7 komentarzy:

  1. Bardzo sympatycznie - good job ;)
    Dorota w Colorado

    OdpowiedzUsuń
  2. Swietne zdjecia i bardzo ciekawy post.
    Jak bede w USA to postaram sie odwiedzic dyniowa farme :))

    OdpowiedzUsuń
  3. Pięknie wam te dyniowe latarnie wyszły :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Pamiętam nasze zaskoczenie gdy pojechaliśmy po dynię, święcie przekonani, że jedziemy na "pole dyniowe" - a dynie okazały się słabo związane z podłozem :)
    Po chwili obserwacji zauważyiśmy traktorek zapakowany dyniami i pana, który uzupełniał to co ludzie sobie "zerwali". Amerykańskie podejście do autentyzmu i sposób na sezonowe produkty z tego samego pola przez cały rok :))) a w zoo była pewnie krowa, swinka i kury? eh, ja mam chyba alergię na takie "urokliwe" miejsca made in US&A :) ale b. lubię Wasze wpisy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moim zdaniem takie właśnie "urokliwe miejsca" można odwiedzić maksymalnie raz i odhaczyć;)

      Usuń