wtorek, 28 kwietnia 2015

Zurich - Kraków - NYC (zwłaszcza NYC)

Już prawie miesiąc minął od mojego powrotu z szalonej podróży służbowej pod tytułem '3 kraje w 3 tygodnie': Szwajcaria - Polska - USA.
Pierwszy tydzień spędziłam w Zurichu, i choć było bardzo pracowicie, udało mi się zobaczyć kawałek miasta i zauroczyć kampusem Googla. Tamtejsze biuro było moim ulubionym dopóki nie odwiedziłam tego w Nowego Jorku;)
Po Zurichu przyszedł czas na Kraków. Odwiedziliśmy rodzinę i przyjaciół, a ja  po raz ostatni miałam okazję popracować z superprzytulnego biura na samym Rynku Głównym. Ciągle się nie mogę przyzwyczaić do myśli, że już niedługo to biuro będzie zamknięte :(
Paweł towarzyszył mi przez pierwsze 2 tygodnie i na pewno ma dużo więcej do powiedzenia o urokach Szwajcarii czy Małopolski. Niektórzy ciężko pracowali, a inni jeździli sobie na wycieczki;)

Trzeci tydzień spędziłam w Nowym Jorku i o tym chciałam trochę opowiedzieć. Co prawda nie brałam urlopu, ale udało mi się wygospodarować trochę czasu na zwiedzanie przed pracą (ha, jedyny plus jet-laga) no i w weekend. 
I wiecie co? Jestem tym miastem oczarowana! (tak, wiem, szokujące;))
Moje pierwsze wrażenie było: "O rany, ile tu ładnych ludzi". Serio, w porównaniu z Seattle, gdzie strojem wyjściowym są japonki i dres, Nowy Jork jest jak z innej bajki. Ale zasadzie to jest inna bajka, więc wszystko się zgadza. NYC jest stolicą mody a Seattle - hipsterów i marihuany:P
Gapienie się na ludzi samo w sobie jest fajnym zajęciem, a tam można to robić na pełny etat. Większość 'obiektów' jest albo atrakcyjna albo dobrze ubrana, a ci, którzy nie wpisują się w te kategorie, przeważnie i tak wyróżniają się czym innym. Najwyraźniej w NYC nie ma miejsca na bylejakość.

Drugie wrażenie towarzyszyło mi potem praktycznie każdego dnia - "O, widziałam to w tym i tym filmie!". 
Może się mylę, ale mam wrażenie że NYC jest najczęściej filmowanym miastem. W związku z tym, spacerując po Manhattanie wcale nie miałam wrażenia, że jestem tam po raz pierwszy.

Zwiedzanie zaczęłam jednak, chcąc nie chcąc, od biura Googla, które znajduje się tuż przy uroczym Chelsea Market. Biuro (a w zasadzie biura, bo Google zajmuje część 2 różnych budynków) jest rewelacyjne i chyba tylko dzięki temu nie było smutno, że nie miałam wolnego. Pycha jedzenie, szoty imbirowe (mniam), pyszna kawa, przesympatyczny polski barista czy taras z widokiem na Manhattam - super;) A wisienką na torcie były wnętrza biura - każde piętro ma inny temat, ukryte pokoje, masę klocków lego i innych zabawek dla geeków czy ukrytą mapą skarbów. Rewelacja;)

Całkiem całkiem widok z biura


A jeszcze co udało mi się zobaczyć?

Zaraz po przylocie pojechałam na Rockefeller Plaza. Jeśli widzieliście jakieś zdjęcia z zimowego NYC, na pewno widzieliście plac z wielką choinką i lodowiskiem. To właśnie to miejsce. Choinki już nie było, ale lodowisko jeszcze dogorywało;)
Przeszłam się też na Times Square i utonęłam w morzu ludzi. Miejsce może i kultowe, ale jak dla mnie nic specjalnego. 
Odwiedziłam The High Line, czyli wiadukt z torami kolejowymi przerobiony na park. Widziałam masę zdjęć parku w lecie, ale dopóki nie zakwitną tam roślinki, to miejsce nie jest aż tak super. Mimo wszystko warto się przejść.

W któryś dzień przed pracą poszłam na Brooklyn Bridge i to był strzał w dziesiątkę - zero tłumów, w przeciwieństwie do tego, co działo się tam w weekend. Do pracy wróciłam na piechotę, zahaczając przy okazji o doskonale znane fanom Seksu w Wielkim Mieście schody;)




Oczywiście zaprosiłam się też na musical na Broadway'u, odhaczając tym samym kolejny element z listy "Zrobić przed śmiercią". Gorąco polecam "Króla Lwa"! Kostiumy wprowadziły mnie w (pozytywne) osłupienie a muzyka przyprawiła o gęsią skórkę - zwłaszcza głęboki głos Altona F. White (Mufasa), który, jak wynikło z moich obserwacji, oczarował większą część płci pięknej na widowni;) Tak, wiem drogie Panie, że umieracie z ciekawości, oto więc próbka: KLIK. Nie ma za co!

Prawie pół dnia spędziłam w Central Parku. Fantastyczne miejsce pełne zieleni, przeróżnego rodzaju architektury (dolny poziom Tarasu Bethesdy <3) i artystów prezentujących swoje talenty.








Pozostałą część soboty spędziłam w zupełnie nietypowy dla mnie sposób, a mianowicie w turystycznym autobusie. Zazwyczaj stronię od tego typu atrakcji, ale tym razem miałam pół dnia i zdecydowanie za dużo rzeczy do zobaczenia. Opcja autobusu z przewodnikiem, który kursował po Manhattanie, dając mi możliwość wyskoczenia w dowolnym momencie wydała się kusząca. Czasu starczyło mi tylko na pętlę 'Downtown" - od Times Square, przez Empire State Building, Madison Square Park, Union Square, Washington Square (spóźniłam się trochę na bitwę na poduszki), Chinatown, Financial District z Wall Street i nowym World Trade Center, Brooklyn Brodge, później East Village i budynek ONZ. Wszystko przelotem i na szybko, niedosyt więc mam spory, ale i tak było super! 
Bryant Park
Times Square
                               
Empire State Building
Flatiron Building - "Żelazko"

Z tego wszystkiego zupełnie zapomniałam, że niedziela mojego wylotu była Niedzielą Wielkanocną. Ku mojemu zachwytowi załapałam się na tradycyjną nowojorską paradę w Wielką Niedzielę właśnie. Motywem przewodnim są dziwaczne, wielkanocne nakrycia głowy. Ponoć Nowojorczycy mają fioła na punkcie parad i przekonałam się o tym na własne oczy. Ostatnie chwile w NYC spędziłam, spacerując po 5th Avenue i przecierając oczy ze zdumienia;)



Tydzień (nawet gdybym nie musiała pracować) to zdecydowanie za mało na Nowy Jork. Wystarczy jednak, żeby pobudzić apetyt i troszkę uzależnić - ja już planuję powrót. 
Bardzo lubię dynamikę tego miasta. Jako turystka nie mogę też nie docenić ogromu atrakcji, które miasto ma do zaoferowania - wycieczka szlakiem miejsc z seriali? Pewnie! A może pielgrzymka po piekarniach? Też jest. Dla każdego coś miłego! 

A wszystkich zainteresowanych Nowym Jorkiem odsyłam do rewelacyjnego bloga Little Town Shoes. Magda (autorka) zna NYC jak własną kieszeń i jej blog jest kopalnią przeciekawych informacji, które pozwolą się Wam przygotować na wizytę w Mieście, które nigdy nie śpi (uwaga, czytacie na własne ryzyko - jestem pewna, że blog zasieje w Was chęć odwiedzin).

2 komentarze:

  1. NY jest na mojej liście must go.
    Co do biura w KRK - przez jego zamknięcie nasza siedmioletnia przygoda z Google się kończy. Nie możemy się przeprowadzić, niestety. Podobnie jak wielu innych inżynierów, którzy mają rodziny, małżonków, którzy mają swoje kariery, dzieci, kredyty i ogólnie życie. Smutno, ale cóż.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No niestety... Mam jednak nadzieję, że znajdziecie jakieś sensowne zastępstwo!

      Usuń