sobota, 22 listopada 2014

Na Dalekim Wschodzie

W Pekinie lekko po północy. Zarówno w Indiach jak i w Chinach widziałem na razie mniej niż bym chciał. Dużo pracuję, tak jak lokalni Amazończycy. Oba narody spędzają w biurze zdecydowanie więcej czasu niż Amerykanie.

Te kilka dni kiedy udało mi się wyjść na miasto były super. Przemili tubylcy z biur dbają o mnie i oprowadzają po okolicy. W Indiach Farooque zaprosił mnie do siebie na wielką kolację, a dzień potem wynajął taksówkę i obwoził po mieście. W Pekinie dbają o mnie grupowo. Dziś Xunlong i Chen Kun zawieźli mnie na Wielki Mur a potem na pyszny hot pot. Rewelacyjna sprawa, mieć ze sobą lokalnych ludzi, których idzie zrozumieć. Dowiedziałem się tylu ciekawych rzeczy!

Krótkie podsumowanie wrażeń...

Indie niesamowite, dzikie, brudne i niepoukładane. Chaos który w jakiś przedziwny sposób sam siebie trzyma w ryzach. Moje odczucia: głównie fascynacja, ale i zmęczenie, trochę zniesmaczenia. Na pewno wrócę tu jeszcze, poszamać dobry naan.

Chiny póki co wypadają gorzej, ale to tylko Pekin. Duże miasto, zupełnie jak na zachodzie. Perełki chińskiej historii zgrabnie pochowane między blokowiskami. Gdy nie ma wiatru to smog taki, że trzeba dyszeć przez maskę, a nocą sceneria jak w Łowcy Androidów. Chiny poza stolicą zapowiadają się cudnie, więc czekam aż opuszczę Pekin na stałe.

PS. Próbuję trochę lokalnych specjałów. Kozie mięso w Bangalore. Dowiedziałem się przy okazji, że w Indiach nie dotyka się jedzenia lewą ręką, nawet chleba, faux pas. W Chinach sam czasem nie wiem co jem. Z ciekawszych rzeczy krwawe (bo z krwi) tofu (blood tofu), pikantne i dobre. I kurze nóżki na przegryzkę, dodatek do banana. Zostałem nawet zaszczycony pytaniem czy pierwszy raz jem pałeczkami, podsumowali moją technikę.

PS2. Cała nieśmiała dwudziesto-osobowa wycieczka chińska siekła sobie ze mną zdjęcie na Wielkim Murze. Na koniec powiedziałem, że pięc dolarów się należy, śmiali się do rozpuku. Rock star.

Indie!















Praca rządu jest pracą boga? Oj, nie wiem czy to przeszłoby na zachodzie...


Nie sposób nie zauważyć tych gości. Dziwnym trafem spotkałem ich tego dnia jeszcze nie raz.


Krów mnóstwo. Łażą po mieście, jedzą śmiecie, wieczorem same wracają do domu. Prześmieszna sytuacja - rynek, stragan z ogórkami. Kobieta siedzi na ziemi, obok niej ogórki. Idzie krowa i jakby nigdy nic rzuca się na nie paszczą. Kobieta w szoku, rzuca w krowę skrzynką, a ta nic. Jakiś chłop się zlitował, dosadnie pacnął krowę w zad, krowa poszła. Z ogórkami w paszczy. Cudnie!



Pyszne, żywe i śmierdzące ptaki. Wielopoziomowe klatki znakomicie oddają realia społeczeństwa klasowego - ten kto na dnie temu najwięcej robią na głowę.


Moje ulubione zdjęcie, poszedłem jedną alejkę za daleko. Farooque z braku zrozumienia fascynacji drapał się po głowie. Brud, mokro, cuchnie, bo za plecami rybna sekcja rynku. Koparka grabi śmiecie, krowy zajadają w najlepsze, między krowami kobieta, nie mam pojęcia czego tam szuka.


Korki na bazarze. Poważnie - zatkała się ulica.


Dobrze, że w leki zaopatrzyłem się w Stanach...


Riksza - taksówka dla odważnych.


A tu już Indie z punktu widzenia zachodniego biznesmena - hotel i okolice.





I Chiny!







Moi super przewodnicy!


Pekin w złym wydaniu. Podkreślam - złym, nie najgorszym.

3 komentarze:

  1. Świetny blog! dopiero zaczynam czytać tak że wszystko przede mną :)

    Pozdrawiam z Wrocka
    Karol

    OdpowiedzUsuń