czwartek, 6 czerwca 2013

Podróż drogami Kalifornii

Obiecałem Basi, że gdzieś pojedziemy gdy już będzie pewna, że ma wizę w kieszeni i obietnicy dotrzymałem. W zeszłym tygodniu wybraliśmy się na urlop, do Kalifornii. Dlaczego akurat tam? Bo blisko, ma znane na całym świecie miasta (San Francisco, Los Angeles), jest krzemowa dolina, słoneczna pogoda, Hollywood, Arnold Schwarzenegger itd. Nie ma chyba drugiego stanu w którym tyle by się działo i w którym tyle można zobaczyć.

Plan prezentował się następująco - dolecieć, wynająć auto i przejechać stan z południa na północ, z uwzględnieniem największych atrakcji.

Wyjazd zaczęliśmy w San Diego. San Diego jest położone bardzo blisko granicy z Meksykiem, wysunięte daleko na południe, a więc ciepłe. Urzekło mnie swoim miksem zieleni i pustyni, najprzyjemniejsze miasto w całej Kalifornii.

W samym centrum San Diego znajduje się wielki Park Balboa, a w nim mnóstwo atrakcji w tym skwery, fontanny, masa urzekającej architektury i wielkie zoo z misiami koala i sławnymi na cały świat pandami. Znaleźliśmy też międzynarodowe domki, w których zapewne odbywają się gry, zabawy i festyny. Był tam i domek polski, polski akcent wyjazdu, niestety zamknięty. Przy okazji załapaliśmy się na nasz pierwszy prawdziwy amerykański protest: bojkot Monsanto i ich flirtu z genetycznie modyfikowaną żywnością.



Drugi dzień spędziliśmy w okolicznym oceanarium zwanym SeaWorld. Dużo wody, słońca, śmiechu i mnóstwo ludzi. Oceanarium nie jest chyba najdokładniejszym z określeń, bowiem SeaWorld to nie rybki pływające za szybką, a raczej wielkie wesołe miasteczko, po tej stronie oceanu zwane "theme park" - parkiem tematycznym. SeaWorld to głównie pokazy tresowanych zwierząt odbywające się na specjalnie w tym celu skonstruowanych niedużych stadionach: psy i koty (wiem, niezbyt oceaniczne), delfiny, lwy morskie. Najsławniejsze są tu orki, przez Amerykanów zwane wielorybami-mordercami. Symbolem SeaWorld jest największa z orek, Shamu (czyt. szamu). Nam znacznie bardziej podobały się inne pokazy, a to z tego względu, że orkom zdarzały się wpadki w postaci zjadanych trenerów. Trenerzy orek trzymają się więc dziś na dystans, a pokaz nie porywa. Przed wyjściem zdołaliśmy jeszcze wsiąść na roller coaster, który spada z ogromną prędkością z dużej wysokości. Wgniata w siedzenie i przytyka!



Z San Diego żegnaliśmy się witając ocean. Znaleźliśmy dzikie foki, śmierdziuchy, oblegające jedną z plaż. Znaleźliśmy też wojskowy cmentarz, przygotowany do święta Memorial Day, które miało nadejść nazajutrz.



Następne w kolejce - Los Angeles. Miasto nudne, mało przyjemne. Żeby uzasadnić postój w Los Angeles postanowiliśmy spędzić cały dzień w parku rozrywki. Do wyboru był Disneyland bądź Universal Studios i wybraliśmy to drugie, bardziej nam bliskie, kinowe. Mają tam podróż po działkach studia przez plany filmowe, wzbogacaną o sztuczne powodzie, pożary i walkę nowego King Konga z dinozaurami w prawdziwym 3D. Ciężko to opisać, ale nie mylić z tego kinem - to trochę tak jakby znaleźć się w filmie, a nie go oglądać. W parku jest mnóstwo atrakcji, ale wspomnę jeszcze jedynie dwie. Jedna to dom strachów. Poszliśmy z Basią z ciekawości i więcej nie pójdziemy, mało nie padliśmy trupem ze strachu.

Gwiazdą wieczoru została bez wątpienia ich najnowsza atrakcja: Transformers The Ride 3D. Kolejka górską przyszłości, nie da się tego opisać. Taki King Kong na sterydach, a do tego w otoczce znanych wszystkim i uwielbianych Transformers. Jeśli chciałeś kiedyś pędzić przez miasto z prędkością setek kilometrów na godzinę, zobaczyć jak tuż przed tobą Optimus Prime walczy z Megatronem, poczuć jak tuż przed twarzą wybucha ci jego rakieta czy spaść z wysooookiego dachu prosto w ręce Bumblee to już wiesz gdzie tego szukać. Warte nawet 80 minut stania w kolejce.



Mimo wątpliwych walorów, nie mogliśmy tak po prostu zignorować symboli LA. Wieczorem wybraliśmy się więc na sławny Walk of Fame, pooglądać chodnikowe gwiazdy i odbite w cemencie dłonie Marilyn Monroe. Wybraliśmy się też do Griffith Observatory, z którego znakomicie widać sławne "Hollywood" dumnie prężące się na okolicznej górze.



Potem przyszła pora na dobrych kilka godzin jazdy na północ sławną autostradą numer 1, ciągnącą się wzdłuż oceanu. Po drodze zahaczyliśmy zamek Hearsta, gazetowego magnata, obrzydliwie bogatego gościa, który wymarzył sobie wielką posiadłość na górze, tuż przy oceania. Dziś muzeum, bardzo przyjemne i ciekawe zresztą. Podjechaliśmy też obejrzeć malutki wodospad, który wpada prosto do oceanu, a raczej na plażę tuż obok.



Wiele godzin później dotarliśmy w końcu do Yosemite (czyt. josemiti). Yosemite to sławna na cały świat dolina wyrzeźbiona przez lodowiec. Ogromne skały a w środku przepaść, zagospodarowany park narodowy. Połaziliśmy, naoglądaliśmy się wodospadów i zieleni. I zwierząt! Spotkaliśmy tony wiewiórek, jeleni, a nawet najprawdziwszego niedźwiedzia! Straszyli nas jeszczę pumą, ale pumy na szczęście nie widzieliśmy. Przespacerowaliśmy się też tuż obok kilku wodospadów. Woda spadała i bryzgała na wszystkie strony. Choć nie było jej widać, zmokliśmy jakby padało.



Na koniec zostawiliśmy San Francisco - miasto kochane przez wielu, uważane za najbardziej atrakcyjne w Stanach. W moich oczach przegrało z San Diego, bo ma charakter miasta wielkiego i cierpi na wiele chorób charakterystycznych dla takich molochów. Ruch, tłok, bezdomni i ćpuny w centrum, turyści... Mimo tego San Francisco zobaczyć trzeba, bo urzeka charakterystycznymi domkami, dobrym jedzeniem i setkami wzgórz, wniesień, a także najbardziej krętą uliczką świata. Warto też wybrać się do Alcatraz i zobaczyć więzienie, legendarne zresztą, od środka. Posłuchać o buncie więźniów i bohaterskich strażnikach czy o sławnej ucieczce z 1962 r. Zapomniałbym o Chinatown, które też warto zwiedzić. Prawie jak Chiny! Chyba.



I tak dobrnęliśmy do końca. Zabrakło mi tylko parku wielkich sekwoi i Doliny Śmierci. Niestety brakło czasu mimo pełnych dziewięciu dni pobytu, wypełnionych atrakcjami po brzegi. Było super! Jeśli ktoś potrzebuje więcej szczegółów, Basia pewnie wrzuci je na swojego GeoBloga jak tylko zadomowi się w Polsce. Ja tymczasem spadam planować kolejny wyjazd, a plan już mam. Mniej metropolitalny, niecny...!

2 komentarze:

  1. mozna prosic o dokladniejsze namiary na te plaze z wodospadem? :) dzieki!

    OdpowiedzUsuń